Dom Louisa Carré: luksus, ale dyskretny

Jak wybudować dom na nierównym terenie, ale bez schodów? Otwarty dla klientów, ale zapewniający prywatność gospodarzom. Imponujący wielkością i dostosowany do właściciela, mikrusa. Za nieograniczony budżet, na szczęście.
Czyta się kilka minut
Dom Louisa Carré w Bazoches-sur-Guyonne, 2007 r. // Fot. Jari Jetsonen / Materiały prasowe MLC
Dom Louisa Carré w Bazoches-sur-Guyonne, 2007 r. // Fot. Jari Jetsonen / Materiały prasowe MLC

Są takie miejsca, do których trudno dotrzeć. Gwiazdkowe restauracje w środku niczego, bo ci, których stać, i tak mają szofera albo prywatny helikopter. Niektóre archiwa i biblioteki stworzone dla dobra zbiorów, a nie dla wygody badaczy. Niszowe muzea i prywatne galerie otwarte „po uprzednim umówieniu się”.

Z reguły, kiedy człowiek pokona już trudną trasę, przedrze się przez kordon cerberów, wypełni pięć formularzy i wykona kilka telefonów, na miejscu jest zachwycony. Nawet jeśli na talerzu dostaje grudkę parmezanu, a z muzealnej gablotki łypią na niego przykurzone skorupy, wmawia sobie, że było warto. Bo inaczej, stając w prawdzie, musiałby przyznać, że stracił czas i pieniądze. Psycholog pewnie przywołałby tu klasyczny mechanizm kosztów utopionych. A ekolog groziłby palcem, że krajoznawczy kaprys nie usprawiedliwia śladu węglowego, bo wszystko i tak można obejrzeć online. I to w wyższej rozdzielczości.

Płatne z góry

Bałam się, że z domem Louisa Carré będzie tak samo. Że to zdjęcia są piękne, a w realu naftalina, filcowe kapcie i nudy o więźbach i wspornikach. Fundacja, która opiekuje się jedynym we Francji dziełem fińskiego architekta Alvara Aalto, nie ułatwia sprawy, bo dom czynny jest od marca do listopada, w soboty i w niedziele, od 14 do 18. Rezerwacja obowiązkowa i zwiedzanie wyłącznie z przewodnikiem, tylko o pełnej godzinie. Dojazd jak z Barei – kolejką podmiejską, potem autobusem i na koniec piechotą lub taksówką. Ewidentne marketingowe chwyty: „niedostępność” i „dla koneserów”. W dodatku w dawnej enklawie elit.

Bazoches-sur-Guyonne i pobliskie Montfort w departamencie Yvelines to bowiem średniowieczne miasteczka na skraju wielkiego lasu Rambouillet, gdzie wielcy tego świata od zawsze przyjeżdżali odetchnąć wśród zieleni. Domy mieli tu między innymi Romy Schneider, Charles Aznavour czy Marguerite Duras.

To właśnie tutaj, vis-à-vis krytej strzechą chaty ojca Unii Europejskiej Jeana Monneta parcelę na wzgórzu kupił bogaty paryski marszand Louis Carré. I budowę swojej rezydencji zlecił poznanemu na biennale w Wenecji Alvarowi Aalto. Co prawda blisko znał i lubił Le Corbusiera, ale wiedział, że przyjaciel pewnie zafunduje mu sporo betonu, a on, tak jak Aalto, wolał drewno. Dwa lata pracy, nieograniczony budżet i niezwykły talent Fina zaowocowały „totalnym dziełem sztuki”, do którego pielgrzymują studenci architektury, architekci i wielbiciele designu z całego świata.

Skoro im się jakoś udaje, postanowiłam zaryzykować i w ramach prezentu urodzinowego dla chłopaka, architekta i fana skandynawskiego modernizmu, wykupiłam bilet z transportem autokarowym – w pierwszą sobotę miesiąca Fundacja Alvara Aalto organizuje dojazd. Trzeba tylko dotrzeć metrem do końca linii i przy zachodniej bramie miasta odnaleźć fontannę, pod którą czeka kierowca. Pod warunkiem, że człowiek stawi się na czas, bo punkt piętnasta bezpardonowo odjeżdża. Płatne z góry.

Po czterdziestokilometrowej podróży wspinamy się wiejską drogą pod baldachimem z drzew, wchodzimy przez bramę i wstrzymujemy oddech, bo spośród zieleni wyłania się bryła willi ze spadzistym jak samo wzgórze dachem i wielkimi oknami.

Dom Louis Carre (wnętrze) w Bazoches-sur-Guyonne, 2002 r. // Fot. Akg-images / East News

Zero falbanek

Dom Louisa i jego trzeciej żony Olgi to zarazem przestrzeń mieszkalna i galeria sztuki – Carré prowadził też interesy w Paryżu, ale najlepszych klientów zapraszał właśnie do Bazoches i to na ścianach przestronnego salonu prezentował dzieła kubistów. Nawet bez nich wnętrze zachwyca. Światłem, atmosferą, dyskretną elegancją.

Dokonanie architekta imponuje jeszcze bardziej, jeśli się zna wytyczne, jakie dostał. Budynek miał służyć do życia i do handlowania, a jednocześnie wyraźnie oddzielać te funkcje. Nic trudnego, przecież sklepy na parterze kamienic to żadna nowość? Owszem, tyle że Carré ze względu na problemy z biodrami nie chciał tu żadnych schodów (niektórych nie dało się jednak uniknąć, bo parcela rozciąga się na zboczu, ale te są szerokie i wygodne). Na piętro wspinali się więc tylko służący, państwo rezydowali na parterze.

W dodatku, jako mężczyzna niskiego wzrostu, Carré zamówił meble na swoją skalę. Innymi słowy Aalto miał wybudować mu dom na nierównym terenie, ale bez schodów, otwarty dla klientów i przyjaciół, ale zapewniający prywatność gospodarzom, imponujący wielkością i dostosowany do lekko niepełnosprawnego mikrusa. W zamian dostał nieograniczony budżet (podobno marszand kosztorys podpisał bez czytania).

Wielki talent plus wielkie pieniądze dały wielkie dzieło sztuki, Gesamtkunstwerk, dzieło totalne, gdzie wszystkie decyzje są przemyślane, a design urzeka prostotą i pomyślunkiem. Szlachetne materiały – dach z niebieskiego łupka normandzkiego, fasada z białej cegły, marmuru i piaskowca, wnętrza i wykończenia z różnych gatunków drewna – delikatne motywy nautyczne (Carré był Bretończykiem) i japonizujące oraz dbałość o najdrobniejsze detale (rynienka ściekowa w kształcie stokrotki, cichosuwne, w pełni drewniane szuflady, dyskretne udogodnienia dla pana domu i służby) to znaki rozpoznawcze fińskiego architekta, który w dojrzałym dziele z połowy lat 50. wykorzystał wiele rozwiązań testowanych wcześniej, zwłaszcza w słynnej willi Mairea.

Louis Carré (z lewej) i Alvar Aalto (w środku), 1959 r. // Christian Leclerc / materiały prasowe MLC

Ponieważ przewodniczka nieustannie nawiązywała do tej właśnie posiadłości w zachodniej Finlandii, postanowiłam odrobić zadanie i po powrocie trochę o niej poczytać. Położona na zalesionym wzgórzu wśród „postindustrialnego dziedzictwa” Noormarkku (daj Boże każdemu taki postindustrial – na zdjęciach przypomina raczej rezerwat przyrody), willa faktycznie ma wiele podobieństw do domu w Bazoches. A raczej odwrotnie, bo powstała dwadzieścia lat wcześniej. Też dla bardzo bogatych – mecenaski i kolekcjonerki Marie Gullichsen de domo Ahlström oraz jej męża Harry’ego Gullichsena. Ona była dziedziczką wielkiej fortuny Ahlströmów, a on, wżeniwszy się w rodzinę, pracował jako dyrektor zarządzający potentata przemysłowego. Oboje przyjaźnili się z Alvarem Aalto i zlecili mu budowę modernistycznej, eksperymentalnej willi. A Marie razem z Alvarem i Aino założyła studio projektowe Artek, skąd wyszły „ikoniczne” projekty, takie jak prezentowany na wystawie światowej w Paryżu w 1936 r. wazon Savoy, inspirowany falowaniem wody i skórzanych spódnic Laponek.

W wazonie, zaprojektowanym dla luksusowego hotelu w Helsinkach, zawiera się niemal cała filozofia projektowania Aalto, nazywana często modernizmem organicznym (nie bez kozery to właśnie obrys tego wazonu, w przekroju poziomym, figuruje w logo Alvar Aalto-säätiö, czyli fundacji, która opiekuje się spuścizną architekta). „Porzucił rygorystyczny funkcjonalizm na rzecz organicznego modernizmu” – czytam w mądrej książce.

Proszę chłopaka, żeby przełożył mi to z architektonicznego na nasze. On bierze kartkę i rysuje kloce i bryły. „Wcześniej było tak” – mówi, poproszony o dymek do obrazka. „Linie proste, minimalizm. Dom jako maszyna do mieszkania. Każdy element ma swoją funkcję, zero falbanek. Zimna logika przemysłowa. Tymczasem Aalto…”. Na kartce zaczynają pojawiać się krągłości, łuki, lekkie zawijasy. Nieregularne, raczej niskie domy wśród drzew. „Inspirował się naturą. Wpisywał budynki w krajobraz. Ocieplał wnętrza drewnem i tradycyjnymi materiałami”. Na długo zanim jego szwajcarski kolega po fachu Peter Zumthor pisał o architekturze, która „pozostaje w wyjątkowo cielesnym związku z życiem” i jest „tłem dla przemijającego życia, wrażliwym naczyniem dla rytmu kroków po podłodze, dla skupienia przy pracy, dla ciszy snu” („Myślenie architekturą”, przeł. Artur Kożuch), Aalto odrzucał chłodną geometrię na rzecz dialogu z naturą. I z klientem, którego życzeń uważnie słuchał.

Faktycznie, zarówno willa Mairea, jak i dom Louisa Carré stoją pod znakiem drewna i zieleni. W obu budynkach zachwyca przestrzeń, wpadające przez wielkie okna światło oraz niesamowita mieszanka przytulności i minimalizmu: jest tu trochę oryginalnych lamp i szlachetnych mebli Artek, ale największą ozdobą jest oprawiona framugami okien zieleń w ogrodzie, którą w ładny dzień można zaprosić do środka, otwierając szklane drzwi. Oto luksus dyskretny.

Dom Louisa Carré w Bazoches sur Guyonne, (wnętrze), 2014 r. // Fot. materiały prasowe MLC

Dla zdeterminowanych

Ktoś powie, że to nie sztuka projektować dla krezusów z dobrym smakiem, którzy dają architektowi carte blanche i piękne zielone tereny. Owszem, ale Aalto ma na koncie również budynki użyteczności publicznej, domy dla szeregowych robotników (na które w zniszczonej wojną Finlandii zapotrzebowanie było ogromne) i sanatorium dla gruźlików w Paimio.

To właśnie z Paimio pochodzi słynne krzesło, które zapewniło Finowi międzynarodową sławę. Dzięki meblom ze sklejki Aalto figuruje na pierwszych stronach wszystkich encyklopedii dizajnu. Sanatoryjne krzesło jest lekkie – idealne dla rachitycznych rączek – giętkie, przez co ułatwia zmianę pozycji i oddychanie, oraz bardzo wygodne. Równie znany jest fotel 404, bez tylnych nóg, idealny do wygodnej lektury i nazywany „fotelem emerytów”. Obydwa modele do dziś cieszą się ogromnym powodzeniem, nie tylko wśród starców i suchotników, co pokazuje, że dobry dizajn jest prosty i demokratyczny. Dan Norman udowadnia to na przykładzie obieraczki OXO (projektant miał żonę z artrozą), a ja obserwuję codziennie na pływalni, gdzie największa kolejka jest do prysznica dla niepełnosprawnych.

Oczywiście prostota niekoniecznie tożsama jest z minimalizmem. My oglądamy dziś lekko pustawe wnętrza domu-muzeum, w którym nikt nie mieszka. Za życia Louisa Carré na ścianach wisiały jednak obrazy wielkich artystów, których reprezentował: olbrzymie kolorowe płótna Caldera, Picassa czy Légera. Dziś już ich nie ma, bo dostali je spadkobiercy Olgi, która w 1977 r. owdowiała i od tego czasu mieszkała w willi samotnie. Po jej śmieci w 2002 roku jej synowie zgodzili się sprzedać dom Fundacji Aalto. Zważywszy na charakter posiadłości – prawie czterysta metrów kwadratowych z podgrzewanym basenem, a całość sygnowana przez wielkiego architekta – cena była niemal symboliczna: jeden milion euro. Dzięki tej transakcji pasierbowie uniknęli jednak bardzo wysokich francuskich podatków spadkowych. No i zgarnęli sporo świetnej sztuki.

Od 2006 r. Maison Carré dostępny jest dla (zdeterminowanych) zwiedzających, którzy uczą się, że projektowanie wnętrz nie ma nic wspólnego z dobieraniem elementów według własnego widzimisię (wszystkie decyzje są tu przemyślane i uzasadnione) oraz studentów architektury i dizajnu, którzy zapewne uczą się pokory, wsłuchiwania się w potrzeby klienta i szacunku do natury. Fundacja wynajmuje też posiadłość na plany filmowe.

Miła wycieczka i pouczająca, bo Aalto, choć od prawie czterech dekad spoczywa na „helsińskich Powązkach”, czyli przepięknie położonym cmentarzu Hietaniemi, nadal pozostaje ważnym punktem odniesienia. Wyprzedził swoje czasy, bo w okresie powojennej prosperity i zachwytu przemysłem i plastikiem promował lokalność, drewno i szacunek dla natury.

Dom Louisa Carré w Bazoches sur Guyonne (salon), 2014 r. // Fot. materiały prasowe MLC

W kimonie

Warto zaliczyć którąkolwiek z realizacji Aalto, bo można obejrzeć tysiąc zdjęć, ale żeby w pełni zrozumieć jego geniusz, trzeba tej architektury doświadczyć. Dotknąć, jak pisze Zumthor, „twardego jądra piękna”. W Bazoches stanąć pod drewnianym stropem galerii i ze szczytu szerokich wersalskich schodów podziwiać zachód słońca w ogrodzie. W bibliotece w Wyborgu usiąść pod falującym drewnianym sufitem, a w kościele we włoskim Riola di Vergato poczuć spokój i światło Absolutu. Najlepiej oczywiście wybrać się do Finlandii, bo to w ojczyźnie Aalto budował najwięcej.

Można by nawet wysunąć śmiałą tezę, że w dobie kryzysu klimatycznego i rozwoju informatyki nie warto już jeździć do muzeów – dzieła dwuwymiarowe da się równie dobrze obejrzeć przez internet. Architektura to co innego, zwłaszcza architektura Alvara Aalto, dla którego światło, (metaforyczne) ciepło i dialog budynku z najbliższym otoczeniem były kluczowe. Podobnie jak detale, które niekoniecznie widać na zdjęciach. W domu Louisa Carré Fin zaprojektował nawet rynny i studzienki kanalizacyjne z dyskretnym motywem kwiatowym. Pal licho Luwr, ruszajmy do Bazoches? A jeszcze lepiej do Helsinek czy Rovaniemi.

Sam Aalto sporo podróżował, głównie do Włoch, żeby kształcić gust, i do Stanów, gdzie wykładał. Fascynował się tradycyjną architekturą Japonii, ale nigdy nie zdecydował się na tak daleką wyprawę. Podobno wystarczało mu kimono, które dostał w prezencie od ambasadora i które dla inspiracji zakładał do pracy.

W ogóle to najbardziej lubił przebywać w ojczyźnie. Wnuk leśnika i syn geodety kochał rodzime lasy, jeziora i światło Północy. Projektował dla przyjaciół, pracował z żoną. A raczej z żonami, bo po śmierci Aino (w 1949 r. zmarła na raka) związał się z architektką Elsą Mäkiniemi. Słynął też ze skromności – w przeciwieństwie do dzisiejszych „starchitektów” wcale nie chciał na siłę forsować swojego stylu ani stawiać pomników własnemu ego. I nawet projektując domki dla robotników, starał się szanować ich indywidualizm i lokalną specyfikę.

Człowiek wyprzedzający swoje czasy, ekolog, socjalista, feminista? Poniekąd, ale w pancerzu doskonałości nie brak szczelin. Twórcza współpraca z małżonkami wcale nie oznaczała, że uważał je za równe sobie. Zapytana, czy zdaniem ojca Aino miała przede wszystkim zajmować się dziećmi, a dopiero potem projektować, Hanni Aalto zaprzecza. Nie, zdaniem taty Aino miała przede wszystkim dbać o niego. W drugiej kolejności o dzieci. Jej lampy i wazony były trzeciorzędne. Cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Notabene, tak właśnie Aalto nazwał zaprojektowaną przez siebie łódkę: „Nemo propheta in patria” (skracane do Nemo). To dzięki niej dostawał się do eksperymentalnego domu letniskowego na wyspie Muuratsalo.

„Podobało ci się?" – pytam solenizanta, kiedy po dwugodzinnym zwiedzaniu wracamy autokarem z zielonego Bazoches do szarego Paryża. „Tak. Ten człowiek był geniuszem”. A willa zdecydowanie ma genius loci i Zumthorowską „magię realności”.


Maison Carré zwiedzać można w weekendy od marca do listopada. Rezerwacja obowiązkowa.

https://maisonlouiscarre.fr/mlc/en/
 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Luksus, ale dyskretny