Reklama

Kup sobie drona

Kup sobie drona

17.02.2014
Czyta się kilka minut
Co łączy Lexusa, nową wersję kultowego filmu „RoboCop” i firmę Amazon? Drony. Ale nie do zabijania, tylko do codziennego użytku.
K

Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie zrobił, został pewnego ranka zabity przez drona”.
Autorem powyższego zdania jest Teju Cole, nigeryjsko-amerykański pisarz, fotograf i historyk sztuki, charyzmatyczny publicysta, który stale gości na łamach amerykańskich czasopism, angażując się w dyskusje o problemach społecznych i politycznych.

W połowie stycznia 2013 r. Cole opublikował na twitterze siedem krótkich „opowiadań” o dronach. Wszystkie były przeróbkami pierwszych fraz słynnych powieści nowoczesnych (od „Moby Dicka” Melville’a, przez „Panią Dalloway” Virginii Woolf, „Proces” Kafki, aż po „Wszystko rozpada się” Achebego). Media błyskawicznie podchwyciły temat. W odautorskim komentarzu pisarz wyznał, że chciał poruszyć opinię publiczną i zwrócić uwagę na konkretny problem: śmiertelne żniwo dronów wykorzystywanych przez amerykańską (i nie tylko) armię. Zachodnie społeczeństwa – mówił Cole – wyniszcza potworna choroba: deficyt empatii. Ludzie wiedzą, czym są drony, znają ich zastosowanie, ale nie biorą pod uwagę wszystkich konsekwencji ich użycia (śmierć ludności cywilnej).

No właśnie: nawet jeśli nie myślimy o skutkach wykorzystania dronów, kojarzą nam się one jednoznacznie – jako zdalnie sterowane maszyny do zabijania, latające lub jeżdżące elektroniczne roboty, których zadaniem jest eksterminacja. Z punktu widzenia producentów, którym marzy się poszerzenie rynku zbytu, powyższe wyobrażenia są nie lada przeszkodą. Żeby wprowadzić do sprzedaży drony przeznaczone do komercyjnego użytku, trzeba zmienić świadomość społeczeństwa. Nakarmić potencjalnych klientów nowymi obrazkami. Przeprogramować ich. Sprawić, by uwierzyli, że dron to najlepszy przyjaciel człowieka.

JAKI ON PIĘKNY

Nawet najbardziej roztrzepani czytelnicy specjalnego wydania „Wired. World in 2014” (amerykańskiego miesięcznika zajmującego się nowymi technologiami, który posiada również swój klon brytyjski) musieli zauważyć, że redaktorzy ze szczególnym optymizmem myślą o perspektywach rozwoju rynku dronów. Wydrukowali trzy pełnowymiarowe artykuły, z których każdy w inny sposób zachwalał nowe zastosowania zdalnych urządzeń! Do tego całostronicowa prezentacja wynalazku Witolda Mielniczka, doktoranta Southampton University: dron, który potrafi nie tylko latać (dzięki czterem śmigłom), ale także jeździć (dzięki czterem kółkom). Żadna inna dziedzina, żadna technologia, żadne urządzenie, żadna idea – nie otrzymała tyle miejsca na łamach tej edycji magazynu.

Autor pierwszego tekstu – David Hambling – przekonywał czytelników, że niewielkie drony (tzw. kwadrokoptery, czyli jednostki czterośmigłowe) zrewolucjonizują transport. Ich wydajność – brak dodatkowego obciążenia w postaci pilota oraz precyzja urządzeń sterowniczych – sprawi, że bez trudu będziemy mogli przesyłać ładunki o różnej wadze w trudno dostępne miejsca. Wyobraźmy sobie tereny objęte klęską żywiołową, do których nie może dotrzeć transport ratowniczy. Dzięki dronom dostarczenie pożywienia, leków, narzędzi czy ubrań przestanie być problemem. Jeśli wziąć pod uwagę, że cena pojedynczego drona jest dużo niższa niż koszt wynajęcia czy eksploatacji śmigłowca albo samolotu dostawczego, oferta prywatnych firm staje się jeszcze atrakcyjniejsza. Organizacje pomocowe i humanitarne będą mogły zaoszczędzić spore pieniądze, a przy tym zwiększyć swą skuteczność – bo zaprogramowany dron dostarczy cargo we wskazane miejsce z zegarmistrzowską precyzją.

Drugi tekst – autorstwa Chrisa Andersona – prezentował węższe zastosowanie urządzeń zdalnych. Otóż niewielkie bezzałogowe helikoptery – przyjaciele każdego farmera – pomogą w uprawie roślin zwykłych i przemysłowych. Dron – wyposażony w specjalne zbiorniki, w GPS, a także elektroniczny system, pozwalający na analizę stanu pola – wyręczy agronoma, ranczera, plantatora czy kogo tam jeszcze w uciążliwych czynnościach pielęgnacyjnych (walka z chwastami, nawożenie, miejscowa irygacja). Przyjazne dla środowiska (dzięki precyzji zrzutu chemikalia nie będą się rozprzestrzeniać po całym polu), wygodne w eksploatacji i tanie (od tysiąca dolarów)! W 2014 r. drony znajdą się na wyposażeniu każdego gospodarstwa zarządzanego przez rozsądnych i ambitnych ludzi.

Karty odsłaniał trzeci artykuł, otwierający dział „Polityka”. Jego autor, AN Hash, komentator serwisu iMakeContent.net, przekonywał, że najważniejszym zadaniem producentów, jest zmiana wizerunku dronów. Potrzebna jest pozytywna kampania medialna i liczne akcje społeczne, dzięki którym społeczeństwo uwolni się od militarnych skojarzeń. Z badań socjologicznych wynika, że 56 proc. Amerykanów jest za wykorzystaniem jednostek bezzałogowych w misjach bojowych, ale tylko pod warunkiem, że steruje nimi ręka człowieka. Na pytanie o stosunek do w pełni autonomicznej broni tego rodzaju 55 proc. badanych reaguje negatywnie. Tak czy inaczej, wszystkim drony kojarzą się z wojną. I to trzeba zmienić – powiada Hash.

Stawka, o którą toczy się gra, jest bardzo wysoka. Po pierwsze, chodzi o nowe zastosowania dla kontyngentu urządzeń zdalnych, które w niedalekiej przyszłości zostaną wycofane z obszarów objętych działaniami wojennymi (Irak, Afganistan). Część z nich pozostanie w dyspozycji armii, ale pozostałe – po przeprogramowaniu – zostaną albo sprzedane, albo wynajęte. Po drugie, otwarcie rynku na drony komercyjne, co – jak wieszczą analitycy – przyniesie gigantyczne zyski i zmieni sposób funkcjonowania całych społeczeństw. Wprowadzone zostaną nie tylko inne środki transportu, ale także nowe narzędzia rozrywki, komunikacji oraz – na to należy zwrócić szczególną uwagę – kontroli. By to wszystko stało się częścią naszego codziennego doświadczenia, musimy zacząć inaczej myśleć. Musimy uwierzyć, że drony są nam potrzebne. Musimy ich pożądać, jak pożądamy smartfonów czy tabletów. Potrzebne są także nowe regulacje prawne, ale te powstaną dopiero wtedy, gdy emocje społeczne osiągną poziom zenitalny.

Prowadzone są zatem akcje społeczne, np. prezentacja na łamach „Wired”. Niby nic niepokojącego, a jednak coś jest na rzeczy. Chris Anderson, autor jednego ze wspomnianych tekstów, to były redaktor naczelny amerykańskiej wersji magazynu. W 2009 r. założył firmę o nazwie 3D Robotics. Z funkcji naczelnego zrezygnował w roku 2012, by całkowicie poświęcić się kierowaniu swoim przedsiębiorstwem. Co produkuje? Drony, ma się rozumieć. Czy redaktorzy „Wired” (numery specjalne przygotowała redakcja brytyjska) obiektywnie ocenili perspektywy rozwoju tej części rynku, czy też zainspirowały ich doświadczenia byłego współpracownika? Niektórzy analitycy opłacani są przez firmy, którym zależy na pozytywnej prezentacji ich produktu. W tym wypadku producent, analityk oraz dziennikarz spotykają się w jednej osobie.

Inny przykład to film „Amazing in Motion”, wyprodukowany przez Lexusa i KMel Robotics. Grupa małych dronków – przypominających przyjazne robaczki z „Dawno temu w trawie” – fruwa po mieście, odwiedza muzea, ćwiczy aerobik, trochę rozrabia, ale przede wszystkim zachwyca precyzją lotu, zwinnością, gracją i nowoczesnym dizajnem. Nie sposób nie pokochać tych małych urządzeń, które nikomu nie robią krzywdy. Zostały wszak odpowiednio zaprogramowane. Człowiek może się pomylić: nacisnąć zły guzik albo przesunąć joystick w złym kierunku.

Dronek nie zawiedzie nigdy.

DLACZEGO NIE U NAS? 

Można narzekać na remake „RoboCopa” – że za mało w nim przemocy, że fabuła jest zbyt prosta, że kombinezon cyborga źle leży na Joelu Kinnamanie – ale nie można odmówić reżyserowi krytycznego zmysłu. José Padilha tematem przewodnim filmu uczynił kontrowersje związane z upowszechnieniem nowych technologii. Cyborgi, roboty, wypakowane elektroniką pojazdy bojowe i drony wykorzystywane są przez armię USA w każdym zakątku ziemi. Prócz samej Ameryki. Senat nie godzi się na wprowadzenie dronów do użytku wewnętrznego i blokuje zmianę prawa, która pozwoliłaby korporacjom na masową produkcję urządzeń. Zaczyna się krwiożercza batalia między politykami a producentami (pierwszych reprezentuje konserwatywny senator Hubert Dreyfus, drugich zaś szef firmy OmniCorp – Raymond Sellars). Najważniejszą rolę w tej walce odgrywają media. Pat Novak, skorumpowany prezenter telewizyjny, przekonuje widzów, że nowe rozwiązania technologiczne będą miały zbawienny wpływ na poprawę warunków ich życia. Potrzebne jest nowe prawo, które uchyli furtkę wiodącą do innej rzeczywistości.

Oto kluczowa kwestia: regulacje prawne.

W ubiegłym roku serwisy informacyjne obiegła wiadomość, że dwie duże firmy – Amazon oraz UPS – zamierzają w niedalekiej przyszłości wykorzystać drony do transportu przesyłek. Była to rzecz jasna akcja autopromocyjna – przedsiębiorstwa wykorzystujące nowinki technologiczne znajdują się na pozycjach premiowanych – ale także gest, który miał na celu zmianę społecznego wizerunku urządzeń zdalnych.

W jakim stopniu realne są powyższe zapowiedzi? – Przyglądamy się uważnie kwestiom technologicznym związanym z używaniem dronów w dostarczaniu przesyłek – mówi „Tygodnikowi” Marcin Krzak, dyrektor operacyjny UPS Polska. – Jednak aktualnie nie prowadzimy badań wtym zakresie. O ile prace w obszarze wspomnianej technologii są na bardzo zaawansowanym poziomie, o tyle uchwalenie odpowiedniej regulacji pozwalającej na użytkowanie dronów będzie bardzo złożone.

Dodajmy, że chodzi o komercyjne wykorzystanie bezzałogowych jednostek latających, a nie rekreacyjne, jak np. zabawy modelarzy.

W USA prace nad stworzeniem norm prawnych trwają od dawna. W tej chwili loty bezzałogowe (małymi i dużymi dronami) mogą wykonywać wyłącznie służby państwowe, jak straż pożarna, policja, straż graniczna, jednostki humanitarne, które dysponują stosownym zezwoleniem. Nie można natomiast prowadzić działalności komercyjnej – a jest za nią uważany każdy lot, który przynosi osobie kierującej dronem korzyści materialne. Te ograniczenia blokują rozwój rynku, dlatego od dawna trwa walka między sektorem prywatnym a państwowym o stworzenie nowego prawa.

Już w 2007 r. rozpoczęły się konsultacje społeczne, których efektem było uchwalenie przed dwoma laty specjalnej ustawy i wyasygnowanie przeszło 60 mld dolarów na zmianę obowiązujących przepisów oraz ogólnokrajowego systemu kontroli lotów. Federalny Urząd Lotnictwa (Federal Aviation Administration) otrzymał sugestię, by nowe rozwiązania w tym zakresie pojawiły się do 30 września 2015 r. Wtedy to przestrzeń powietrzna Stanów Zjednoczonych ma zostać otwarta dla dronów, które będą mogły bezpiecznie włączyć się do ruchu powietrznego. Niestety, FAA nie był w stanie dotrzymać żadnego z terminów pośrednich i wszystko wskazuje na to, że regulacje wyczekiwane przez producentów, a także indywidualnych oraz instytucjonalnych użytkowników, wejdą w życie dużo później. – Zakładamy – mówi Krzak – że prace ustawodawcze pozwalające na używanie dronów potrwają jeszcze wiele lat.

Chyba że „Trappy” (ang. zdradliwy), legendarny konstruktor dronów i jeden z najsłynniejszych na świecie pilotów, nazywany „powietrznym anarchistą”, wygra proces z Urzędem Lotnictwa USA. Pod wdzięczną ksywką kryje się 29-letni Szwajcar, Raphael Pirker. Od lat zajmuje się modelarstwem, produkcją bezzałogowych statków oraz ich pilotażem. Jego lekkie i niezwykle zwinne drony latały nad Statuą Wolności czy Francuskimi Alpami. W 2011 r. FAA wlepił Pirkerowi mandat w wysokości 10 tys. dolarów za komercyjne wykorzystanie bezzałogowego statku powietrznego nad Uniwersytetem Virginia. „Trappy” dostał zamówienie od władz uczelni na nakręcenie filmu. Chodziło o prezentację kampusu z lotu ptaka. Reakcja Urzędu Lotnictwa była natychmiastowa: grzywna i sankcje prawne. Komentatorzy są zgodni, że FAA zareagował w tak gwałtowny sposób, by utrudnić innym prywatnym i korporacyjnym użytkownikom dronów dostęp do przestrzeni powietrznej. Urzędnicy obawiali się, że utracą kontrolę nad prężnie rozwijającym się sektorem przemysłu, który – na dodatek – ma kluczowe znaczenie dla obronności kraju. Wysłali zatem – jak sugeruje Jason Koebler w „Politico Magazine” – wiadomość: zero tolerancji dla osób i firm prowadzących działalność gospodarczą z wykorzystaniem bezzałogowców.

Problem w tym, że ogłoszone w 2007 r. zakazy nie zostały nigdy przyjęte jako część obowiązujących przepisów. FAA nie zadbał o uregulowanie tych kwestii, więc z punktu widzenia prawa komercyjne użycie bezzałogowego statku – mimo zakazu urzędu – nie jest czynem nielegalnym. Co to oznacza w praktyce? Jeśli „Trappy” wygra z Federalnym Urzędem Lotnictwa, przed prywatnymi użytkownikami otworzą się nowe możliwości. FAA będzie zmuszony stworzyć choćby tymczasowe reguły użytkowania dronów, a na to właśnie liczą indywidualni konstruktorzy oraz wielkie koncerny.

Oczywiście nikt nie czeka bezczynnie na rozstrzygnięcie sporu. Akcje społeczne zmieniają nasze wyobrażenia o dronach. Branżowe media prezentują niezwykłe możliwości małych urządzeń. Niektórzy chcą nas nawet przekonać, że drona można, warto, a nawet trzeba pokochać... Bo i tak przyleci po swoje.

NOWA REWOLUCJA INDUSTRIALNA

Chris Anderson rozwijał swoje przedsiębiorstwo metodycznie. Najpierw stworzył forum DIY Drones, które skupia entuzjastów modelarstwa, wymieniających się informacjami na temat innowacyjnych rozwiązań technologicznych. Na forum można trafić z oficjalnej strony firmy 3D Robotics. Grupa jest liczna, a każdy z jej członków obficie dzieli się swą wiedzą. Mamy do czynienia z dronowym ruchem oddolnym. Co jakiś czas Anderson organizuje konkursy dla twórców najlepszych modeli. Te proste gesty integrują wspólnotę amatorów. I są jasnym przesłaniem dla opinii publicznej: robotyka jest dla każdego, każdy może zostać konstruktorem.

Ta ostatnia kategoria ma szczególne znaczenie dla zmiany społecznego wizerunku dronów. Anderson propaguje bowiem ideę nowej wytwórczości. W 2012 r. ukazała się jego książka (kolejna po bestsellerowych publikacjach „Długi ogon” oraz „Za darmo”, w których zajmował się analizą struktury i narzędzi handlu międzynarodowego) pt. „Makers” („Wytwórcy”). Były szef „Wired” sugeruje w niej, że znajdujemy się dziś u progu nowej rewolucji industrialnej, którą zainicjują nie wielkie koncerny, nie korporacyjne kolosy, lecz indywidualni wytwórcy. Zmęczeni alienującym kontaktem z ekranem komputera, zniechęceni namiastką kontaktu ze światem, którą oferuje nam rzeczywistość wirtualna, powracamy do realnego życia, podejmując nowe (a w istocie – stare) wyzwania. Chcemy znów tworzyć przedmioty codziennego użytku, pragniemy na nowo wziąć w posiadanie ziemię. Z konsumentów przemieniamy się w twórców.

Kto według Andersona zasługuje na miano „makera”? Niemal każdy. I konstruktor maszyn, i plantator, i szwaczka, i mechanik samochodowy... Przy czym wcale nie trzeba pracować w jednym z wymienionych zawodów. Wystarczy, że odnajdziemy w sobie potrzebę działania i tworzenia. Tradycyjne przeszkody – brak dostępu do specjalistycznej wiedzy czy niezbędnych maszyn – z każdym miesiącem odgrywają coraz mniejszą rolę. Istnieją firmy, które każdego domorosłego wytwórcę wyposażą w niezbędne narzędzia. Zamawiamy przez interent drukarkę 3D lub drona, kamerę lub inne jeszcze urządzenie, a następnie zaczynamy przygodę z „wytwarzaniem” własnych produktów.

W styczniu tego roku na łamach „New Yorkera” ukazał się tekst Jewgienija Morozowa – naukowca i publicysty zajmującego się społecznym i politycznym aspektem nowych technologii – na temat ruchu wytwórców (skądinąd na czwartej stronie tego samego wydania amerykańskiego tygodnika znajduje się całokolumnowa reklama filmu „Amazing in Motion”). Morozow podkreśla, że nowa rewolucja industrialna, owszem, odwołuje się do rzeczywistych trendów społecznych, ale jej rzecznicy pomijają kilka istotnych aspektów całego procesu. Chodzi przede wszystkim o dominującą rolę dwóch rodzajów firm: tych, które mają dostarczać wytwórcom sprzęt potrzebny do pracy, a także tych, które będą tę pracę „oceniać” i „wyceniać”. Do pierwszej kategorii należą takie korporacje jak 3D Robotics Andersona, do drugiej zaś np. serwisy internetowe, za pomocą których można reklamować wytwarzane przez siebie produkty. Obiecywana przez rzeczników nowego ruchu emancypacja (każdy sobie wytwórcą!) będzie zatem częściowa. Tak jak drony przylecą po swoje, tak korporacje odbiorą swój udział.

Rozwój nowych technologii – powiada Morozow – jest nieodzowny, ale siła nie tkwi w samym tylko urządzeniu, lecz także w kontekście społecznym, politycznym i prawnym, który dla danego urządzenia się tworzy. Dlatego tak istotną rolę w całym procesie odgrywają regulacje prawne, których wciąż brakuje.

Teju Cole powinien dziś opublikować nowy wpis na twitterze: „Ktoś musiał wpłynąć na Józefa K., bo choć nikomu nie wspominał o swych zamiarach, pewnego dnia kupił sobie drona”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1978 roku. Filozof literatury, eseista, redaktor, krytyk i tłumacz. Dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektor programów...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]