Precz z ludzkością!

Dwa wpływowe nurty myślenia snują utopijne wizje świata pozbawionego człowieka. Antyhumaniści chcą zepchnąćnas w niebyt, transhumaniści – wynieść do boskości.

27.09.2023

Czyta się kilka minut

Precz z ludzkością!
Rzeźba „Syn Ziemi” na plaży Gobi w Guazhou. Chiny, 13 sierpnia 2023 r. / COSTFOTO / NURPHOTO / GETTY IMAGES

Motyw końca świata obecny jest w naszej kulturze od zawsze. Rozumiemy przez to po prostu koniec ludzkości, bo dla większości z nas opustoszała Ziemia to kres naszego świata. Nasza obecność tutaj może zakończyć się w wyniku naturalnego kataklizmu albo z naszej własnej winy, co, jak twierdzi np. australijski filozof Toby Ord, jest nawet bardziej prawdopodobne. Jakkolwiek to nastąpi, wizja końca ludzkości napełnia nas grozą. Ale czy powinna? Adam Kirsch, w wydanej w tym roku książce „The Revolt Against Humanity”, przedstawia poglądy dwóch bardzo odmiennych grup myślicieli, których łączy jedno radykalne stanowisko. Otóż nie dość, że kres ludzkości jest bliski, to nie będzie on żadną katastrofą i powinniśmy wyglądać go z radością i nadzieją. Tę zdumiewającą tezę stawiają zarówno nieprzejednani obrońcy środowiska, których ideologię Hirsch nazywa „antyhumanizmem antropocenu”, jak i fanatyczni futuryści spod znaku transhumanizmu.

Najlepiej się nie urodzić

Ideologia pierwszej grupy jest reakcją na pogłębiający się kryzys środowiska naturalnego. Według antyhumanistów jest on na tyle głęboki, że być może już nieodwracalny i jedyną nadzieją dla naszej planety jest samounicestwienie się ludzkości. Transhumaniści też wieszczą koniec naszego gatunku, ale nie przez jego zniszczenie, lecz technologiczne ulepszanie aż do wytworzenia wspieranych komputerowo nieśmiertelnych cyborgów. Na pierwszy rzut oka obie doktryny wydają się na tyle absurdalne, że trudno je traktować poważnie. Tyle że – jak sugestywnie pokazuje Kirsch – nie są to teorie niszowe i mają wśród swych orędowników myślicieli o niewątpliwym autorytecie intelektualnym.

Co więcej, obie z nich zasługują na uwagę także dlatego, że są kolejnymi odsłonami mitów obecnych w naszej kulturze od wieków. Antyhumanizm chce dla nas kary za grzechy wobec Natury, tak jak gniewni bogowie chcieli jej dla swych poddanych za ich nieposłuszeństwo. Tym razem nasze winy są jednak tak wielkie, że żaden Noe nie zasługuje na ocalenie i budowanie lepszego świata. Temu fatalizmowi transhumaniści przeciwstawiają optymistyczną wizję życia wiecznego osiągniętego właśnie dzięki pokonaniu ograniczeń przez naturę nam narzuconych. Tak jak chcieli twórcy Galatei, Golema czy doktor Frankenstein.

Centralnym elementem antyhumanizmu antropocenu jest antynatalizm, czyli przekonanie, że prokreacja jest moralnym złem. Antynatalizm uzasadnia się na wiele sposobów: a to istnieniem zła na świecie, a to nieuchronnością śmierci czy wreszcie powszechnością ludzkiego cierpienia. Każdy z tych argumentów wiedzie jednak do tej samej konkluzji: wszyscy, którzy mieli nieszczęście już się urodzić, mają moralny obowiązek powstrzymać się od powoływania na świat kolejnych ofiar.

Antynatalistyczne głosy pojawiły się już w Starym Testamencie, gdzie w Księdze Koheleta powiedziane jest: „Chwaliłem więc bardziej los umarłych, tych, którzy już odeszli, aniżeli los tych, którzy jeszcze pozostają przy życiu. Lecz za szczęśliwszego od jednego i drugiego uważam tego, co się jeszcze nie urodził i nie widzi zła, które się popełnia pod słońcem”. Kilkaset lat później, na początku naszej ery w „O pocieszeniu do Marcji” niemal dosłownie powtarza to Seneka: „Najszczęśliwszy los to wcale się nie urodzić”. W czasach nowożytnych najwybitniejszym wyrazicielem antynatalizmu był Arthur Schopenhauer, który wychodzi od konstatacji istnienia zła na świecie. Jego wszechobecność jest tak oczywista, że nie dostrzegać jej można tylko przez zaślepienie, które jest ucieczką przed straszliwą rzeczywistością. Lepiej więc tej rzeczywistości nigdy nie doświadczyć: „Jeśli dzieci powoływane byłyby na ten świat przez akt rozumu, to czyż ludzkość nie przestałaby istnieć? Czy człowiek nie miałby dość współczucia dla następnych pokoleń, by oszczędzić im jarzma istnienia?”.

Nie wiecie, jak bardzo cierpicie

Współczesnym ideologiem antynatalizmu jest największy – według „New York Timesa” – pesymista wśród żyjących filozofów, David Benatar. Dla Benatara, inaczej niż dla Schopenhauera, punktem wyjścia jest powszechność ludzkiego cierpienia, a nie ontologicznego zła. Podobnie jak Schopenhauer, uważa, że większość ludzi żyje w nieuświadomionej samoułudzie: prawdopodobnie zaprzeczyliby, że ich życie jest pełne bólu i cierpienia. Takie samooceny, jak twierdzi Benatar, są zupełnie bezwartościowe jako skażone tzw. efektem Pollyanny. Według tej zasady ludzie mają naturalną skłonność do optymizmu, zarówno we wspomnieniach, jak i w oczekiwaniach. Badania psychologiczne, omawiane m.in. w książce Shelley Taylor „Positive Illusions: Creative Self-Deception and the ­Healthy Mind” pokazują, że pytani o jakieś zdarzenia z przeszłości przypominamy sobie zdecydowanie więcej przyjemnych chwil, bo te ­nieprzyjemne spychamy w niepamięć. Selektywność wspomnień fałszuje w rezultacie naszą ocenę jakości własnego życia. Ten psychologiczny mechanizm bywa uznawany za ewolucyjną adaptację służącą zapobieganiu samobójstwom.

Z tym argumentem można oczywiście dyskutować – skoro subiektywnie oceniamy nasze życie jako przyjemne, to czy ma znaczenie, że ta ocena jest ­zafałszowana? Możemy się spodziewać, że nasze dzieci też będą sądziły, że żyją przyjemnie – nieuświadomione nieszczęście nie wydaje się czymś trudnym do zniesienia.

Antynataliści twierdzą w każdym razie, że mieliby rację nawet wtedy, gdyby stosunek przyjemności do bólu był w życiu bardziej zbalansowany. Otóż według Benatara mamy moralny obowiązek nie powoływać do życia nieszczęśliwych ludzi, ale nie mamy obowiązku powoływać do życia szczęśliwych ludzi. W tym pierwszym przypadku cierpienie naszych potomków jest złem, a jego brak – gdybyśmy ich nie spłodzili – dobrem. W drugim zaś przypadku przyjemność doznawana przez naszych potomków byłaby dla nich dobrem, ale jej brak – gdyby w ogóle nie istnieli – nie byłby złem, bo nie byłoby komu tej przyjemności doświadczać. Jeśli zaakceptujemy tę – dość dyskusyjną – asymetrię, to życie obarczone nawet niewielką ilością cierpienia nie powinno być nigdy inicjowane.

Grzechy przeciw Naturze

Motywacja dla antynatalizmu wśród ­antyhumanistów jest nieco inna niż u Benatara. Powinniśmy zniknąć z tej planety, bo przynosimy cierpienie i śmierć nie tylko sobie, ale również jej pozostałym mieszkańcom. Realizując boski nakaz „rośnijcie i mnóżcie się, i napełniajcie ziemię, a czyńcie ją sobie poddaną”, staliśmy się pasożytami, którzy dla realizacji własnych potrzeb nie wahają się poświęcić całej reszty natury. Według ­antyhumanistów stawia to ludzkość poza czy wręcz w kontrze do porządku natury.

Samo pojęcie antropocenu jest wyrazem tego przekonania. Na gruncie geologii „antropocen” to nazwa proponowana przez niektórych geologów dla końcówki aktualnie trwającej epoki geologicznej, formalnie określanej jako holocen. Ale odrębność czy też wyjątkowość antropocenu nie jest czysto geologiczna. Oto bowiem ludzkość, która jest produktem natury, odwróciła ten jednokierunkowy proces i sama tę naturę przeistacza. Nasza dominacja nad planetą jest tak kompletna, że nawet ewolucja musi być przedefiniowana. Dobór naturalny, który oznaczał przetrwanie osobników przystosowanych, dziś oznacza przetrwanie najbardziej dla nas użytecznych. Kurczaki stały się najliczniejszym gatunkiem ptaków na Ziemi, a hodowane przez nas bydło waży więcej niż wszystkie pozostałe kręgowce razem wzięte. Jedynym ratunkiem dla Natury jest wedle anty­humanistów całkowite usunięcie się ludzkości z powierzchni Ziemi. Australijska filozofka Patricia MacCormack nie przebiera w słowach: „Śmierć naszego gatunku to afirmacja życia, bo uwolniłaby świat naturalny od naszego jarzma. (...) Jestem głęboko zawiedziona, że żadna zaraza ani wojna nie zdołała nigdy unicestwić ludzkości”.

Antyhumanizm antropocenu nie jest osadzony na argumentach pragmatycznych, które czasem pojawiają się w dyskusjach dotyczących środowiska naturalnego – np. że powinniśmy powstrzymać globalne ocieplenie, bo przyniesie ono szkodę, a być może śmierć, wielu ludziom. Dla antyhumanistów inspiracja jest moralna. Zwierzęta czy rośliny stoją wyżej w porządku moralnym niż ludzie, ponieważ nie eksterminują innych istot na taką skalę jak ludzie. Wielu pisarzy tego ruchu stara się wręcz kultywować pewien rodzaj mistyki wokół pojęcia Natury (słynny biolog O.J. Wilson nazywa to „biofilią”), by zachęcać do poświęceń na jej rzecz, w podobny sposób jak poświęcamy się dla Boga czy ojczyzny. Jeden z radykalnych antyhumanistów, Paul Kingsnorth, mówi wprost, że jeśli miałby wybierać między naturą a ludzkością, wybrałby tę pierwszą.

Kiedy w końcu wyginiemy

Dla większości z nas wypowiedzi MacCormack czy Kingsnortha to w najlepszym razie hiperbole, bo nie możemy sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógłby naprawdę chcieć końca ludzkości. Stanowisko antynatalistów zmusza nas jednak przynajmniej do konfrontacji z ich apokaliptyczną perspektywą. Sceptycy powiedzieliby, że katastroficzne wizje końca ludzkości kreślono już wcześniej i za każdym razem okazywały się one zupełnie chybione. W 1798 r. Robert Malthus przewidywał niechybną katastrofę demograficzną na Ziemi wynikającą z arytmetycznie rosnącej produkcji żywności wobec geometrycznie rosnącej liczby ludzi (czym zresztą zainspirował Karola Darwina do myślenia o przyrodzie w kategoriach ekonomicznej rywalizacji i naprowadził go na trop idei doboru naturalnego). W 1968 r. w podobnym duchu bił na alarm Paul R. Ehrlich, wskazując tym razem na wyczerpujące się surowce naturalne: „Walka o wyżywienie całej ludzkości dobiegła końca. W latach siedemdziesiątych [XX wieku] setki milionów ludzi umrze z głodu”.

Paradoksalnie utopia antyhumanizmu może spełnić się bez naszego aktywnego udziału. Jak pokazują bowiem dane demograficzne, ludzkość może zniknąć dużo szybciej, niż nam się wydaje. Współczynnik dzietności w Europie i w Ameryce Północnej jest już od kilkudziesięciu lat poniżej poziomu gwarantującego zastępowalność pokoleń. Podobnie jest w większości krajów Azji i Ameryki Południowej. Jedyne regiony na świecie, gdzie ludzi przybywa w sposób naturalny, a nie przez imigrację, to Afryka i Bliski Wschód. Ale demografowie przewidują, że tu także wraz ze wzrostem zamożności i wykształcenia kobiet (który jest najsilniej skorelowany z dzietnością) trend się odwróci. Według danych ONZ ogólnoświatowy współczynnik dzietności spada systematycznie od lat 70., kiedy wynosił 4,5, do 2,5 dzisiaj. W 2010 r. „The Lancet” opublikował wyniki badania, według którego pod koniec tego wieku współczynnik ten spadnie do 1,66 – a zatem znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Populacja Ziemi osiągnie swoje maksimum 10 mld ludzi w 2064 r., potem zacznie spadać.

Kilka lat temu „The New York Times” przeprowadził badanie wśród młodych ludzi, pytając ich, dlaczego mają mniej dzieci, niżby chcieli. Jedna trzecia z nich podała jako przyczynę obawy o przyszłość planety. Jak widać, antyhumanizm antropocenu nie jest zjawiskiem niszowym.


WIELKIE WYZWANIA: ANTROPOCEN

Przyglądamy się największym wyzwaniom epoki człowieka oraz drodze, która zaprowadziła nas od afrykańskich sawann do globalnej wioski. Omawiamy badania naukowe i dyskusje nad interakcjami między człowiekiem i innymi elementami przyrody – zarówno tymi współczesnymi, jak i przeszłymi. CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


Zbawienie dla cyborgów

Druga grupa radykalnych myślicieli omawiana przez Hirscha to transhumaniści, którzy zgadzają się, że ludzkość skazana jest na zagładę, ale widzą w tym szansę, a nie zagrożenie. Ich marzeniem jest bowiem wykorzystanie technologii dla całkowitej transformacji naszego gatunku. Opublikowana w 1998 r. Deklaracja transhumanizmu definiuje cele ruchu jako „pomnożenie ludzkiego potencjału przez przezwyciężenie procesu starzenia się, ograniczeń poznawczych, niepotrzebnego bólu i cierpienia i wreszcie ziemskiej niewoli”. Ludzkie życie trwać będzie wieki, a nie dekady. Nasze zmysły zostaną udoskonalone tak, żeby dać nam dostęp do barw, dźwięków i odczuć, których dziś nie potrafimy nawet nazwać. Myśleć będziemy tak szybko jak komputery, a nasze ciała będziemy w stanie ulepszać estetycznie w dowolnie wybrany sposób. Choć deklaracje te brzmią jak science fiction, to mają one przecież swoje uzasadnienie. Nasze ciała wspomagane są technologią od dawna, a sztuczny staw biodrowy czy rozrusznik serca już robi z nas cyborga.

To, co czyni transhumanizm zauważalnym, to pieniądze, które za nim stoją. Kilku znanych miliarderów z Doliny Krzemowej inwestuje w badania nad technologiami, które mają doprowadzić do transformacji naszego gatunku. Peter Thiel jest udziałowcem firmy Alcor Life Extension, która kriogenicznie przechowuje mózgi zmarłych w oczekiwaniu na pojawienie się technologii pozwalającej na przywrócenie ich do życia. Sergey Brin i Larry Page utworzyli w Google osobną komórkę badawczą, Calico, prowadzącą prace nad powstrzymaniem procesu starzenia. W 2021 r. założyciel Amazona, Jeff Bezos, zainwestował podobno sporą sumę w Altos Labs, start-up biotechnologiczny obiecujący pracę nad cofaniem starzenia się komórek.

Ale prawdziwi wizjonerzy idą jeszcze dalej. Skoro nasze myśli, wyobrażenia i uczucia wywoływane są przez procesy elektrochemiczne zachodzące w mózgu, to żadne prawo przyrody nie powinno przeszkodzić w tym, by nasz umysł dało się „zainstalować” w innym medium. Wystarczy zrobić swego rodzaju „skan” mózgu, wychwytując stan wszystkich jego synaps, a następnie zakodować to np. w komputerze. Efektem tego procesu będzie kopia ludzkiego umysłu zachowana w komputerowej pamięci. A stąd już tylko krok do odcieleśnienia człowieka. Holenderski neuronaukowiec Randal Koene pisze: „Twoja tożsamość, twoja pamięć mogą być fizycznie urzeczywistnione na wiele sposobów”. Odcieleśniony umysł nie będzie już miał doświadczeń typowych dla swego naturalnego środowiska, ale spektrum doznań, jakie będzie można w nim generować, wirtualnie będzie – jak w grach komputerowych – niczym nieograniczone. Dla dużej części ludzkości to niewątpliwie atrakcyjna perspektywa.

Optymizm transhumanistów co do możliwości technologii wydaje się nie mieć granic. Ray Kurzweil, jeden z czołowych przedstawicieli tego ruchu, przyjmuje każdego dnia kroplówkę i łyka 250 pigułek suplementów, by do maksimum przedłużyć swe naturalne życie. Robi to po to, by dotrwać do momentu, kiedy stanie się możliwe odwrócenie procesu starzenia. Kurzweil – który ma 75 lat – wierzy, że wydarzy się to jeszcze w tej dekadzie. Optymizm czy wręcz arogancja transhumanistów może ich jednak zaślepić na zagrożenia, jakie niesie agresywna ingerencja w naturę. Pięć lat temu ­chiński naukowiec He Jiankui zamienił jeden z genów w dwóch ludzkich embrionach, żeby uodpornić je na HIV. ­Spotkało się to z powszechnym potępieniem ze strony środowiska naukowego, bo nie wiemy jeszcze, jakie skutki uboczne może przynieść bezpośrednia edycja ludzkiego genotypu. To technologia właśnie umożliwiła radykalną zmianę naszej planety, a miejscami wręcz jej spustoszenie. Kiedy zaczniemy przerabiać nasze ciała, skutki mogą być równie opłakane.

Ludzkość ma sens

Antyhumaniści chcą zepchnąć ludzkość w niebyt, transhumaniści wynieść ją do boskości. Tymczasem przeciętny człowiek potrzebuje jej, by nadać sens swemu istnieniu. Kilka lat temu amerykański filozof Samuel Scheffler przeprowadził interesujący eksperyment myślowy, który zdaje się pokazywać, że przetrwanie ludzkości jest dla nas ważniejsze niż nasze własne życie. Wyobraźmy sobie, że dopełnia się utopia antyhumanizmu i wszyscy ludzie dożywają naturalnego końca swych dni, ale po ich śmierci nikt więcej już się nie rodzi. Ta perspektywa wzbudza w nas trwogę. Ale dlaczego? – pyta Scheffler. Przecież nikt nie cierpi i nie umiera przedwcześnie.

Otóż wydaje się, że życie na pustoszejącej Ziemi w dużej mierze straciłoby swój sens. Żeby to lepiej naświetlić, zastanówmy się, jak zmieniłyby się nasze wybory życiowe na wieść o nadchodzącym kresie ludzkości. Niewątpliwie stracilibyśmy motywację i emocjonalne przywiązanie do kontynuowania wielu naszych przedsięwzięć. Jakakolwiek działalność społeczna czy polityczna przestałaby mieć sens. Nikt nie projektowałby ani nie budował niczego, co miałoby trwać więcej niż kilka lat. Poniechano by zapewne twórczej działalności artystycznej i naukowej. Tymczasem nikt z nas nie zaprzestaje robienia żadnej z tych rzeczy, mając w perspektywie swoją własną śmierć, bo sens takiej działalności nie zostaje przez indywidualną śmierć umniejszony. Nieunikniona wydaje się zatem konkluzja, twierdzi Scheffler, że ważniejsze jest dla nas przetrwanie ludzkości niż nasze własne przetrwanie. Nasze życie traci sens w perspektywie zagłady ludzkości, ale nie traci go w perspektywie naszej własnej śmierci.

Opowiedzenie się po stronie anty- czy transhumanizmu wymaga gigantycznego samozaparcia emocjonalnego i psychicznego. Większość z nas nie potrafiłaby tego zrobić i zapewne nawet by nie chciała. Bo jak pisał w „Roku 1984” ­Geor­ge Orwell: „Przed człowiekiem nie było nic. Po nim także nic nie będzie. Bez człowieka nic nie ma”. ©

Autor jest profesorem informatyki i ­filozofii na York University w Toronto.


 

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji i Nauki w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Profesor informatyki i filozofii. Filozofię ukończył na Uniwersytecie Warszawskim, a doktorat z informatyki zrobił w University of Maryland, College Park. Przez wiele lat współpracował naukowo z firmą IBM, w której zajmował się problemami przetwarzania i… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2023