W liczbach wygląda to tak: w piątek 19 września, po ośmiu dniach, podczas których nie odnotowano żadnych przypadków nielegalnego przekroczenia morskiej granicy Wielkiej Brytanii, do brytyjskich plaż dopłynęło z Francji naraz aż trzynaście tzw. małych łodzi.
Znajdowało się w nich dokładnie 1072 ludzi, a zatem średnio na łódź przypadały około osiemdziesiąt dwie osoby. Wcześniej taka rekordowa – bo przekraczająca tysiąc – liczba przybyszów w ciągu jednego dnia zdarzyła się 6 września oraz 31 maja. Przestaje więc to być sytuacja wyjątkowa. Wśród powodów wskazywane są częstsze tego lata okresy dobrej pogody, ale też fakt, że do łodzi wpychanych jest więcej pasażerów. Same łodzie też zaczynają być większe.
Imigracja to dziś najważniejszy temat dla Brytyjczyków
W sumie do tej pory w 2025 r. drogą morską do Wielkiej Brytanii przedostało się nielegalnie ponad 32 tys. osób. To więcej niż w tym samym okresie w roku ubiegłym (wtedy było to ponad 22 tysiące). W całym roku 2024 w tzw. małych łodziach przypłynęło 37 tys. osób – dużo, ale nie aż tak dużo, jak w roku 2022, gdy liczba ta sięgnęła rekordowych 46 tysięcy.
Nie wszyscy dopływają: wiadomo, że w pierwszej połowie tego roku utonęło co najmniej 14 osób, a w ubiegłym roku 73 osoby (dane za Migration Observatory).
Do tej statystyki można dołożyć jeszcze inne dane. Jak wynika z sondażu dla telewizji Sky News, po raz pierwszy od czasu referendum nad brexitem z 2016 r. temat imigracji znów stał się najważniejszą kwestią dla Brytyjczyków. Na przełomie sierpnia i września uważało tak 58 proc. ankietowanych. Dalej: 70 proc. Brytyjczyków wyraża pogląd, że imigracja na Wyspy jest zbyt wysoka, a połowa, że źle wpływa to na kraj.
Z kolei z badań ośrodka Ipsos wynika, że zaniepokojenie imigracją narasta – w sierpniu 48 proc. ankietowanych deklarowało, że imigracja to największy problem, i było to aż 8 proc. więcej niż w lipcu.
Jednak to nie tylko sondaże pokazują, jak zmieniają się nastroje brytyjskiego społeczeństwa. Całe lato przez kraj przetaczały się kolejne manifestacje i protesty.
150 tysięcy demonstrantów na ulicach Londynu
Rozpoczęły się one w lipcu w Epping, niewielkim mieście w hrabstwie Essex – po tym, jak zakwaterowany w tamtejszym hotelu dla azylantów mężczyzna został oskarżony o napaści na tle seksualnym na nastolatkę oraz dorosłą kobietę (został już za to skazany na 12 miesięcy więzienia).
W kolejnych tygodniach demonstracje przeciwko kwaterowaniu ubiegających się o azyl w hotelach – oraz kontrdemonstracje wspierające uchodźców i imigrantów – organizowano właściwie we wszystkich regionach Wielkiej Brytanii, nawet w Szkocji, gdzie do tej pory dominowało raczej nastawienie proimigracyjne.
W połowie września aż 150 tys. osób wzięło udział w marszu „Unite the Kingdom” (w wolnym przekładzie: „Zjednoczmy Królestwo”), zwołanym przez skrajną prawicę w Londynie.
Zaskakująca była nie tylko większa, niż się spodziewano, skala tego protestu, ale także fakt, że pojawiły się na nim takie elementy jak drewniane krzyże i odwołania do religii chrześcijańskiej; reporter Sky News określił to jako „nacjonalizm chrześcijański”.
Do zebranych przemawiał – poprzez łącze wideo – Elon Musk. Wzywał do obalenia lewicowego rządu Keira Starmera, rozwiązania parlamentu i przyspieszonych wyborów (Starmer pełni urząd premiera od lipca 2024 r.).
Mimo zmobilizowania potężnych sił porządkowych, doszło do przepychanek z policją. „Przetrwaliśmy burzę i dziś to my jesteśmy burzą” – krzyczał organizator marszu, 42-letni Tommy Robinson. To znany działacz antyislamski i twórca skrajnie prawicowego Angielskiego Legionu Samoobrony, z kilkoma wyrokami na koncie (m.in. za zniesławienie i obrazę sądu). Robinson zapowiada kolejne takie protesty.
Jak zatrzymać łodzie płynące przez kanał La Manche
Z problemem rosnącej imigracji – zarówno tej legalnej, jak i nielegalnej – musiał się mierzyć ostatnio każdy rząd na Wyspach.
Poprzedni gabinet, konserwatywny, próbował przeforsować odsyłanie nielegalnych imigrantów do krajów trzecich, jak np. Rwanda. Ten kontrowersyjny program został anulowany przez obecny rząd Partii Pracy po tym, jak w ubiegłym roku wygrała ona zdecydowanie wybory.
Jej lider i obecny premier, Keir Starmer, zapowiedział inne rozwiązania – przede wszystkim walkę z gangami przemytników, którzy organizują przeprawy. Labourzyści obiecywali też zwiększenie liczby deportacji ludzi bez prawa pobytu i usprawnienie systemu azylowego.
W praktyce to wszystko okazuje się jednak dość skomplikowane. Np. udało się nadrobić część zaległości w rozpatrywaniu wniosków azylowych, ale jednocześnie zwiększyła się liczba oczekujących na rozpatrzenie apelacji.
Teraz, pod koniec września, ruszył program odsyłania nielegalnych imigrantów do Francji, określany potocznie „jeden tu, jeden tam” (one in, one out). Brytyjsko-francuskie porozumienie zakłada, że Brytyjczycy mogą odesłać do Francji osoby, które na Wyspy przedostały się stamtąd nielegalnie. W zamian jednak mają przyjąć taką samą liczbę osób, które mają podstawy do ubiegania się o azyl w Wielkiej Brytanii i np. mają już tam rodzinę.
Jak dotąd wydalono z Wysp w ten sposób tylko kilka osób, m.in. z Afganistanu, Iranu, Erytrei i Indii. Rząd ma jednak nadzieję na efekt odstraszający – że perspektywa możliwej deportacji zniechęci imigrantów przebywających we Francji do podejmowania nielegalnej, a kosztownej i niebezpiecznej morskiej przeprawy.
Gdy dwie partie tracą, trzecia zyskuje
Na skutki działań podejmowanych przez rząd Starmera trzeba poczekać. Tymczasem już teraz ponad 40 proc. ankietowanych uważa, że rząd Partii Pracy radzi sobie ze sprawą imigracji gorzej niż poprzedni rząd konserwatystów.
„W tej kluczowej kwestii zaufanie społeczne do zdolności rządu do ograniczenia przepraw przez małe łodzie i przywrócenia porządku w systemie azylowym jest niskie. Obawy dotyczące imigracji i niezadowolenie z rządu nie są niczym nowym – istniały również za rządów konserwatystów – ale Partia Pracy nie przekonuje wystarczającej liczby wyborców, że teraz, gdy jest u władzy, radzi sobie lepiej” – komentował wyniki sondażu Gideon Skinner z Ipsos.
Widać jednak, że rozczarowanie obywateli politykami nie ogranicza się tylko do labourzystów – w sondażu dla Sky News tylko 18 proc. uznało, że konserwatyści poradziliby sobie z tym zadaniem lepiej. Aż 55 proc. wyraziło pogląd, że między tymi dwiema głównymi partiami nie byłoby w tej kwestii różnicy.
Na politycznej scenie jest jednak jedna partia, której kryzys migracyjny dodaje skrzydeł – to populistyczne ugrupowanie Reform UK. Prowadzi obecnie w sondażach i może już liczyć na poparcie sięgające 30 procent. Jego lider Nigel Farage zasypuje wyborców kolejnymi pomysłami i obietnicami. Ostatnio dotyczącymi deportowania nawet tych imigrantów, którzy mają prawo pobytu na Wyspach.
Jak wygląda legalna imigracja na Wyspy Brytyjskie
„Małe łodzie” skupiają uwagę Brytyjczyków, ale przybyli w nich imigranci i uchodźcy (powody podejmowania tej podróży są różne) stanowią jedynie niewielką część wszystkich przybyszów, jacy trafiają na Wyspy.
Natomiast jak najbardziej legalnie – np. w oparciu o wizę pracowniczą lub studencką – do Wielkiej Brytanii, liczącej dziś prawie 70 mln mieszkańców, przyjechał w ubiegłym roku niemal milion ludzi, z zamiarem pozostania przynajmniej rok.
Ponad pół miliona w tym czasie wyjechało, a zatem migracja netto, jak się to określa, wyniosła plus 413 tysięcy. Może się wydawać, że to dużo, ale w istocie jest to znaczący spadek – w roku 2023 migracja netto sięgała plus 860 tysięcy.
Ta jak najbardziej legalna imigracja zaczęła rosnąć po brexicie – teraz Farage i prawicowi komentatorzy chętnie używają na określenie tego zjawiska frazy Boriswave, czyli „fala Borisa”, jako że gwałtowny wzrost liczby imigrantów nastąpił w czasie, gdy premierem był Boris Johnson, który negocjował warunki opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię.
Teraz fala ta, jak widać, nieznacznie opada. Ale to właśnie w legalną imigrację uderzył ostatnio Farage, zapowiadając, że w przypadku dojścia do władzy zlikwiduje pozwolenia na pobyt stały (tzw. Indefinite Leave to Remain). Obecnie o takie pozwolenie imigranci mogą ubiegać się po pięciu latach pobytu na Wyspach.
Farage chciałby, aby zamiast tego musieli oni wnioskować o kolejne wizy co pięć lat, a warunki ich uzyskania oraz samego pobytu byłyby bardziej restrykcyjne niż teraz. Co więcej, zasada ta miałaby objąć także osoby, które pozwolenia na pobyt stały już mają.
Przewodniczący Reform UK postuluje również, aby z zasiłków socjalnych mogli korzystać jedynie obywatele brytyjscy oraz aby osoby posiadające wizy nie mogły ubiegać się o sprowadzenie bliskich.
Legalni imigranci pracują w opiece społecznej i zdrowotnej
Pomysły Farage’a zgodnie krytykują politycy innych partii. Podważana jest wysokość podawanych przez niego rzekomych oszczędności dla budżetu państwa, wskazuje się też na kwestie etyczne – ryzyko rozdzielenia rodzin i deportacji ludzi mieszkających na Wyspach od lat.
Podnosi się także aspekty praktyczne – bo np. sektory opieki zdrowotnej i społecznej opierają się w znacznym stopniu na pracy imigrantów. Według ośrodka Migration Observatory, w 2023 r. wydano 106 tys. takich wiz pracowniczych (dla głównych aplikantów, nie licząc wiz dla ich rodzin). Obecnie przyznaje się ich znacznie mniej, jednak imigranci – czy też imigrantki, bo to w większości kobiety – odgrywają tutaj cały czas ważną rolę, pracując w szpitalach czy domach opieki.
Szybko okazało się też, że ze swojej antyimigracyjnej ofensywy Farage musiałby wyłączyć obywateli państw unijnych, których prawa chroni porozumienie brexitowe (a Bruksela raczej nie ma powodów, by chcieć je renegocjować).
Rząd Keira Starmera pod coraz większą presją
Swoją drogą, lider Liberalnych Demokratów Ed Davey twierdzi, że Farage – jedna z twarzy brexitowego referendum – powinien przede wszystkim przeprosić Brytyjczyków za stworzenie problemu. „Przed brexitem nie mieliśmy problemu z »małymi łodziami«, bo mieliśmy porozumienie z 27 krajami Unii Europejskiej i mogliśmy odsyłać tam ludzi” – mówił Davey.
Żeby wprowadzić swoje propozycje, Nigel Farage musiałby najpierw wygrać wybory. Retoryka lidera Reform UK rezonuje jednak z rosnącymi społecznymi napięciami i oczekiwaniami Brytyjczyków, że ich obawy będą brane pod uwagę. Wszystko to tworzy presję na rząd.
Rzecz w tym, że rozwiązanie problemów nawarstwiających się od lat wymaga nie populistycznych haseł, lecz rzetelnej oceny sytuacji, konsekwentnej strategii, a także czasu.
W obecnej atmosferze tego ostatniego premier Starmer nie ma jednak za wiele.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















