Od połowy września procedura wygląda tak: po przekroczeniu granicy auta muszą zwolnić i przejechać koło punktu kontrolnego. Policjanci przyglądają się, kto w nich siedzi, i wyrywkowo decydują o zatrzymaniu. Szczegółowo sprawdzane są tylko wybrane pojazdy. Celem jest wyłapanie osób, które chcą nielegalnie wjechać do Niemiec. Oczywiście spowalnia to ruch graniczny i powoduje tworzenie się korków.
Dlaczego niemieckim politykom zależy na ograniczeniu imigracji?
Zaostrzone kontrole na granicach spowodowane są presją społeczeństwa – klimat wokół imigracji się zmienia. Według aktualnego sondażu DeutschlandTrend 77 proc. pytanych uważa, że potrzebna jest pilna korekta dotychczasowej polityki migracyjnej. Masowa i niekontrolowana imigracja jest dziś postrzegana jako główny problem kraju.
Politycy centrolewicowej koalicji, która w Berlinie rządzi od 2021 r., nie mogą dłużej ignorować tych sygnałów. Już teraz koalicja, na czele której stoi Olaf Scholz, a w skład której wchodzą socjaldemokratyczna SPD, Zieloni i liberałowie z FDP, jest skrajnie niepopularna. Aż 84 proc. pytanych jest niezadowolonych z pracy rządu. Jako kanclerz Scholz cieszy się poparciem tylko 18 proc. respondentów.
Takie szorowanie po dnie społecznego poparcia jest w dużej mierze wynikiem braku działań w polityce migracyjnej. Ta nadal sprowadza się do akceptowania status quo utworzonego w 2015 r. przez ówczesną kanclerz Angelę Merkel. Niemcy w istocie przyjmują każdego, kto poprosi o azyl. Najwięcej wniosków złożono w 2016 r. (ponad 745 tys.), ale i w 2023 r. zawnioskowało kolejnych 352 tys. osób. To ponad dwa razy więcej niż w tym samym okresie we Francji.
Kontrole wprowadzone jesienią 2023 r. na granicy z Polską, Czechami i Szwajcarią zasadniczo nie zmieniły tej sytuacji. W tym roku liczba nowych wniosków o azyl wprawdzie się zmniejszyła, lecz do sierpnia zarejestrowano ich już ok. 174 tysięcy.
Jak działa niemiecki system azylowo-migracyjny?
Niemiecki system migracyjny jest od lat dysfunkcyjny. Przede wszystkim nie weryfikuje on, kim tak naprawdę są docierający do kraju ludzie. Każdy może udać się w drogę do Niemiec bez dokumentów i z odpowiednią „legendą”, którą opowie urzędnikom. W mediach społecznościowych nie brakuje „azylowych influencerów”, którzy po turecku lub arabsku tłumaczą, jak dostać się do Niemiec, jak złożyć wniosek i dokąd udać się po wsparcie prawne, jeśli wniosek zostanie odrzucony.
Urzędy nie radzą sobie z weryfikowaniem, kto naprawdę ucieka przed prześladowaniem i wojną, a kto chce przede wszystkim poprawić swoją sytuację życiową.
W związku z tym w społeczeństwie powstał dziś konsensus, że należałoby wstrzymać przyjmowanie nowych ludzi. Że samorządy (na nie spada główny ciężar przyjmowania azylantów-imigrantów), landy i politycy na szczeblu federalnym powinni dostać czas, by uporać się z weryfikacją tych już przybyłych oraz z integracją tych, którym udzielono azylu.
Tyle że problem jest także z integracją: brakuje zasobów, by uczyć języka i oferować edukację lub kursy zawodowe. W takich warunkach integracja staje się ekstremalnie trudna.
Azylanci zawracani z niemieckiej granicy zostaną w Europie
Dla opozycyjnej chadecji (CDU/CSU) kontrole na granicy to za mało. Po islamistycznym zamachu w Solingen lider CDU Friedrich Merz apeluje do rządu, aby w ogóle wstrzymać przyjmowanie nowych azylantów. To postulat efektowny, ale też radykalny w skutkach dla Niemiec, jak i innych państw Unii. Oznaczałby de facto wprowadzenie w kraju stanu wyjątkowego, dalsze wzmocnienie kontroli na granicach i zawracanie na nich każdego, kto nie jest obywatelem Unii lub nie ma stosownej wizy.
Reagując na decyzję niemieckiego MSW o wprowadzeniu od 16 września zaostrzonych kontroli granicznych, niemal wszystkie kraje sąsiadujące z Niemcami, włącznie z Polską, zadeklarowały już, że nie będą przyjmować osób zawracanych z niemieckiej granicy.
Nie jest zresztą jasne, jak formalnie takie zawracanie miałoby wyglądać – czy niemieccy policjanci po prostu kazaliby wracać zatrzymanym np. do Polski, Austrii, Czech czy Szwajcarii? Takie push-backi byłyby wprawdzie zgodne z konwencją genewską – jako że wszystkie te kraje są bezpieczne – ale bez wątpienia oznaczałyby napięcia między Berlinem a tymi stolicami.
Rząd Scholza nie przystał na razie na propozycję chadecji. Zresztą trudno nie dostrzec w niej taktycznego ataku i elementu walki o głosy wyborców – także tych, którzy w ostatnich latach przeszli na stronę antyimigracyjnej i populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD).
Rząd zapowiada natomiast, że wraz ze wzmocnieniem kontroli osoby, które będą chciały zgłosić wniosek o azyl, najpierw trafią do przygranicznych ośrodków detencyjnych. Policja będzie miała za zadanie szybko sprawdzić, czy dana osoba nie złożyła już wniosku w innym kraju. Jeśli tak, teoretycznie miałaby być tam deportowana.
Jednak już na wstępie pojawiają się wątpliwości co do możliwości wdrożenia takich przepisów. Dotychczas inne państwa Unii nie były skore do współpracy z Niemcami w kwestii odbioru osób ubiegających się o azyl. Regulujące te kwestie unijne rozporządzenie, tzw. „Dublin III”, jest od wielu lat martwe.
Można sądzić, że decyzje podjęte jak dotąd przez rząd Scholza w praktyce zmienią niewiele.
Ciąg dalszy bez wątpienia nastąpi
Niemcy stoją więc przed wciąż nierozwiązanym epokowym problemem. Tak jak w 2015 r. kanclerz Merkel wpłynęła swoją decyzją na losy własnego kraju i kontynentu, tak równie ważne będą kolejne kroki Berlina, które będą miały na celu uregulowanie chaosu migracyjnego.
W tym momencie ani w radykalnej propozycji jednostronnego zamknięcia granic, ani w kosmetycznych zmianach rządu Scholza nie widać szansy na uspokojenie sytuacji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















