Hamująca gospodarka, niekontrolowana imigracja: Niemcy grzęzną w kryzysie. Ich kłopoty to problem nas wszystkich

Fundamenty polityki, jaką przez ostatnie 20 lat realizowała Angela Merkel, legły w gruzach – zwłaszcza w sferze imigracji. Złe wieści ekonomiczne zmuszają zaś do pytania o przyszłość modelu gospodarczego Niemiec. Tymczasem za rok odbędą się wybory do Bundestagu, na które zęby ostrzą sobie partie skrajne, z prawa i lewa.
z Hanoweru
Czyta się kilka minut
„Dziękujemy, Angelo Merkel”: kartka wśród kwiatów i zniczy na miejscu zamachu dokonanego 23 sierpnia w Solingen przez azylanta z Syrii. Kanclerz Merkel otworzyła w 2015 r. granice dla imigracji pod hasłem „Damy radę!”. Solingen, 25 sierpnia 2024 r. // Fot. Thomas Banneyer / PAP
„Dziękujemy, Angelo Merkel”: kartka wśród kwiatów i zniczy na miejscu zamachu dokonanego 23 sierpnia w Solingen przez azylanta z Syrii. Kanclerz Merkel otworzyła w 2015 r. granice dla imigracji pod hasłem „Damy radę!”. Solingen, 25 sierpnia 2024 r. // Fot. Thomas Banneyer / PAP

Dzień 1 września 2024 r. okazał się za Odrą historyczny. Skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) wygrała wybory landowe w Turyngii, zdobywając co trzeci głos (prawie 33 proc.). W Saksonii AfD uzyskała nieco mniej i tylko o włos przegrała z chadecją (CDU). Wszystkie inne partie odrzucają współpracę z AfD. Zbudowanie koalicji rządowej w tych dwóch landach może okazać się więc niemożliwe.

Ale kolejne dni, które nastąpiły po tym trzęsieniu ziemi, pokazały w całej krasie, w jak trudnej sytuacji jest cały kraj. Ten, który jeszcze kilka lat temu uważany był za lidera Europy.

Wyróżnić można trzy główne problemy. Od tego, czy elity polityczne sobie z nimi poradzą, zależy przyszłość Niemiec. A także, poniekąd, kontynentu.

VW pod kreską

Centrala koncernu Volkswagen w Wolfsburgu wygląda jak centrum dowodzenia gospodarką kraju. To ciągnący się na ponad kilometr monumentalny budynek, sprawiający wręcz groźne wrażenie. Hala obok hali, dymiące kominy, a obok nich Autowelt: nowoczesne centrum motoryzacyjnych doznań, gdzie klient może wybrać swój model auta.

Protest pracowników koncernu Volkswagen przeciw zapowiadanym zwolnieniom. Wolfsburg, 4 września 2024 r. // Fot. Moritz Frankenberg / AFP / East News

Volkswagen to jeden z diamentów w gospodarczej koronie Niemiec. Garbus, Golf, Passat – przez dekady koncern potrafił produkować pojazdy dla mas na całym świecie. W Niemczech VW jest też synonimem wzorcowych warunków dla pracowników. Wysokie pensje, świetne warunki pracy i pewność, że gdzie jak gdzie, ale w VW można spokojnie pracować do emerytury.

W ubiegłym tygodniu, zaraz po wyborach na wschodzie, bossowie koncernu ogłosili, że firma jest w kryzysie. Że w przyszłości nie można wykluczyć zwolnień wśród niemieckich pracowników, a także zamknięcia dwóch zakładów na terenie Niemiec. Wywołało to szok.

Kraj na minusie

Sytuacja gospodarcza Niemiec jest trudna od dłuższego czasu. W 2023 r. PKB zmniejszył się o 0,3 procent. W tym roku też trzeba liczyć się z minusem – prognozuje Instytut Badań Gospodarki Światowej w Kilonii. W tym kontekście hiobowe wieści z Wolfsburga to więcej niż kłopoty jednej firmy – to symboliczny komunikat, że model, na którym zbudowano potęgę gospodarczą Niemiec, ląduje na intensywnej terapii.

Niemieckie koncerny motoryzacyjne od dekad coraz bardziej wiązały się z rynkiem chińskim. Pomagała im w tym polityka. Kanclerz Angela Merkel na każdą delegację do Pekinu zabierała grono przemysłowych potentatów, a Volkswagen był do niedawna liderem sprzedaży w Państwie Środka. Założono, że sukces oparty na tradycyjnych autach, tych z silnikami spalinowymi, uda się powtórzyć na rynku aut elektrycznych.

Nic bardziej mylnego. W 2023 r. cztery na pięć najlepiej sprzedających się modeli w Chinach stanowiły auta chińskiej marki BYD. W pierwszej dziesiątce nie ma ani jednego modelu z Europy. Tylko amerykańska Tesla umie jeszcze dotrzeć do chińskich serc i portfeli.

Ogłaszając przyszłe kroki oszczędnościowe, szefowie VW przyznali teraz, że sprzedają o pół miliona aut rocznie za mało. Na niemieckie auta, niegdyś uważane za najlepsze na świecie, nie ma już takiego popytu na globalnym rynku.

Kwestia dobrobytu

O przewadze w segmencie aut elektrycznych decydują m.in. innowacje informatyczne. Stoi za nimi na równi myśl inżynieryjna, jak i programistyczna. A w tej dziedzinie niemieckie koncerny nie rozwijają się tak szybko jak konkurencja z Azji. Poza tym w Chinach harówka na okrągło to norma – w fabrykach i biurach. Za to w mocno uzwiązkowionych Niemczech pracownicy przez wiele dekad wywalczyli sobie szereg przywilejów.

– Gdzieś tak od marca, gdy zaczyna się u nas wolne na okoliczność Wielkanocy, aż do końca sierpnia wszystko się wlecze, wiecznie ktoś decyzyjny jest na urlopie, decyzje ciągną się w nieskończoność – mówi „Tygodnikowi” Markus, pracownik w centrali VW (imię zmienione na jego prośbę). Po latach studiów inżynieryjnych i zdobywaniu doświadczenia w mniejszych firmach Markus dostał się do wymarzonego Wolfsburga. Świetne zarobki pozwoliły mu wziąć dwa kredyty i kupić dwa domy. Dwoje małych dzieci bawi się w ogródku miniaturowymi autkami.

Volkswagen umożliwił Markusowi i jego rodzinie sięgnąć po wyśniony niemiecki dobrobyt. Czy za parę lat będzie musiał szukać nowego zajęcia? Czy utrzyma poziom życia? Co czeka jego dzieci? Takie pytania zadaje sobie dziś wielu Niemców z klasy średniej.

Czara goryczy

Także w minionych dniach, zaraz po wyborach w Turyngii i Saksonii, rząd Olafa Scholza spotkał się z opozycyjną chadecją i samorządowcami na tzw. szczycie migracyjnym. W końcu to ten temat przesądził o sukcesie AfD, która od lat domaga się antyimigracyjnej wolty w kraju.

Ale dziś to nie tylko AfD – także nastroje niemieckiego społeczeństwa w tej kwestii znacznie ewoluują coraz szybciej. Zaś kroplą, która ostatnio przelała czarę goryczy, był zamach terrorystyczny w Solingen: 23 sierpnia syryjski azylant Issa Al Hasan zamordował tam nożem trzy przypadkowe osoby, a kolejne groźnie ranił. Stało się to na miejskiej imprezie pod nazwą Festyn Różnorodności.

Media ustaliły, że przyszły morderca dotarł do Niemiec w grudniu 2022 r. i złożył wniosek o azyl. Po kilku miesiącach dostał odmowę i decyzję o deportacji do Bułgarii (tam po raz pierwszy zarejestrowano go jako azylanta). Ale w Niemczech deportacje nielegalnych imigrantów są fikcją. Także w tym wypadku podjęto tylko jedną, nieudaną próbę.

Po jakimś czasie Syryjczyk odnalazł się w innym ośrodku dla uchodźców, właśnie w Solingen. Mógł tu mieszkać – i się radykalizować. Na ścianie w jego pokoju miała wisieć flaga Państwa Islamskiego. Według zeznań mieszkańców ośrodka, Syryjczyk tylko jadł i spał, a resztę czasu spędzał wgapiony w telefon, chłonąc islamistyczne treści.

Scheda Merkel

Wniosków z tej jednej historii jest dużo – i są druzgocące dla niemieckiej polityki migracyjnej, tej spod znaku jeszcze Angeli Merkel. W 2015 r. otworzyła ona granice i ogłosiła: „Damy radę”. Dziś gminy – na nie spada ciężar przyjęcia imigrantów – wołają: „Już nie dajemy rady”.

Gdy idzie o wnioski: okazuje się, że każdy przybysz może się podać za dowolną osobę i złożyć wniosek o azyl – choć teoretycznie osoby przekraczające granicę mogą być zawracane już na niej, bo Niemcy otoczone są krajami bezpiecznymi. Proces sprawdzania wniosków o azyl ciągnie się, bo ich weryfikacja często jest niemożliwa. Nikt tak naprawdę nie zajmuje się ludźmi oczekującymi na decyzję (poza kwaterunkiem i wyżywieniem) – państwo i jego instytucje, także samorządowe, faktycznie nie dają już rady.

Również decyzja o deportacji nic nie zmienia, bo wystarczy na chwilę ukryć się przed urzędnikami lub stawić opór, by następnie wrócić do ośrodka. I dalej pobierać wsparcie finansowe. Dziś w Niemczech przebywa ćwierć miliona azylantów, w których sprawach zapadła decyzja o deportacji, ale których nikt nie deportuje (wyjątki potwierdzają regułę).

Kwestia statystyki

Ośrodki dla azylantów, zamiast być miejscem integracji, stają się często miejscami radykalizacji i przemocy. Politycznej, a częściej kryminalnej.

W 2023 r. spośród wszystkich 2,2 mln sprawców zarejestrowanych przestępstw aż 923 tys. (41 proc.) stanowili obcokrajowcy – podczas gdy ich odsetek w społeczeństwie wynosił 15 procent. W tym 402 tys. stanowiły osoby czekające na azyl, posiadające już status uchodźcy i imigranci uznani za nielegalnych.

Dalej: jak czytamy na stronie Urzędu Statystycznego, udział nie-Niemców wśród podejrzanych o przestępstwa z użyciem przemocy (Gewaltkriminalität; to mord, gwałt, rabunek, ciężkie uszkodzenie ciała itp.; w 2023 r. zgłoszono ich 214 tys.) wynosi 36 procent.

Ale problem jest w istocie większy, bo wśród sprawców z niemieckim paszportem jest dużo osób z korzeniami migracyjnymi. Pokazuje to przykład nagłośniony w tych dniach przez „Die Welt”: dziennikarze dotarli do listy ponad 155 sprawców podejrzanych o dokonanie gwałtów grupowych w landzie Nadrenia Północna-Westfalia. Oficjalnie 84 to obcokrajowcy, a 71 to obywatele Niemiec. Ale na liście, na której podano imiona, widać, że także wśród obywateli Niemiec dominują imiona tureckie i arabskie. „Die Welt” wyliczył, że aż 121 ze 155 podejrzanych ma pochodzenie migracyjne.

Zmiana nastrojów

Jeszcze kilka lat temu, gdyby renomowana gazeta podała takie wyliczenie, zostałaby przyrównana do pisma nazistów „Der Stürmer”. Dziś sytuacja się zmienia i także liberalne media coraz częściej nagłaśniają takie ludzkie dramaty – bo dla zgwałconych kobiet to dramaty (zresztą w opisanym wyżej przypadku autor tekstu, dziennikarz Deniz Yücel, sam ma tureckie korzenie; w przypisie do artykułu redakcja zaznacza, że wie, jakim problemem jest przemoc seksualna wobec kobiet w Turcji).

Nielegalna migracja nie tylko podkopuje poczucie bezpieczeństwa w społeczeństwie, ale rodzi też poczucie niesprawiedliwości. Spośród ok. 4 mln osób, które otrzymują zasiłek dla bezrobotnych, aż 47 proc. stanowią obcokrajowcy. Dodając osoby z korzeniami migracyjnymi, to 63 proc. wszystkich korzystających z tego hojnego wsparcia państwa.

Obóz liberalny przez lata przekonywał, że nie można zakładać, iż głównym celem imigrantów jest dostanie się pod skrzydła niemieckiej opieki socjalnej. Że każdy chce jak najszybciej pracować. Liczby wskazują jednak na coś innego.

Ostatni przykład: blisko 13 proc. wszystkich odbiorców świadczeń stanowią Ukraińcy, którzy przybyli po 24 lutego 2022 r.; to ponad 700 tys. osób. O przyznaniu im tego wsparcia zdecydował rząd RFN. Dzięki temu każdy i każda z nich (bo 61 proc. to kobiety) otrzymuje miesięcznie ponad 500 euro. To więcej niż średnie wynagrodzenie w Ukrainie. Dodatkowo państwo niemieckie opłaca rachunki za mieszkanie lub pokój oraz np. za prąd.

To nie mobilizuje do szukania pracy – i winy trzeba szukać w systemie. W żadnym innym kraju, który przyjął uchodźców z Ukrainy, nie ma problemu ich masowego bezrobocia.

Znużeni Ukrainą

I tak przechodzimy do trzeciego problem, któremu muszą stawić czoło niemieccy rządzący. Jest on natury czysto politycznej. Partyjny mainstream nie chce współpracy z AfD, którą we wschodnich landach popiera blisko co trzeci Niemiec, dlatego chadecy z CDU muszą podjąć dziś rozmowy z nowym tworem na scenie politycznej: Sojuszem Sahry Wagenknecht (BSW). Jednak ta lewicowa, wręcz komunistyczna populistka stawia jeden warunek: chcecie mnie do koalicji? To przestańcie wspierać Ukrainę!

Dramat tych zaczynających się politycznych targów polega na tym, że od początku wojny w Ukrainie to właśnie CDU była – obok Zielonych – najbardziej proukraińską siłą. To chadecja naciskała na Scholza, by dostarczać więcej broni dla broniącej się Ukrainy.

Wagenknecht nie kryje niechęci do Ukrainy, USA i NATO. Chce, by Niemcy wrócili do współpracy z Rosją. Także dzięki takim postulatom (bo obok tego BSW chce m.in. ukrócenia imigracji) zdobyła w szybkim czasie spore poparcie. W Dreźnie i Erfurcie chadecy muszą rozstrzygnąć, czy godzą się na ustępstwa. Zostawiając Ukrainę na lodzie, mogliby razem z Wagenknecht zacząć twardo regulować kwestie migracji, nie wchodząc we współpracę z AfD.

Możemy się spodziewać, że właśnie na tych kwestiach w najbliższych tygodniach będą łamać sobie głowy politycy CDU. Odrzucenie oferty Wagenknecht będzie oznaczać nowe wybory landowe i chaos, który jeszcze bardziej nakręciłby wynik populistów z AfD i BSW.

Został rok

Niemcy doszły do punktu, w którym w gruzach legły fundamenty polityki, jaką przez ostatnie 20 lat realizowała Angela Merkel. Relacje z Rosją zostały zakończone w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Friedrich Merz, obecny lider CDU, chce dziś zamknąć te granice, które Merkel szeroko otworzyła w 2015 r. Hiobowe zaś wieści z koncernu VW zmuszają do szerszych pytań o model gospodarczy Niemiec.

Tyle że problemy, przed którymi stoją Niemcy, są też problemami całego kontynentu. Są problemami polskich granic, bo dotyczyć będzie ich każda decyzja o zmianie polityki migracyjnej w Berlinie. Są problemami polskich poddostawców i fabryk żyjących ze zleceń niemieckich koncernów. Są problemami polskiej strategii wobec wojny, gdyby Niemcy zaczęli wycofywać się ze wsparcia dla Kijowa.

Minister finansów Christian Lindner (z liberalnej FDP) przyznał po wyborach we wschodnich landach, że społeczeństwo żąda od rządzących, aby ci w końcu zaczęli rozwiązywać ich problemy: „Jeśli demokratyczne centrum nie będzie w stanie tego zapewnić, wtedy obywatele będą dosłownie szukać alternatywy”.

Na te rozwiązania elity w Berlinie mają czas do jesieni 2025 r. – wtedy odbędą się wybory do Bundestagu. To okrągły rok. Historyczny czas. Czas, który szybko ucieka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Niemcy nie dają już rady