Potężne zadłużenie, piąty premier Macrona i gniewne ulice. Francję czeka długi kryzys

Dług publiczny Francji prawie dwukrotnie przewyższa dług Polski i plasuje ją na trzecim miejscu najbardziej zadłużonych państwu w Europie. To pierwotne źródło problemów, przed jakimi stoi Macron i jego nowy rząd.
z Paryża
Czyta się kilka minut
Przed protestami pod hasłem „Blokujmy wszystko!”: demonstranci gromadzą się na placu Republiki w Paryżu, 10 września 2025 r. // Fot. Islam Safwat / NurPhoto / AFP / East News
Przed protestami pod hasłem „Blokujmy wszystko!”: demonstranci gromadzą się na placu Republiki w Paryżu, 10 września 2025 r. // Fot. Islam Safwat / NurPhoto / AFP / East News

Pędząca polityczna karuzela: tak wyglądały ostatnie dni we Francji. Najpierw, w poniedziałek 8 września, upadł centroprawicowy rząd François Bayrou. Przetrwał niecałe dziewięć miesięcy – i tak dużo, bo od początku nie miał większości w parlamencie (to, że mógł jednak zaistnieć, zawdzięczał ustrojowi, gdzie premier jest „pierwszym ministrem” prezydenta).

Już dzień później prezydent Emmanuel Macron w ekspresowym tempie powołał na nowego premiera 39-letniego Sébastiena Lecornu. Swojego wiernego współpracownika i od trzech lat ministra obrony w kolejnych rządach.

Uliczne protesty w całej Francji

Zaraz potem, w środę, przez cały kraj przetoczyły się manifestacje, blokady drogowe i strajki w transporcie oraz wielu branżach sektora publicznego – pod wspólnym hasłem „Blokujmy wszystko!”.

Na ulice Paryża, Marsylii, Lyonu, Nantes i wielu innych miast wyszło protestować w sumie ok. 200 tys. ludzi. Sprzeciwiali się polityce zaciskania pasa, którą próbują forsować Macron, liberalny centrysta, oraz jego kolejne rządy. W niektórych miejscach protestujący niszczyli witryny sklepów i przystanki komunikacji miejskiej, podpalali śmietniki. Policja używała gazu łzawiącego do rozproszenia tłumu. Siły porządkowe zatrzymały ponad 300 uczestników zajść.

Protesty te zaplanowano jeszcze przed zmianą na stanowisku premiera, a wybór na premiera akurat Sébastiena Lecornu – człowieka prezydenta – jak widać nie uspokoił nastrojów. Wręcz przeciwnie: podczas manifestacji na wielu transparentach widniało hasło: „Macron do dymisji!”.

To nie koniec karuzeli: na czwartek 18 września główne związki zawodowe zapowiedziały kolejne strajki i protesty – przeciwko planowanym w budżecie państwa radykalnym oszczędnościom.

Od ponad roku Francja dzieli się na trzy zwaśnione bloki

Szukając bezpośrednich źródeł obecnego zamętu, należy cofnąć się do czerwca 2024 r.

Wtedy to Macron niespodziewanie rozwiązał parlament i rozpisał przedterminowe wybory. W ich wyniku powstały trzy zwaśnione polityczne bloki: lewicowy (zdominowany przez radykalną Francję Nieujarzmioną pod wodzą Jeana-Luca Mélenchona), blok skrajnie prawicowy (Zjednoczenie Narodowe, partia Marine Le Pen) oraz blok centroprawicowy pod patronatem prezydenta.

Od tamtego momentu stworzenie jakiejkolwiek większości rządowej stało się praktycznie niemożliwe. W efekcie Francja przechodzi kryzys o wielorakim charakterze: polityczny, budżetowy i społeczny. Przy czym ostatni rok był „tylko” jego kulminacją, bo zaczął się on wcześniej – Sébastien Lecornu (rocznik 1986) jest już piątym z kolei premierem, licząc od początku drugiej kadencji Macrona, która zaczęła się wiosną 2022 r.

Jego dwaj poprzednicy – Bayrou, a wcześniej Michel Barnier (obaj skądinąd rówieśnicy: rocznik 1951) – upadli z tego samego powodu: po tym jak opozycja odrzuciła projekty radykalnych (przynajmniej jak na szczodrą Francję, o czym za chwilę) oszczędności budżetowych.

Czy to już permanentne bankructwo?

„Stan kraju jest krytyczny”, a powodem tego jest ogromne zadłużenie państwa – grzmiał Bayrou z trybuny parlamentarnej tuż przed przegranym dla siebie głosowaniem nad wotum zaufania. Wcześniej ostrzegał przed „Himalajami długu”, z którymi muszą się zmierzyć Francuzi.

W poniedziałek 8 września za odwołaniem rządu Bayrou głosowała zgodnie opozycja – od partii Le Pen przez socjalistów i Zielonych po radykalną lewicę Francji Nieujarzmionej; w sumie 364 deputowanych. Przeciw odwołaniu głosowało zaś tylko 194 deputowanych, głównie z bloku wspierającego rząd.

Wygląda na to, że Bayrou nie przekonał do swojego projektu przyszłorocznego budżetu – z oszczędnościami w kwocie 44 mld euro – nie tylko większości deputowanych, lecz także opinii publicznej.

Starsi Francuzi pamiętają, że już w 2007 r. ówczesny szef rządu François Fillon oświadczył, że „stoi na czele państwa, które bankrutuje”, i które „od 15 lat przeżywa chroniczny deficyt”. Wtedy jedynie nieliczni wzięli te słowa na serio – przyzwyczajono się, że Francja żyje ponad stan.

Francja krajem rządzony przez starszych panów

Dziś sytuacja jest inna: temat długu i jego konsekwencji zdominował publiczną debatę. Dlaczego zatem Bayrou poniósł w sprawie budżetu tak spektakularną klęskę?

Były już szef rządu zdenerwował rodaków m.in. propozycją likwidacji dwóch dni wolnych od pracy, w tym Poniedziałku Wielkanocnego. W dodatku zraził sobie Francuzów belferskim tonem. Emeryci zapamiętali mu, że to właśnie ich – zwykłych obywateli z pokolenia baby boomerów – obwinił za narastający latami dług państwa.

Jak na ironię, zarówno 74-letni Bayrou, jak i jego rówieśnik Barnier są reprezentantami tejże generacji. Złośliwie można by powiedzieć, że za ich sprawą Francja przypominała ostatnio rewię starszych panów. Chodzi tu nie tyle o wiek obu premierów (w końcu baby boomerzy rządzą dziś od USA po Chiny), ile o ich konserwatywne poglądy połączone z brakiem charyzmy i słabym słuchem społecznym.

Do niepopularności Bayrou przyczyniła się także tzw. afera Bétharram (od nazwy katolickiej szkoły Notre-Dame de Bétharram, położonej blisko Lourdes). Sprawa dotyczy wydarzeń, w które zamieszany był ponad ćwierć wieku temu, gdy był tam lokalnym politykiem.

Do tej pory wpłynęło ponad 200 skarg dawnych uczniów tej szkoły, którzy twierdzą, że doświadczali przemocy fizycznej lub seksualnej ze strony kadry nauczycielskiej. Bayrou, gorliwy katolik i ojciec dzieci uczących się w tej szkole, twierdził teraz, że stojąc na czele departamentu Pireneje Atlantyckie w latach 90. XX w. nie miał o tym pojęcia. Obciążyły go jednak liczne relacje, łącznie z tą jego własnej córki, która wyjawiła, że również ona była ofiarą przemocy w szkole.

Sébastien Lecornu to młody zdolny macronista

Wraz z powołaniem nowego premiera nastąpiła zmiana pokoleniowa. Obejmując urząd, Lecornu oświadczył, że zmieni nie tylko metodę, ale i samą istotę postępowania w kwestii negocjacji budżetowych.

Jego nominacja nie zaskoczyła obserwatorów, gdyż już osiem miesięcy temu był jednym z głównych kandydatów na premiera. Wtedy jednak przegrał na ostatniej prostej z Bayrou.

Prezydent Emmanuel Macron i Sébastien Lecornu (jeszcze w roli ministra obrony) podczas wizyty w Wietnamie, 26 maja 2025 r. // Fot. Ludovic Marin / AFP / East News

– Lecornu to zdolny polityk gwarantujący realizację polityki Macrona. Od pierwszej kadencji prezydenta jest jego wiernym „gwardzistą”. Dla Macrona bardzo istotne jest to, że nowy premier nie aspiruje do kandydowania w wyborach prezydenckich w 2027 r., co pozwala uniknąć napięć – mówi „Tygodnikowi” Blanche Leridon, ekspertka Institut Montaigne, think tanku o orientacji liberalnej.

– Niepokojące jest jednak to, że prezydent nominował na premiera ministra rządu, który dzień wcześniej został obalony przez parlament. Zwłaszcza że dzieje się to w kontekście ogólnej nieufności we Francji do całej klasy politycznej, a szczególnie odrzucenia samego Macrona – dodaje Blanche Leridon.

Według prestiżowego ośrodka Cevipof tylko jedna czwarta francuskich wyborców ufa politykom (w Niemczech to 47 proc., we Włoszech 39 proc.). Prezydent Macron ma dziś w sondażach rekordowo niskie poparcie: ok. 20 proc. Na podobnym, a nawet niższym poziomie było poparcie dla Bayrou tuż przed wotum nieufności.

Lecornu to człowiek z wieloma kontaktami

Według francuskiej prasy atutem nowego premiera jest jego szeroka sieć kontaktów – od socjalistów po polityków nacjonalistycznej prawicy.

To on miał być w przeszłości sekretnym pośrednikiem między odwiecznymi wrogami, czyli Macronem a Marine Le Pen. Dziennik „Liberation” twierdził w 2024 r., że Lecornu brał udział w tajnych kolacjach z Le Pen i Jordanem Bardellą, jej następcą. Tygodnik „Le Point” twierdzi nawet, że Lecornu wielokrotnie gościł sekretnie szefostwo tej partii w swoim gabinecie ministra obrony, aby przekonać ich m.in. do wsparcia dla programu zbrojeń.

Lecornu, choć ma opinię zręcznego negocjatora, stoi jednak – podobnie jak wcześniej Barnier i Bayrou – przed arcytrudnym zadaniem: do przyjęcia rygorystycznego budżetu musi przekonać większość  parlamentu, od Partii Socjalistycznej po prawicę tradycyjną (neogaullistów), a może nawet partię Le Pen.

– Na przykład socjaliści domagają się nowego podatku dla miliarderów, tzw. podatku Zucmana, który jest nie do przyjęcia dla prawicowych Republikanów. Na razie nie widać chęci do ustępstw z żadnej strony – uważa Blanche Leridon.

Pod względem zadłużenia Francja przoduje w Europie

Skąd taka presja, wręcz determinacja obozu Macrona, w sprawie cięć budżetowych?

Zadłużenie narasta systematycznie od trzech dekad, za kadencji kolejnych prezydentów – tak z prawicy, jak i z lewicy czy centrum. Dziś sięga równowartości blisko 114 proc. PKB Francji.

Według Eurostatu na początku tego roku wysokość francuskiego długu publicznego, liczonego w stosunku do PKB, plasowała ten kraj na niechlubnym trzecim miejscu w Unii Europejskiej (po Grecj ii Włoszech). Prawie dwukrotnie przewyższa on polskie zadłużenie.

Biorąc jednak pod uwagę liczby bezwzględne, dług ten wynosi 3 biliony 346 miliardów euro, co daje Francji niechlubne pierwsze miejsce na Starym Kontynencie.

Francuscy ekonomiści liberalni i prawicowi nie stronią od katastroficznych prognoz. Nicolas Baverez, publicysta centroprawicowego tygodnika „Le Point”, ostrzega, że państwo francuskie trafi pod kuratelę Międzynarodowego Funduszu Walutowego – tak jak niegdyś Grecja. Większość specjalistów, w tym Christine Lagarde, szefowa Europejskiego Banku Centralnego (a wcześniej długoletnia szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego), wyklucza taki czarny scenariusz.

– Poziom zadłużenia publicznego jest niepokojący, tym bardziej że około połowy naszego długu posiadają inwestorzy zagraniczni. Przeciętni Francuzi zdają sobie na ogół sprawę, że trzeba uporać się z tym problemem. Sęk w tym, że nikt nie chce za to płacić z własnej kieszeni – mówi „Tygodnikowi” Sandrine Levasseur, ekonomistka z ośrodka badań ekonomicznych OFCE.

Co działa na niekorzyść Francji

Levasseur uważa, że jest jeszcze czas, by uzdrowić finanse. I że jeśli rząd tego nie zrobi, zagraniczni wierzyciele mogą nawet kilkakrotnie podnieść stopy procentowe. – Wszystko zależy od przełamania blokady politycznej. To klucz do rozwiązania kwestii długu – dodaje.

Levasseur zwraca uwagę, że dług publiczny, nawet bardzo wysoki, nie świadczy sam w sobie o zapaści ekonomicznej. Najsilniejsze światowe gospodarki mają nawet większy dług publiczny niż Francja – jak USA (ich dług stanowi równowartość 120 proc. PKB) czy Japonia (ponad 200 proc. PKB). Istotne są też inne kryteria, jak dynamika demograficzna czy perspektywy wzrostu gospodarczego – dziś jednak nad Sekwaną bardzo powolnego.

– Na niekorzyść Francji działa spowolnienie gospodarki, w przeciwieństwie np. do szybkiego wzrostu gospodarczego w takich krajach jak Polska. Z drugiej strony, francuskie  społeczeństwo się starzeje, ale współczynnik dzietności jest wciąż na niezłym poziomie prawie 1,7 dziecka na kobietę, podczas gdy Polacy, z 1,1 dziecka na kobietę, mają tu problem, który przyczynia się do zwiększania polskiego długu  – dodaje Levasseur.

Ekonomistka uważa, że w dłuższej perspektywie Francja będzie musiała dokonać cięć w wydatkach socjalnych – nawet mimo protestów społecznych.

Tymczasem lewica proponuje, by wprowadzić podatek dla superbogaczy (tzw. podatek Zucmana), który miałoby płacić 1,8 tys. najbogatszych Francuzów. Wynosiłby 2 proc. ich całkowitego majątku (a nie rocznego dochodu).

Lavasseur uważa, że podatek Zucmana mógłby tylko tymczasowo załatać  dziurę budżetową. Już teraz obowiązkowe obciążenia podatkowe – łącznie ze wszystkimi składkami – czynią z Francji lidera Europy. A milionerzy nieraz pokazali, że świetnie radzą sobie z tzw. optymalizacją podatkową.

Młodzi i radykalni Francuzi

Powróćmy do protestów z ostatniego tygodnia. Nasuwa się pytanie: czy w najbliższym czasie Francja znowu stanie w ogniu, jak to było w czasie antyrządowego ruchu kontestacji, tzw. Żółtych Kamizelek, w latach 2018-19?

Obecny ruch „Blokujmy wszystko!” zrodził się spontanicznie w mediach społecznościowych. – Pierwsze badania wskazują, że ruch „Blokujmy wszystko!” mocno się różni się od „Żółtych Kamizelek”, gdzie było dużo emerytów i robotników. Tu widać głównie młode osoby z radykalnej lewicy. Nie jest na razie jasne, czego dokładnie domagają się manifestanci. Prócz odsunięcia elit, antykapitalizmu i dymisji Macrona – ocenia Blanche Leridon.

Antyrządowe protesty wspiera 30-letnia Anne, pracowniczka (na tymczasowym kontrakcie) paryskiej instytucji kulturalnej. Jest aktywistką małego kolektywu o radykalnie lewicowych poglądach. Mówi, że choć ma dwa dyplomy, od 10 lat nie może znaleźć stałej pracy i zna wielu takich jak ona „prekariuszy”.

– Miliardy w kasie znaleźć łatwo, opodatkujmy bogaczy i wstrzymajmy wydatki na zbrojenia – mówi Anne „Tygodnikowi”. Zaznacza, że nie szokuje jej demolowanie przez manifestantów banków czy luksusowych sklepów: – Niszczenie tego mienia, bez fizycznego atakowania personelu, może naprawdę wpłynąć na władze. Bo rząd francuski nic sobie nie robi z pokojowych manifestacji.

Czy Francja jest chorym ogniwem Europy?

Jak kryzys wewnętrzny Francji wpłynie na jej pozycję w Europie i świecie? Już nie tylko prasa zagraniczna, ale i oponenci Macrona nie wahają się określić kraju jako „chorego człowieka Europy”. Tak ujęła to ostatnio na swoim wiecu Marine Le Pen.

– Nie, Francja nie jest chorym człowiekiem Europy, ani nie dożywa jeszcze kresu systemu politycznego V Republiki – protestuje Blanche Leridon. Jednak zgadza się, że problemy wewnętrzne osłabiają wiarygodność Macrona na forum międzynarodowym.

– Jeśli nie jest on w stanie utrzymać porządku we własnym kraju, to jak może aspirować do bycia żandarmem świata? – pyta Leridon, która uważa, że mimo trudności w kraju Macron będzie kontynuować swoją linię w polityce zagranicznej. W tym wspieranie „koalicji chętnych” do misji pokojowej na Ukrainie czy uznanie przez Francję państwa palestyńskiego.

– Te inicjatywy zagraniczne Macrona idą w dobrym kierunku, ale problemem jest jego krucha pozycja na scenie krajowej  – ocenia Leridon.

Inaczej mówiąc: Francję czeka w najbliższych miesiącach, a pewnie i latach, pilne sprzątanie własnego podwórka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Paryski klincz