Klucz do serca Polski. Kiedy powinniśmy obchodzić święta narodowe

Wybór okresu wakacyjnego na ogólnonarodowe celebracje wydaje się całkiem zrozumiały. Ale czy uwzględnia on w wystarczającym stopniu uczucia i historię ludzi spoza Warszawy?
Czyta się kilka minut
Obchody 81. rocznicy Powstania Warszawskiego. Godzina W na Wiśle. Warszawa, 1 sierpnia 2025 r. // Fot. Mateusz Grochocki / East News
Obchody 81. rocznicy Powstania Warszawskiego. Godzina W na Wiśle. Warszawa, 1 sierpnia 2025 r. // Fot. Mateusz Grochocki / East News

Sierpień rozpoczęliśmy rocznicą Powstania Warszawskiego, w połowie miesiąca wspominaliśmy Cud nad Wisłą, kończymy go upamiętnieniem Porozumień Sierpniowych – a już dzień później mamy 1 września i kolejną rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wszystko to przypada na okres urlopowy, kiedy na dodatek dochodzą duże uroczystości kościelne, związane z sunącymi przez Polskę pielgrzymkami na Jasną Górę.

Z moich obserwacji wynika, że wakacyjny sierpień dużo lepiej nadaje się do publicznego celebrowania narodowego święta niż 3 maja czy 11 listopada. Co prawda długi weekend majówkowy nie byłby zły, ale dla Polaków stał się świętem wiosny i okazją do narodowego grillowania w gronie rodziny i przyjaciół. 

Jeszcze gorzej wypada tu Święto Niepodległości – niby radosne wspomnienie, ale przypada niedługo po Wszystkich Świętych, w jesiennej plusze skłaniającej do nostalgii, kiedy o piątej po południu jest już ciemno i zimno, a na dodatek jesteśmy w wirze pracy lub nauki. To nie przypadek, że listopad jest chyba ostatnim miesiącem, w którym ktokolwiek chciałby organizować wesele. Już styczniowo-lutowy karnawał, mimo lichej zazwyczaj pogody, wypada lepiej. W efekcie wybór sierpnia na ogólnonarodowe celebracje wydaje się całkiem zrozumiały.

Kto naprawdę utożsamia się z Powstaniem Warszawskim

Nie chcę twierdzić, że rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego stała się w praktyce (patrząc na skalę obchodów) kluczowym świętem narodowym wyłącznie z powodów „wakacyjno-urlopowych”, ale z pewnością czynnik ten odegrał rolę w budowaniu atrakcyjności tej rocznicy. Publiczne śpiewanie „nie-zakazanych” piosenek w listopadzie mogłoby wypaść znacznie mniej okazale.

Jednak wybór akurat tej rocznicy jako de facto najważniejszego święta narodowego spotyka się wśród części Polaków, zwłaszcza tych niezwiązanych z Warszawą, z niezrozumieniem, a nawet lekką irytacją. Mój wpis w mediach społecznościowych, w którym wskazywałem na percepcję tej rocznicy w różnych regionach Polski, wzbudził mnóstwo kontrowersji.

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies

Postawiłem bowiem hipotezę swoistej „warszawocentryczności” mitu powstania, z którym nie utożsamia się spora liczba Polaków. Nie chodzi tu oczywiście o pamięć o samych ofiarach tej straszliwej zbrodni dokonanej przez Niemców, ale o traktowanie Powstania Warszawskiego jako kluczowego wydarzenia z historii najnowszej naszego kraju, symbolu narodowej tożsamości.

Reakcje na ten komentarz były niezwykle emocjonujące. Część komentujących oburzyła się szarganiem narodowego dziedzictwa, inni wyrażali zrozumienie i wsparcie, wskazując, że również nie czują się „częścią” mitu zbudowanego w ostatnich kilkunastu latach wokół powstania. 

Trzeba bowiem wyraźnie zaznaczyć, że jeszcze w latach 90. XX wieku, kiedy już pamięć o tym wydarzeniu nie była zakładniczką PRL (choć w czasach komuny też bywało różnie – mamy choćby świadectwa oficjalnego upamiętnienia dziesiątej rocznicy w 1954 r.), obchody miały znacznie spokojniejszy, bardziej lokalny charakter. 

Nie było koncertów i hucznych akademii, raczej palenie zniczy na warszawskich cmentarzach i warty honorowe przy powstańczych kwaterach. Dopiero na przełomie wieków środowiska intelektualne związane z prawicą rozpoczęły proces budowania narodowego mitu, którego efektami było choćby otwarcie nowoczesnego muzeum w Warszawie (2004), a później dzieła popkultury: kultowa płyta Lao Che (2005), iście hollywoodzka ekranizacja „Miasta 44” czy serial „Czas honoru. Powstanie” (oba z 2014).

Mit Powstania z regionalnej perspektywy 

Należy oddać twórcom mitu Powstania Warszawskiego, że dziś żadne inne wydarzenie historyczne nie ma huczniejszych obchodów. Transmitowanie przez telewizję w prime time „Nie-zakazanych piosenek” z udziałem prezydenta, syreny alarmowe wyjące w całym kraju w godzinę W, wreszcie specjalne wydania najważniejszych dzienników w kraju oraz zmienione ramówki w telewizjach – żadnej innej rocznicy nie towarzyszy podobny anturaż. 

Osoby, które wchodziły w dorosłość na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku, prawdopodobnie traktują te głośne obchody jak coś oczywistego. Inaczej wygląda sytuacja wśród osób starszych, zwłaszcza niezwiązanych ze stolicą.

Historia mojej górnośląsko-lwowskiej rodziny, podobnie jak większości rodzin w Polsce, została głęboko przeorana przez wojnę. Z jednej strony wcielenia do Wehrmachtu, front wschodni, obozy jenieckie, ale też walka z Niemcami w RAF podczas powietrznej Bitwy o Anglię, powojenne prześladowania, przymusowe emigracje, dożywotnie rozłąki rodzeństw. 

Z drugiej strony – rozstrzeliwania przez NKWD, zsyłki na Sybir, pogromy dokonywane przez ukraińskich nacjonalistów, internowanie na Węgrzech, repatriacja. W tym ogromnym „repertuarze” nie ma jednak Powstania Warszawskiego. Choć o wojnie w rodzinnym domu mówiło się dużo i często, o powstaniu dowiedziałem się z mediów i podręczników historii. O podobnych doświadczeniach pisali socialmediowi komentatorzy z byłej Galicji, Śląska, Pomorza czy Ziem Odzyskanych. Wskazywali w swoich wpisach, że podobnie jak ja nie czują, dlaczego akurat 1 sierpnia został wybrany do roli najdonośniej świętowanej rocznicy.

Jaskółki nowego myślenia o polskiej historii

Skłoniło mnie to do nieco szerszej refleksji nad przyczyną stojącą za taką emocją wśród ludzi zamieszkujących różne regiony naszego kraju. Pomijając kontrowersje wokół samej decyzji o wybuchu powstania, opisane choćby w książce Piotra Zychowicza „Obłęd ’44”, moją uwagę zwrócił ogólny stosunek do stolicy i jej mieszkańców. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, papierkiem lakmusowym mogą być np. sympatie kibicowskie, choć akurat te środowiska, związane raczej z nurtem konserwatywno-narodowym, należą do najzagorzalszych piewców kultu powstania.

Z badań przeprowadzonych przed kilkoma laty wynika, że są takie regiony, gdzie ponad 20 proc. respondentów utożsamia się z Legią Warszawa – mowa tu o Mazowszu, Podlasiu, Lubelszczyźnie, ziemi świętokrzyskiej i części Podkarpacia. Choć warto to traktować nieco z przymrużeniem oka, bo znajdziemy pewnie kilka innych uzasadnień takiego rozkładu (choćby brak własnych klubów na najwyższym poziomie rozgrywkowym), coś nam to jednak mówi. 

Sam z górnośląskiego podwórka pamiętam, że można było kibicować Górnikowi Zabrze, Ruchowi Chorzów, GKS-owi Katowice czy Polonii Bytom, ale nie daj Boże Legii (jeśli ktoś sympatyzował z „wojskowymi”, było wiadomo, że pochodzi z Zagłębia). Opinie o mieszkańcach stolicy były jednoznaczne – że warszawiacy się szarogęszą, że nami pomiatają, że nas wykorzystują.

Choć to tylko stereotyp, dobrze pamiętam wyjazdy wakacyjne, podczas których rówieśnicy z Warszawy okazywali mi wyższość. Nie oskarżam tamtej młodzieży, tego rodzaju postawę zapewne zaczerpnęli z klimatu panującego w domu. Nie zapomnę też kuriozalnych sytuacji podczas kolonii, kiedy grupy ze Śląska były przesuwane na stołówkach, bo przyjechała Warszawa. 

Polityka komunistycznych władz starała się za wszelką cenę wzmocnić spójność państwa w nowych granicach, z silną stolicą w Warszawie, jednocześnie glajchszaltując wszelkie regionalne odmienności.

Dziś różnica jest tylko taka, że po 35 latach od transformacji ustrojowej Powstanie Warszawskie doczekało się ogólnonarodowych obchodów, tymczasem wrażliwość na regionalne zróżnicowania i doświadczenia wciąż jest słabo obecna, albo gorzej – traktowana z podejrzliwością. Wystarczy spojrzeć na reakcję wokół wystawy „Nasi chłopcy”: ona może budzić kontrowersje, ale spotkała się z absolutnie histeryczną reakcją w przestrzeni publicznej, dodatkowo wzmacniając irytację części mieszkańców Pomorza czy Górnego Śląska.

Oczywiście pojawiają się jaskółki innego myślenia, czego przykładem był spektakl Teatru Telewizji „Mianujom mie Hanka” ze stycznia 2025 r., prezentujący skomplikowane losy Ślązaków w XX wieku. Choć dla przeciętnego odbiorcy to mogła być teatralna ciekawostka, dla wielu mieszkańców regionu stała się wydarzeniem epokowym.

Powinniśmy zauważyć powojenne przesiedlenia

To jednak wciąż wyjątki. Nie negując pamięci o Powstaniu Warszawskim (i zostawiając na boku kontrowersje związane z decyzją o jego wywołaniu), wydaje mi się, że swoisty dystans niektórych Polaków wobec tego wydarzenia mogłoby przełamać docenienie pamięci rodaków o innych doświadczeniach historycznych, a tym samym wrażliwości ludzi zamieszkujących takie regiony jak Górny Śląsk czy Pomorze (ale nie tylko). 

W 2025 r. stać nas już chyba na to, aby dostrzec, jak zróżnicowanym pod względem historycznym i kulturowym społeczeństwem jesteśmy. Zobaczyć, że bogactwo narodowego dziedzictwa płynie bardziej z różnorodności niż tworzonej na siłę jednolitości. Co warte podkreślenia, także na polskiej prawicy zaczynają się pojawiać głosy, że budowa swoistej „polifonii” polskiej tożsamości byłaby czymś pożądanym. 

Mówił o tym choćby prof. Andrzej Nowak w kontekście sporów wokół uznania śląskiego za język regionalny. W liście otwartym do prezydenta Andrzeja Dudy napisał: „Okazanie siły, wiary w siłę państwa polskiego, kultury polskiej, języka polskiego, że ochrona języka regionalnego, którym mówi kilkadziesiąt tysięcy czy choćby 100 tysięcy osób w trzydziestoparomilionowym narodzie, nie stanowi śmiertelnego zagrożenia ani dla Polski, ani dla polskiej kultury”.

Choć sam mam wątpliwości wobec budowania mitu narodowego akurat wokół Powstania Warszawskiego, nie oczekuję, aby sporej części społeczeństwa go odebrać. Jednak trzeba zastanowić się, czy nie warto zacząć budowy alternatywnego mitu (lub mitów), który z jednej strony będzie bardziej włączający dla ludzi z innych części Polski, z drugiej zaś – zrodzi mniej kontrowersji, a przede wszystkim będzie nieść bardziej aktualne przesłanie.

W tym kontekście uważam, że warto przemyśleć wzmocnienie pamięci o Kampanii Wrześniowej, która miała ogólnokrajowy charakter (z takimi elementami jak choćby pamięć o mordzie w Piaśnicy). Z drugiej strony, czy nie warto bardziej w naszej narodowej pamięci „docenić” wojennych przesiedleń i repatriacji? 

Przecież nie ma chyba w Polsce rodziny, w której nie pojawił się ten problem. Jeśli coś nas jako Polaków łączy, to właśnie doświadczenie wojennej tułaczki, a co się z tym wiąże – także solidarności. Nieraz przekraczającej różnice narodowościowe. Przecież ludziom, którzy musieli uciekać ze swoich domów, nierzadko udawało się przeżyć wyłącznie dzięki życzliwości nowych sąsiadów. 

Moja rodzina, która przybyła ze Lwowa do Bytomia, w pierwszym okresie korzystała z pomocy mieszkającej tam… Niemki. Wojenne losy potrafiły być naprawdę bardziej skomplikowane niż proste historyczne narracje. 

Dziedzictwo Sierpnia ’80

Niezależnie od upamiętniania tragicznych kart polskiej historii, marzy mi się, abyśmy polski mit narodowy budowali wokół dziedzictwa Solidarności. Da się wtedy zbudować bardziej uniwersalną (także w wymiarze regionalnym), nośną, a jednocześnie unikatową w wymiarze międzynarodowym opowieść. Tym bardziej że widać wyraźnie, iż kreowanie kultu Polaków jako ofiar wojny niespecjalnie dobrze się „sprzedaje” na świecie w obliczu globalnej pamięci o Holokauście.

Powstanie Solidarności można świętować w sposób radosny bez silnego poczucia niestosowności, że tańczymy na grobach. Mogłoby to pomóc w odzyskaniu powagi nad pamięcią o Powstaniu Warszawskim, która dziś w iście kapitalistycznym stylu została „skremówkowana”. Wreszcie mit Solidarności wydaje się nieść ze sobą znacznie istotniejsze przesłanie formacyjne w czasach narastających nierówności oraz lęków, zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i międzynarodowym. 

Migracje nie znikną i albo będziemy wciąż wzmacniać przekonanie: my home is my castle, prowadzące do ludzkich tragedii i wzrostu emocji nacjonalistycznych, albo odważymy się choć spróbować budować społeczne postawy na bazie solidarności i odpowiedzialności za drugiego człowieka. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Klucz do serca Polski