Beata Chomątowska: Idealny hotel?
Joanna Jurga: Taki, w którym jest cicho i gdzie są grube zasłony na oknach, ale można je odsłonić i wyspać się przy świeżym powietrzu.
Cisza to luksus?
Częściowo odpowiada za to okulocentryzm – przestrzeń i przedmioty wokół nas projektowane są głównie z nastawieniem na walory estetyczne. Dominują bodźce nastawione na wzrok, z pominięciem innych zmysłów. Ma być przyjemnie dla oka.
To źle?
Pomijając często koszmarną jakość tej estetyki, zwłaszcza w przestrzeniach publicznych, dyktatura wzroku w erze technologii, gdzie oko godzinami jest przyklejone do ekranu, odciąga nas od pozostałych zmysłów, równie istotnych dla odbioru rzeczywistości: dotyku, słuchu czy węchu.
Słuch, który działa bez naszej woli nawet we śnie, jest ważniejszy dla przetrwania gatunku niż wzrok, bo odpowiada za możliwości komunikacji. Tak pokierowała ewolucja, kierując się m.in. względami bezpieczeństwa. Zakres wzroku jest ograniczony do pola widzenia, które rozciąga się na wprost, a fale dźwiękowe rozchodzą się w przestrzeni. Głowa za nimi podąża. Cały czas rejestrujemy wszystkie dźwięki. Część oddziałuje na nas negatywnie: tylko ze względu na wyjątkową zdolność gatunku do adaptacji mózg ignoruje odgłosy, do których przywyka.
Tymczasem dźwiękowe otoczenie wpływa na wszystkie sfery życia: hałas przekłada się na wahania nastroju, bezsenność, depresję, problemy hormonalne, prowadzi do rozwoju chorób krążenia czy schorzeń neurodegeneracyjnych.
W pokoju hotelowym standardem jest telewizor, ale już nie wyciszenie, możliwość wyspania się w ciemności, bez klimatyzacji. To zbyt kosztowne?
Problem dotyczy też innych miejsc publicznych, np. szpitali czy szkół. Notorycznie nie przestrzegamy i nie egzekwujemy norm związanych z hałasem w środowisku zabudowanym. Architekci dopiero się tego uczą. Niewielu współpracuje z akustykami, chyba że przy projektowaniu teatrów albo sal koncertowych.
Pierwszy projekt dotyczący hałasu w przestrzeni miejskiej w Polsce zrealizowano na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej raptem dwa lata temu. Tymczasem większość z nas przebywa w miejscach, gdzie jest zbyt głośno. Nawet jeśli są atrakcyjne wizualnie, nie wspierają nas sensorycznie. Oczywiście ma to też związek z kosztami, bo jeśli na czymś najłatwiej zaoszczędzić, to na parametrach akustycznych, których nie widać. Zwykle rozstrzyga się to na etapie wykańczania, który architekci definiują w żartach jako sytuację, w której i projektant, i klient oraz jego konto są wykończeni. Do hotelu ludzie i tak przyjadą.
Jesteś architektką wnętrz, ale sposób, w jaki mówisz i piszesz o projektowaniu, bliższy jest neuronauce.
W ostatnich latach faktycznie bliżej mi do medycyny czy psychologii niż stricte do architektury, choć to, czym się zajmuję, właśnie jej dotyczy – a to dlatego, że w tamtych sferach jest o wiele większe zainteresowanie terapeutycznym wykorzystaniem przestrzeni. Dziesięć lat temu postanowiłam zbadać to zagadnienie w ramach doktoratu. Miałam już spore doświadczenie w urządzaniu wnętrz. Dało mi poczucie, że muszą istnieć jakieś parametry fizyczne czy biologiczne powodujące, że ludzie czują się w danym miejscu dobrze. Musiałam to tylko zweryfikować.
I tak trafiłaś w kosmos, jednocześnie pozostając na Ziemi.
Odkryłam istnienie Mobilnej Stacji Badawczej Lunares, która służy do testowania rozwiązań technologicznych, badań naukowych i zachowań załogi w ramach symulowanych misji kosmicznych. Na drugim roku dostałam się tam na pierwszą misję, co okazało się jedną z najciekawszych przygód w moim życiu.
Co tam robiłaś?
Misja była symulacją życia na Księżycu. Przeprowadziłam w jej trakcie eksperyment, który miał stworzyć poczucie bezpieczeństwa w izolacji za pomocą jogi, ćwiczeń oddechowych, aromaterapii czy operowania sztucznym światłem tak, żeby naśladowało dzienne. Ważną częścią był audyt wzorniczy habitatu Lunares: sprawdzenie, jak ta przestrzeń wpływa na człowieka. Studiowałam funkcjonalność kuchni, przyjazność dormitorium, w którym spaliśmy, ergonomię biurek. Obserwowałam, których miejsc unikamy, a gdzie chętnie się zbieramy, jak każdy spędza czas wolny, gdzie są ulubione miejsca. Mierzyłam, robiłam notatki, obmyślając, jak uczynić tę niewielką przestrzeń funkcjonalną i przyjazną.
Jak się tam czułaś?
Ekstremalnie szczęśliwa. Ponad dwa tygodnie pełnej izolacji: szum wentylatorów, zadania do wykonania, funkcjonowanie według scenariusza. To idealne środowisko dla mnie, logiczne, dokładnie zaplanowane. Najchętniej wróciłabym tam jeszcze raz albo zamieszkała na biegunie.
Tam też już byłaś.
Przyglądałam się funkcjonowaniu polarników w bazach na obu biegunach, głównie w stacji polarnej Hornsund na biegunie północnym. Takie ograniczone środowiska dobrze się bada, bo łatwo sprawdzić, jaki bodziec zmysłowy działa pozytywnie, a jaki negatywnie – jest bodziec i od razu reakcja.
A potem przyszła pandemia, czas koszmarny, ale dla mnie owocny. Badania w szpitalu uniwersyteckim San Raffaele w Mediolanie wykazały, że ponad połowa chorych na covid-19 zmagała się po wyzdrowieniu z depresją, stresem pourazowym, lękiem albo bezsennością. Nie było to jednak bezpośrednim efektem choroby, ale przebiegu leczenia: przebywania w izolatkach bez kontaktu z bliskimi, ograniczonej swobody poruszania się, ale też cech szpitali, w których byli zamknięci.
Co można poprawić, żeby pomagały w zdrowieniu?
Bardzo wiele. Niech sala szpitalna będzie przyjemna dla oka, a użyte w niej materiały miłe w dotyku, bo zimne, puste ściany i nieustający kontakt ze sztucznym oświetleniem sprzyjają wzmożonemu odczuwaniu lęku. Nawet podczas znieczulania niepotrzebne jest pełne światło, które powoduje u pacjenta skok kortyzolu: górną lampę można zapalić, gdy już jest nieprzytomny. Niech korytarze będą dobrze oznakowane, by nie potęgowały od wejścia poczucia zagubienia.
Człowieka relaksuje zapach lasu, widok otwartych przestrzeni, przebywanie w naturze. Idealnym przykładem jest szpital Khoo Teckt Puat w Singapurze, z ogrodami na dachu, wodospadami i zielonymi ścianami, które tworzą terapeutyczne środowisko dla pacjentów i personelu. Szpital Bielański w Warszawie nie wypada pod tym względem najgorzej – jest usytuowany w parku. Pacjenci nie mogą co prawda wychodzić, ale widzą zieleń, a to już dużo.
W przypadku szpitali sprawa rozbija się zresztą nie tyle o samą architekturę, ile o potrzebę systemowych zmian, także w zakresie przepisów sanepidu. Zyskają wszyscy, bo poprawa wyników leczenia i zwiększenie satysfakcji pracowników ochrony zdrowia przekładają się na ograniczenie kosztów.
Czym jest neuroarchitektura, którą praktykujesz i propagujesz?
Zajmowanie się architekturą terapeutyczną doprowadziło mnie do skupienia się w pierwszej kolejności na zmysłach. Interesowało mnie, jak działa ludzki mózg i jego oprzyrządowanie. Zaczęłam obserwować nasze naturalne parametry doświadczeń zmysłowych i to, co odbieramy od świata zewnętrznego: ile kolorów, bodźców, hałasu, zapachów. Zauważyłam, że często nijak ma się to do dobrostanu.
Pomogła mi w tym praktyka zen, którą zaczęłam w wieku 15 lat – kiedy siedzi się godzinami przed ścianą, to oprócz przyglądania się własnym myślom człowiek uczy się też sprawdzać, jak się aktualnie czuje, na czym siedzi, skąd wieje wiatr. Umiejętność obserwowania z boku emocji i myśli przeniosłam na praktykę projektową.
Przy okazji badań nad zmysłami zwróciłam też uwagę na to, jak osoby neuroatypowe mają przesunięte widełki na zmysłowej skali – wszystko działa na nie trochę inaczej, często dużo intensywniej. Gdybyśmy dostosowali normy do nich, wszyscy by zyskali. Jeśli zmniejszymy natężenie hałasu ze względu na autystów, wszyscy zaczną się lepiej wysypiać i będą mogli się skoncentrować, przez co poziom nerwowości w społeczeństwie spadnie wykładniczo. Łączę wiedzę o biologii człowieka z takimi rozwiązaniami architektonicznymi, które wspierają potrzeby naszych organizmów.
Jak to wygląda w praktyce?
Klienci, z którymi współpracuję, muszą być gotowi na to, że przyjdę zobaczyć, gdzie trzymają kubek do kawy, gdzie suszą pranie i czytają książki oraz czy czytają w łóżku. Zadam im dużo trudnych i dziwnych pytań.
Wiele decyzji dotyczących wyglądu wnętrza podejmowanych jest pod wpływem wzorców, które nijak mają się do przyzwyczajeń przyszłych użytkowników. Pamiętam wielkie mieszkanie na Powiślu, należące do dobrze sytuowanej pary, która nie gotowała, ale miała wizję 40-metrowej kuchni wyposażonej w najdroższy sprzęt. Kiedy spytałam, po co im to, usłyszałam: bo musi być kuchnia. Zaproponowałam, że może ograniczymy ją do takiej powierzchni, na której coś odgrzeją – ostatecznie udało się ściąć ten metraż o połowę.
Możliwe, że trafiają do mnie osoby, z którymi można się dogadać. Ale w ostatnich czasach wielokrotnie słyszałam, że przestrzeń ma być „instagramowa” i dobrze się kadrować w kwadracie. To nie jest zadanie dla mnie. Marmur w sypialni też jest raczej kiepskim pomysłem... Ale oczywiście: realny wygląd rzeczy ma też znaczenie dla tego, jak się czujemy. Inaczej doświadcza się dotykiem lub dźwiękiem drewnianej podłogi, inaczej laminatu. W Polsce nie sprawdzą się ostre kolory, jak karmin czy kobalt. Na równiku, gdzie słońce pada pod kątem 90 stopni przez cały rok, wyglądają ciekawie i intensywnie. U nas zimą zyskają siny odcień.
A co wygląda dobrze w polskich wnętrzach?
Architektura sprawdza się najlepiej, gdy jest osadzona w kontekście. Wybierając barwy, faktury i materiały, warto czerpać z lokalnej gamy i materiałów. Np. w Polsce – z zieleni iglastych lasów, szarego beżu piasku bałtyckich plaż czy stalowego błękitu nieba. Jeśli dociepli się takie wnętrze drewnem, które jest naturalnym izolatorem, doda naturalne, wełniane dywany i lniane tkaniny, zyskamy przestrzeń, która sprawia wrażenie bezpiecznej, jest przytulna i jasna.
Dobrze pojechać w miejsce, w którym czujemy się dobrze – na ulubioną łąkę, do lasu, nad rzekę czy morze – zrobić zdjęcia i wyciągnąć z nich gamę kolorystyczną opartą na półtonach. Polecam też klientom: zanim zdecydujecie się na zakup mieszkania, wynajmijcie coś w okolicy na dwa tygodnie. Dowiecie się, czy jest tam hałas, jak daleko do przystanku, czy jest biblioteka, kawiarnia, warzywniak i gdzie wyjść z psem. Porozmawiajcie z sąsiadami. Jeśli nawet przeprowadzka przesunie się z tego powodu o pół roku, jest to niewielki koszt w perspektywie 10-15 lat, bo dziś już rzadko kiedy mieszkanie jest na całe życie.
Oprócz dobrych miejsc do życia stworzyłaś też projekt związany ze śmiercią.
Nazywał się NURN – Design For Death. To było w 2014 r. Jeszcze podczas studiów na wzornictwie przemysłowym zaprojektowałam biodegradowalną, pływającą urnę do pochówku na morzu, która zgarnęła wiele nagród. Obmyśliłam technologię, wykorzystując lukę w polskim prawie pogrzebowym, które nie pozwala na rozsypywanie prochów, ale dopuszcza pochówek na morzu w odległości trzech mil morskich od brzegu – takie prawo istnieje w większości krajów europejskich od średniowiecza, bo dotyczyło marynarzy.
Opatentowałam ten wynalazek, powstała z niego firma, razem ze wspólniczką Martyną Ochojską znalazłyśmy inwestora. Zaczęłyśmy tworzyć też inne urny. Idea była taka, że będą powstawać lokalnie, z naturalnych materiałów i że będzie je produkować spółdzielnia zatrudniająca osoby z niepełnosprawnościami.
Urny były nietoksyczne, można było malować na nich podczas ostatniego pożegnania – odbyła się nawet wzruszająca ceremonia w Niderlandach, gdzie dzieci żegnały w taki sposób mamę. W sumie pochówków było kilkanaście, ale pomysł zbankrutował – dziś traktuję go jak gigantyczną lekcję biznesową.
Co się nie udało?
Popełniłam typowy błąd młodego projektanta, czyli stworzyłam grupę badawczą ze znajomych, a nie ludzi, którzy przygotowywali się na śmierć. Znajomym się podobał, ale w Polsce nie było jeszcze miejsca na zajmowanie się umieraniem, zmieniła to dopiero pandemia. Poza tym branża pogrzebowa to u nas biznes o trochę mafijnej specyfice.
A skąd w ogóle u Ciebie takie zainteresowania: z jednej strony nauki biologiczne, z drugiej architektura, projektowanie?
Wychowywała mnie babcia. Kiedy nie mogłam spać, mówiła, żebym urządzała miejsca, w których byłam. Najpierw urządzałam więc w głowie przedszkole, potem podstawówkę, pokój lekarski w szpitalu – bo jestem z lekarskiej rodziny.
Od początku wahałam się: czy zostać neurochirurgiem, jak ojciec, czy może robić coś związanego ze sztuką. W końcu na złość rodzicom pojechałam do Singapuru na studia w zakresie sztuk pięknych, ze specjalnością malarstwo nowoczesne, choć wciąż jeszcze rozważałam medycynę. Potem za radą ówczesnego chłopaka poszłam na ostatni nabór do Polsko-Japońskiej Szkoły Technik Komputerowych na świeżo otwarty kierunek: architektura wnętrz. Już na pierwszym roku zaczęłam pracować jako projektantka.
Twoje realizacje szybko zaczęły się pojawiać na zdjęciach w magazynach wnętrzarskich. Trafiały tam też Twoje mieszkania. Mówisz, że przeprowadzałaś się 16 razy.
Dzięki temu mam pewność, co mi służy, i wiem, że każdy jest pod tym względem inny. Ja mogę mieć dość ciemne mieszkanie, bo nie jestem zależna od słońca, budzę się zawsze między 5 a 6 rano. Ale bezwzględnie musi być w nim cicho. Mogę też mieć wszystkie meble z second handu albo znalezione na śmietnikach, ale za to uwielbiam stare budynki i materiały, które oddychają, drewniane podłogi i drewniane, stare okna.
Jednostronne, super szczelne mieszkanie – to nie dla mnie, wolę przebywać w chłodzie. Nie musi też być duże. Teraz z mężem, psem, a w weekendy również z dziećmi żyjemy na 40 metrach w starej kamienicy w warszawskim Śródmieściu. Mieszkanie przypomina trochę katedrę, bo ma 3,5 metra wysokości. Mąż, kiedy przyszedł tu po raz pierwszy, śmiał się, że jestem ośmiornicą – stoję czasem pośrodku mieszkania na drabinie i sięgam wszędzie.
Nie jesteś więc przeciwniczką mikrokawalerek?
Jestem za tym, żeby można było adaptować na mieszkania wszystkie pomieszczenia, które nadają się do życia, np. stare sklepiki w parterach kamienic. Potrzebujemy tańszych, łatwiej dostępnych mieszkań w miastach, by zastopować rozlewanie się ich na kiepsko skomunikowane przedmieścia z zabudową łanową.
Znam osoby, które świetnie czują się na 16 metrach, ale niech to będzie mieszkanie z wentylacją, łazienką i toaletą w osobnym pomieszczeniu, osobną kuchnią czy aneksem kuchennym, spełniające wszystkie normy sanitarne, a do tego z regulowanym przez miasto długoterminowym czynszem. I niech to będzie świadoma decyzja o wyborze do życia miejsca, które jest de facto lokalem usługowym.
Dziś to często kredyt za wejście w dorosłość, z rurami biegnącymi po ścianie, wykończone najtańszymi płytami wiórowymi, które zaraz spuchną od wilgoci. Zgodnie z przepisami mieszkanie nie może mieć mniej niż 25 m kw., więc tego typu mikrokawalerki nie mają prawa istnieć.
A otoczenie mieszkania? Uważasz, że to znacznie ważniejsze, bo w środku można zawsze wiele zmienić.
Spędzamy zbyt dużo czasu we wnętrzach. Potrzebujemy ruchu w sprzyjającym, najlepiej zielonym otoczeniu. Dlatego coraz trudniej żyje mi się w dużym polskim mieście. Cenię sobie dostępność, lubię chodzić. Przeszkadza mi hałas i lęk przed przyrodą, skutkujący wycinkami starych drzew. Idealnym miejscem wydaje mi się Norwegia, a ze względów zawodowo-logistycznych takie miasto jak Bergen: 250 tys. mieszkańców, dużo drewnianej architektury, z każdej strony morze. Właśnie w Norwegii, podczas prawdziwej zimy, napisałam sporą część nowej książki.
Czym jest hotel Ziemia, który znalazł się w jej tytule?
To nasza planeta, piękne i darmowe miejsce, z którego nie potrafimy mądrze korzystać. Dlatego w pierwszej części książki wychodzę nie tylko od ludzkiej perspektywy zmysłowego postrzegania, ale pokazuję nasz Umwelt, czyli subiektywny świat postrzegania i działania, w jakim funkcjonuje dany organizm, na tle innych. Dalej przyglądam się domom od środka i z zewnątrz, w tym różnym formułom miast, sporo miejsca poświęcając neuroarchitekturze, ale też wspólnotowości. Widzę w niej ostoję autentyczności i szansę na uratowanie naszego gatunku. Mam dość kapitałocentrycznego oglądu świata, w którym każdy jest panem swojego losu i sam ma sobie poradzić. To bzdura, z którą daleko nie zajedziemy.

Dr JOANNA JURGA jest projektantką przestrzeni, innowatorką, wykładowczynią, specjalistką od neuroarchitektury. Prowadzi badania nad ludzkimi zmysłami i poczuciem bezpieczeństwa. Wydała „Szałas na hałas. O tworzeniu poczucia bezpieczeństwa za pomocą zmysłów w domu, przestrzeni i Kosmosie” (2022) oraz „Hotel Ziemia. Żyć i mieszkać dobrze” (2025).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















