Narzekanie na kasty uprzywilejowane stało się już rutynowym elementem naszych kampanii wyborczych. Kiedyś przodowała w tym Zjednoczona Prawica („łże-elity”), dziś to jeden z lejtmotywów narracji politycznej Konfederacji. Jednak w gruncie rzeczy, gdyby przyjrzeć się bliżej, to do antyelitarystycznych emocji odwoływali się niemal wszyscy kandydaci w wyborach prezydenckich.
Czym innym bowiem było piętnowanie „koryciarstwa” przez Adriana Zandberga czy chwalenie zdrowego rozsądku ludu (w kontrze do myślenia i działania elit), które uprawiał Rafał Trzaskowski? Nie ulega większej wątpliwości, że przywództwo w polityce, biznesie, wojsku, kulturze czy społeczeństwie obywatelskim odgrywa niezwykle istotną rolę.
To właśnie od władzy sprawowanej przez jakąś elitę zależą decyzje o wykorzystaniu określonych zasobów (finansowych, ludzkich, infrastrukturalnych, instytucjonalnych etc.), ale też efektywność podjętych działań. Mamy aż nadto dowodów, że los poszczególnych państw, armii, firm czy organizacji w istotnym stopniu zależał od decyzji politycznych przywódców, generałów, prezesów czy społecznych liderów – zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym.
Skąd się biorą europejskie elity
Pojawia się jednak wątpliwość: czy kwestia przywództwa ma aż tak decydujące znaczenie w przypadku Polski, posiadającej status państwa na pewno nie marginalnego, ale mimo wszystko półperyferyjnego, należącego do świata, którego prawdziwe centra decyzyjne leżą daleko poza naszymi granicami?
Nim spróbuję na to pytanie odpowiedzieć, chciałbym podzielić się pewną refleksją. W opinii wielu ekspertów krajem, który dysponuje najlepiej przygotowanymi kadrami do zarządzania państwem i gospodarką, jest Francja. Funkcjonujący tam model tzw. grande école, z najsłynniejszą Krajową Szkołą Administracji (ENA), która przez lata dostarczała najwyższej jakości kadr – stanowi wzorzec dla innych państw.
Enarchowie, bo tak nieraz nazywa się absolwentów tej uczelni, decydują o losach francuskiej polityki, mediów, biznesu czy świata nauki. W gruncie rzeczy enarchowie stanowią swego rodzaju merytoryczną arystokrację, i co równie istotne – specyfika procesu rekrutacyjnego przez lata sprzyjała dziedziczeniu tego statusu.
Wśród absolwentów ENA nie było np. zbyt wielu potomków imigrantów, co stało się źródłem poważnej krytyki i powodem, dla którego prezydent Emmanuel Macron podjął w 2021 r. decyzję o zamknięciu ENA i przekształceniu jej w bardziej „demokratyczny” Narodowy Instytut Służby Publicznej.
Na czym polega wyjątkowość francuskiego modelu? Spróbuję ją wyjaśnić na przykładzie osobistego doświadczenia. W 2017 r. miałem okazję uczestniczyć w Paryżu w seminarium (na temat współczesnych wyzwań UE) z udziałem francuskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich i polskich urzędników, ekspertów, akademików oraz publicystów.
Jedna rzecz była uderzająca – w przeciwieństwie do uczestników z pozostałych krajów, którzy wyrażali różne poglądy (np. polscy i niemieccy urzędnicy mówili co innego niż ich rodacy reprezentujący media czy uniwersytety), można było odnieść wrażenie, jakby wszyscy Francuzi deklamowali jeden tekst, tylko rozpisany na role. Tam, gdzie jedna osoba kończyła, kolejna zaczynała – niezależnie od tego, jaką instytucję reprezentowała.
Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie i stanowiło dowód „współmyślenia” oraz koordynacji, którą w dużym stopniu można przypisać faktowi, że wszyscy byli absolwentami ENA.
Kuźnia niechcianych kadr. Dlaczego w Polsce się nie udało?
W Polsce próbowaliśmy stworzyć rodzimy odpowiednik ENA – jest nią powołana w 1990 r. Krajowa Szkoła Administracji Publicznej (KSAP). Niestety, przy całym szacunku do jej twórców, absolwentów i obecnych słuchaczy, eksperyment udał się co najwyżej średnio. Zabrakło nie tylko zasobów, ale przede wszystkim spójnej i konsekwentnej wizji rozwoju, więc KSAP stał się szybko ofiarą systemu politycznych łupów oraz wojny polsko-polskiej, zamiast być kuźnią kadr wolnych od partyjniactwa.
Problem nie dotyczy wyłącznie administracji publicznej. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie mamy też kuźni kadr biznesowych, eksperckich, akademickich czy medialnych. Po części wynika to z dość policentrycznego układu naszego kraju. Umiem sobie bowiem wyobrazić, jak w różnych miastach, takich jak Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań czy Gdańsk, powstają wpływowe ośrodki, jednak z pewnością żaden z nich nie byłby wystarczająco silny, także z uwagi na finanse.
Doświadczają tego również Niemcy – Berlin nie jest w przeciwieństwie do Londynu czy Paryża jedynym i naturalnym centrum. W tym zakresie łatwiej taki ośrodek stworzyć choćby Węgrom w Budapeszcie, i jeśli przyjrzeć się biografii Viktora Orbána, taką rolę (choć bardziej w sensie nieformalnym) odgrywał Uniwersytet Loránda Eötvösa.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że trudno byłoby nam znaleźć w Europie jakiś wyjątkowy system kształcenia kadr, nie widać też wyróżniających się jakością na tle innych państw elit. Ilekroć słyszę narzekania na przedstawicieli polskiej kasty przywódczej, spoglądam na kraje ościenne (w tym na Niemcy, uchodzące wśród wielu za wzór sprawnego państwa) i nie dostrzegam, abyśmy istotnie odstawali od średniej.
W ostatnich dniach mamy np. festiwal oświadczeń ze strony rządu i Kancelarii Prezydenta, w ramach sporu, kto za co odpowiada w polityce zagranicznej – jest on powszechnie uważany za przejaw żenującego braku profesjonalizmu. Tyle że to nie jest żaden wyjątek.
Błędy niemieckich elit nakarmiły radykałów z AfD
Sam mogę podać co najmniej kilka analogicznych przykładów dotyczących niemieckiej polityki zagranicznej w ostatnich latach. Ot, choćby w czasie ostatniej czeskiej prezydencji w Radzie UE urzędnicy naszych południowych sąsiadów narzekali, że trzech niemieckich wiceministrów, reprezentujących trzy partie tworzące ówczesną koalicję rządzącą, w trakcie negocjacji mówiło kompletnie co innego.
Analogicznie, gdybyśmy przyjrzeli się niemieckim elitom gospodarczym, skala błędnych decyzji i niekompetencji nieraz wręcz poraża. Pierwszym przykładem z brzegu było totalne uzależnienie się od rosyjskich surowców energetycznych (wraz z budową morskiego gazociągu Nord Stream), co powszechnie uznawane jest za jedną z głównych przyczyn wybuchu wojny na Ukrainie.
Istnieją też badania pokazujące, że nie ma drugiego kraju na świecie, który dysponując ogromną nadwyżką eksportową, tak nieefektywnie inwestowałby zgromadzone środki. Jak wskazują choćby Matthew Klein i Michael Pettis w głośnej książce „Wojny handlowe to wojny klasowe”, w latach 1999-2018 na zagranicznych inwestycjach Niemcy zanotowały stratę netto na poziomie aż 29 proc.
Jak media społecznościowe odmieniły politykęSkutki tych błędów są katastrofalne – rosnące nierówności, spadek jakości usług publicznych (w tym zapaść infrastruktury) oraz wzrost kosztów życia napędziły w stabilnym niemieckim życiu politycznym ruchy antysystemowe, które dziś w postaci Alternatywy dla Niemiec mogą liczyć na niespotykane wcześniej poparcie ponad 25 proc. społeczeństwa.
Oczywiście fenomen AfD można wyjaśniać też inną nieodpowiedzialną polityką niemieckich elit politycznych i biznesowych, która przejawiała się w masowym ściąganiu pracowników zarobkowych z biednych krajów. W efekcie państwo, które przez lata szczyciło się swoim cudem gospodarczym i stabilnym systemem politycznym, dziś stoi w obliczu potężnego kryzysu wewnętrznego.
Jak media społecznościowe odmieniły politykę
Skala kompromitacji niemieckich elit jest zaiste spektakularna, ale czy choćby Brytyjczycy, którzy zafundowali sobie brexit, wypadają na tym tle jakoś szczególnie lepiej? Także Francuzi, mimo ENA, nie są impregnowani na systemowe słabości, czego przejawem mogą być wychodzące co jakiś czas na jaw afery korupcyjne.
Zresztą, podobnie jak w Niemczech, także Francja za sprawą konkretnych błędów elit rządzących znalazła się w politycznym kryzysie – od jakiegoś czasu nie sposób utworzyć tam stabilnego rządu, a na dodatek w kolejnych wyborach prezydenckich władzę zdobyć może Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen, co będzie mieć bardzo poważne skutki nie tylko dla samej Francji, ale też dla całej Unii Europejskiej.
Jeśli bowiem o przyszłości i kształcie procesów integracyjnych na Starym Kontynencie od lat 50. XX wieku decydował tzw. francusko-niemiecki silnik, to przejęcie politycznych sterów przez AfD i Zjednoczenie Narodowe zapowiada jego awarię i unijne trzęsienie ziemi, które nie pozostanie bez wpływu na sytuację Polski. Tak jak dalekowzroczność francuskich i niemieckich elit politycznych doprowadziła do ustanowienia trwałego pokoju w zachodniej Europie, tak ich brak roztropności w wielu innych kwestiach może skutkować powrotem demonów nacjonalizmu.
Nie oznacza to oczywiście, że skoro gdzie indziej nie jest dobrze, to powinniśmy zignorować problem jakości naszych elit. Jest oczywiście odwrotnie, tyle że budowa przywództwa z prawdziwego zdarzenia będzie bardzo trudna. Żyjemy w świecie, w którym media społecznościowe (czyli w praktyce globalny kapitał) poprzez swoje algorytmy napędzają polaryzacyjne emocje. W ich interesie jest też, niewyrażane wprost, osłabianie krajowych elit: czy to politycznych, czy to biznesowych.
Ocean hejtu zniechęca najlepszych fachowcówIch słabość ułatwia funkcjonowanie międzynarodowych gigantów, choćby poprzez kontrolę regulacji wprowadzanych na poziomie państwa narodowego. Wystarczy bowiem podsycać wewnętrzne konflikty, które skutecznie blokują ponadpartyjny konsensus i uniemożliwiają prowadzenie spójnej, konsekwentnej polityki. Dobrze ilustruje to wspomniana już historia KSAP-u. Szkoła ta, zamiast być traktowana jak narodowy skarb wyłączony z politycznej, bieżącej nawalanki, stała się przedmiotem nieustannych, degradujących jej pozycję dyskusji i rozgrywek.
Ocean hejtu zniechęca najlepszych fachowców
W tym kontekście stosowana przez coraz większą część sceny politycznej i eksperckiej antyelitarystyczna retoryka i medialne połajanki nie tylko nie pomagają (jak mogą sądzić niektórzy jej twórcy, mieniący się reprezentantami prawdziwie propaństwowego myślenia), ale w praktyce uniemożliwiają budowę kompetentnych kadr. W praktyce bowiem efektem takiej retoryki nie jest budowanie ponadpartyjnego konsensusu, ale nabijanie zasięgów, bazujących na prostych (prostackich?) emocjach odbiorców, spośród których spora część chętnie „pogoniłaby polityków kijem”.
To jest zresztą samospełniająca się przepowiednia – obserwując ocean hejtu lejący się na elity, raczej niewielu będzie chętnych, aby pakować się w pracę dla państwa. Tym bardziej że jest ona zdecydowanie gorzej płatna od atrakcyjnych stanowisk pracy w polskich oddziałach zagranicznych korporacji.
Byłoby jednak naiwnością twierdzić, że dla budowy państwowych elit wystarczy stworzyć kilka dobrych szkół. Może zabrzmi to utopijnie, ale dużo ważniejsza jest kultura oraz poczucie solidarności i wspólnoty losu; dobra elita powinna mieć głęboko wpojone poczucie odpowiedzialności za siebie i innych.
To nie oznacza, że nagle zrezygnuje z pilnowania swoich interesów. Musi jednak rozumieć, że jej długofalowy interes zależy od powodzenia tych, którzy do elity nie należą.
Mam sporą obawę, że zbudowanie takiej postawy jest o wiele trudniejsze niż stworzenie elitarnej uczelni będącej kuźnią państwowych kadr. Nawet w Kościele, w którym ideały miłości bliźniego, służby, ofiary i solidarności są odmieniane przez wszystkie przypadki, hierarchowie nieczęsto czują wspólnotę nie tylko z wiernymi, ale nawet ze „swoimi” księżmi.
W moim ostatnim artykule dla „Tygodnika” („Klucz do serca Polski”, nr 35/2025) wskazywałem, że nowy narodowy mit warto budować wokół tradycji Solidarności, i to z trzech powodów.
Po pierwsze, bez poczucia solidarności trudno tworzyć propaństwowe elity, zwłaszcza w kraju półperyferyjnym, gdzie osoby z wysokimi kompetencjami stosunkowo łatwo podkupić i uczynić z nich kompradorów „sprzedających” interes swojego państwa dla firmowych i prywatnych korzyści.
Think tank Polska. Potrzebny okrągły stół od lewa do prawaPo drugie, Solidarność wciąż jest globalną marką kojarzoną z Polską, co przypominano intensywnie, gdy zagraniczne stacje telewizyjne nadawały live’y z Rzeszowa czy Przemyśla, epatując opowieściami o „mocarstwie humanitarnym”. Przy zachowaniu właściwych proporcji, da się tą kartą wciąż grać. Także na forum wewnętrznym: „popatrzcie, istnieje coś pozytywnego, z czego jako Polacy możemy być dumni”.
Think tank Polska. Potrzebny okrągły stół od lewa do prawa
Trzeci powód jest być może najważniejszy. Dziedzictwo Solidarności dowodzi, że elitę mogli tworzyć zarówno intelektualiści, jak i robotnicy. Mam oczywiście świadomość, że to radykalnie uproszczony obraz, ale jak to bywa w przypadku tworzenia mitów – zawsze są one przedmiotem świadomej konstrukcji.
W mojej głowie, poza utopijnymi wizjami, w tym konkretnym przypadku pojawia się postulat, który choć niełatwy, wydaje się możliwy do zrealizowania. W ostatnich latach pojawiło się w Polsce sporo środowisk, po różnych stronach politycznej sceny, od „marksowskiej” „Praktyki Teoretycznej” po narodowy „Nowy Ład”, które jednak co do zasady głównie próbują udawać think tanki. Udawać, bo są to przeważnie podmioty społeczne, które nie posiadają wystarczających funduszy, by móc prowadzić ekspercką pracę z prawdziwego zdarzenia. W efekcie pozostaje im działalność de facto partyzancka.
Jestem przekonany, że przy pomocy środków publicznych (choćby z Narodowego Instytutu Wolności) dałoby się stworzyć ponadpartyjną przestrzeń, w której młodzi adepci z tych środowisk nabywaliby „twardych” kompetencji w zakresie analizy, projektowania, wdrażania i ewaluacji polityki publicznej na znacznie szerszą skalę, niż ma to dziś miejsce w KSAP. Jednocześnie mieliby okazję poznać się i zbudować relacje, niezależnie od dzielących ich różnic ideowych.
Może byłby to zalążek nie tylko „think tanku Polska”, o którym już dekadę temu pisał Rafał Matyja, ale także krok w kierunku budowy państwowych elit. Może byłaby to również przestrzeń, w której toczyłby się ponadpartyjny namysł nad nową konstytucją, nad którą pracę zapowiedział w swoim inauguracyjnym orędziu prezydent Karol Nawrocki. Brzmi trochę jak marzenie, ale czyż nie warto marzyć?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















