Skąd w Polakach większa niż gdzie indziej potrzeba prywatności

Lubimy mieć w domu umiarkowany bałagan i wolimy, by nikt nie zaskoczył nas bez spodni. Ale to jeszcze nie wszystko.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

W niedawnej luźnej rozmowie usłyszałam, że w Polsce bardzo, bardziej niż gdzie indziej, wzięliśmy sobie do serca ochronę prywatności i wizerunku. Gdy pojawiło się stosowne prawo, zaczęliśmy z niego ochoczo korzystać. Może nie dotyczy to wszystkich obszarów życia (podobno chęć skorzystania z okazji zakupowych jednak częściej zwycięża), w niektórych jednak widać to dobitnie, zwłaszcza w fotografii. Ludzie nie chcą być fotografowani i częściej odmawiają lub okazują dezaprobatę, a jeśli już, to starają się maksymalnie kontrolować sposób, w jaki ich portret może zostać wykorzystany. Spontanicznych twarzy widujemy więc na zdjęciach coraz mniej.

Nie jest to zaskakujące, gdy pomyślimy o tym, jak szybko zostały zaadaptowane u nas inne rozwiązania „prywatnościowe”. Domofony, ogrodzenia wokół osiedli, monitoring nie wymagały szczególnych zachęt ze strony telemarketerów, użytkownicy jakby na nie czekali. Trudno już tłumaczyć ich popularność obawą wobec powszechnych kiedyś włamań i rozbojów, ta fala – w niebezpiecznych latach transformacji istotnie poważny problem – zdążyła się raczej zatrzeć w powszechnej pamięci. Rzekomo masowa lękliwość Polaków też w moich oczach stanowi raczej eufemistyczną wymówkę, bo łatwiej usprawiedliwić się tym, że się czegoś boimy, niż tym, że wolimy, by nas po prostu zostawiono w spokoju.

Dlaczego zrezygnowaliśmy z niezapowiedzianych wizyt

Ale za tym drugim przemawia więcej subtelnych przejawów obyczajowości. Dezaprobata wobec głośnych rozmów przez telefon komórkowy („nie chcę znać szczegółów z pani życia!”), dążenie rodziców, by dziecko miało osobny pokój w domu, czy ekspresowy niemalże zanik niezapowiedzianych wizyt. O takich odwiedzinach czasami słyszy się jeszcze w tonie nostalgicznym, że „dzisiaj tak się już nie robi”. Jednak chociaż nikt przecież tego nie zabrania, to jednocześnie nikt też szczególnie nie pali się do reaktywacji zwyczaju. I za tym mogą stać powody pragmatyczne: może chcemy mieć prawo do tego, by w domu mieć umiarkowany bałagan i wolimy, by nikt nie zaskoczył nas bez spodni.

I też nie sprawili tego ani kosmici, ani telewizja czy internet, ani kapitalizm i kultura konsumpcyjna. A co czujniejsi obserwatorzy codzienności i obyczaju wyłapali swymi radarami to zjawisko i wcześniej.

Włodzimierz Pawluczuk, znakomity badacz kultury ludowej i potocznej, zauważył tę tendencję już w latach 70. Kiedy w ramach eksperymentu urbanistycznego planowano w Białymstoku wprowadzenie na osiedlach rozwiązań wzmacniających więzi sąsiedzkie i zachęcających do bardziej intensywnego kontaktu społecznego, przeciwstawili się temu sami mieszkańcy. Ich argumenty były dobitne: nie po to przenosiliśmy się do miasta, żeby teraz odtwarzać życie w stylu wiejskim. I nie chodziło bynajmniej o snobizm czy zadzieranie nosa, lecz o potrzebę prywatności, której w społeczności połączonej więziami pomocy wzajemnej, ale i wzajemnej kontroli być nie mogło, i gdzie „wiedzieli sąsiedzi, kto na czym siedzi”.

Zrzucenie niewygodnego kostiumu

Podobnymi obserwacjami dzielił się przed laty również Ludwik Stomma, wspominając, że wyglądające na bardzo tradycyjne społeczności bywają w rzeczywistości przygotowane na zmianę i gdy tylko pojawia się sposobność, błyskawicznie porzucają nawyki, które wydawałyby się wiecznotrwałe. Zmieniają się pozornie w innych ludzi, lecz słuszniej byłoby się może zastanowić, czy nie jest to zrzucenie niewygodnego, choć przez jakiś czas jedynego kostiumu.

Wygląda na to, że choć jesteśmy, owszem, społeczeństwem o pochodzeniu w znacznym stopniu wiejskim, to nie mamy tendencji do życia kolektywnego: wolimy prywatność, święty spokój, osobne zacisze. Mam hipotezę, że raczej wymuszały to na nas okoliczności – jak kiedyś brzydko mówiono, było to „życie na kupie” – i poddawaliśmy się im z konieczności, lecz bez entuzjazmu. Obserwacje o samotności czy powierzchowności więzi we współczesnym świecie są, owszem, słuszne i źle byłoby je bagatelizować, ale gdy o nich rozmawiamy, warto się zastanowić, czy nie są kosztem realnej potrzeby. Potrzeby, którą po długim czasie udało się, być może nadmiarowo i ze zbyt wielkim apetytem, zrealizować – ale która mimo to nie przestaje być realna.

Oni i tak wiedzą o wszystkim, co się dzieje // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 43/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kto na czym siedzi