Nowojorska giełda traci na wartości nieprzerwanie od początku lutego. Amerykański dolar, którego pod koniec stycznia można było zamienić na 0,97 euro, dziś starcza na 0,92 euro. Tylko jaja w sklepach nie chcą tanieć, więc sekretarz rolnictwa Brook Rollins radzi obywatelom, by zaczęli hodować kury w ogródkach.
„Ameryka wróciła” – zapowiedział Donald Trump w wystąpieniu przed Kongresem, ale raczej nie o takim powrocie marzyli jego wyborcy i donatorzy, wspierający niedawną kampanię Republikanów. Poparcie dla 47. prezydenta USA po miesiącu rządów jest dziś niższe niż na starcie jego pierwszej kadencji w 2017 r.
Wielkiemu biznesowi Trump obiecywał obniżenie podatków, ale temat na razie nie wszedł na rządową agendę, bo w najlepsze trwają igrzyska obliczone na zaspokojenie irytacji statystycznego amerykańskiego wyborcy, któremu żyje się coraz gorzej. Republikanie w kampanii przekonywali go, że to nie rezultat błędu konstrukcyjnego współczesnej Ameryki, w której coraz więcej bogactwa skupia się w rękach najzamożniejszych (według US Census Bureau już ponad 70 proc. majątku narodowego należy do zaledwie 10 proc. obywateli). Winę ich zdaniem ponoszą poprzednicy (czytaj: Demokraci), którzy pozwalali światu pasożytować na Stanach Zjednoczonych. Teraz świat ma więc za to zapłacić.
Kalendarium polityki celnej Donalda Trumpa
- 2 kwietnia – nieokreślone jeszcze stawki na samochody i produkty rolne z całego świata.
- 12 marca – zapowiedź 25 proc. ceł na aluminium i stal.
- 6 marca – ponowne zawieszenie ceł na towary i usługi z Kanady i Meksyku, objęte umową o wolnym handlu.
- 5 marca – wstrzymanie ceł na samochody z Kanady i Meksyku.
- 4 marca – ponowne wejście w życie ceł na import z Kanady i Meksyku. Podwyżka ceł na import z Chin o kolejne 10 punktów proc.
- 26 lutego – zapowiedź 25 proc. ceł na import z UE.
- 3 lutego – miesięczne moratorium na ogłoszone trzy dni wcześniej cła wymierzone w Kanadę i Meksyk.
- 1 lutego – ogłoszenie 25 proc. ceł na produkty i usługi z Kanady i Meksyku (z wyjątkiem ropy i energii elektrycznej obłożonych stawką 10 proc.), z wejściem w życie od 4 lutego. Podniesienie ceł na import z Chin o 10 punktów proc.
Półprawdy gospodarcze Trumpa
Tłumacząc kolejne decyzje w sprawie ceł, 47. gospodarz Białego Domu odwołuje się do danych o amerykańskim deficycie handlowym, którego wartość sięga już 8 proc. PKB. Jak wiele prawd Trumpa, i ta nie do końca pokrywa się jednak z faktami. USA faktycznie są na minusie w handlu ze światem – ale jeśli mierzyć go sprzedażą samych towarów. Przykładowo, w 2023 r. łączne obroty między Stanami a Unią Europejską wyniosły 1,5 bln euro, z czego 850 mld euro stanowił handel towarami, a 690 mld euro – wzajemne świadczenie usług. Bilans obrotu towarowego wypadł co prawda na korzyść Europy (sprzedaliśmy Ameryce za prawie 190 mld euro więcej, niż kupiliśmy), ale już w wymianie usług na wyraźny plus wyszła Ameryka, która – faktycznie – jeździ niemieckimi autami, ale głównie dlatego, że stać ją na to za sprawą milionów Europejczyków oglądających codziennie Netliksa czy Disney+, i logujących się do poczty Gmail na komputerach z systemem Windows.
Machając wyborcom przed oczyma kolejnymi decyzjami celnymi, Trump pieści jednak amerykański sentyment za status quo z połowy lat 70. XX wieku, kiedy USA miały w handlu ze światem bezdyskusyjną nadwyżkę. Pierwszy cios zadał jej kryzys paliwowy. Na początku tego stulecia nastąpił z kolei „chiński szok”: wynajęci do produkcji tanich dóbr Chińczycy błyskawicznie opanowali kolejne zachodnie technologie, a następnie zalali Amerykę tańszymi zamiennikami produktów oznaczonych jako „designed in USA, assembled in China”.
Można rzec, że Ameryka, największy eksporter globalizacji, padła jej ofiarą, ale byłaby to kolejna półprawda. Globalizacja doskonale służyła i nadal służy finansowym elitom USA, na czele z Elonem Muskiem, który Polakom i Australijczykom sprzedaje te same auta z podzespołami z Chin i zaśmieca wielkopolskie lasy szczątkami swoich rakiet. Prawdziwą ofiarą przestawienia amerykańskiej gospodarki na tory globalizacji okazała się klasa robotnicza USA. Zrujnowane przedmieścia Detroit to smutny pomnik obietnicy awansu społecznego, na której bazował mit założycielski Wielkiej Ameryki – i który przestał być osiągalny z chwilą, gdy pieniądze amerykańskich konsumentów na masową skalę zaczęły finansować pensje robotników z Shenzen, miast trafiać do kieszenie robotników z Chicago.
Wojna o amerykański styl życia
Administracja Trumpa chciałaby za pomocą ceł przesunąć do USA produkcję dużej części dóbr kupowanych przez Amerykanów. Stany to w końcu nadal najważniejszy rynek zbytu na świecie. Być może stoi też za tym ta sama kalkulacja, którą wyraził niedawno w głośnym wpisie Elon Musk, podkreślając, że dla jego systemu Starlink nie ma alternatywy. Podobnie: oburzeni amerykańskimi cłami Kanadyjczycy mogą nie pić kalifornijskich win i bojkotować tennesee whiskey, ale nie przestawią się na edytory tekstu z Burgundii czy szkockie chaty GPT.
Pomysł nie jest nowy. To samo, co Trump robi teraz kijem ceł, administracja Bidena próbowała osiągnąć za pomocą marchewki, czyli kusząc zagraniczne firmy dotacjami i zwolnieniami podatkowymi w zamian za przeniesienie produkcji za Atlantyk. Taka strategia była dość skuteczna w odniesieniu do sektora IT czy branży bioinżynieryjnej, bazującej na pracy koncepcyjnej. Tu rozpiętości płacowe między krajami nie są wielkie, bo rynkiem jest cały świat, dlatego programiście z doświadczeniem w Singapurze, Warszawie i San Francisco często płaci się niemal tyle samo.
Znacznie trudniej będzie ją wdrożyć w stosunku do wytwórców prostszych dóbr – a w idei MAGA chodzi w końcu o to, by nowe miejsca pracy trafiły nie do Doliny Krzemowej, lecz do bezrobotnych górników z Apallachów. Tymczasem koreański producent aut, który przeniesie swoją montownię ze Słowacji do Stanów, będzie musiał zapłacić pracownikom w USA średnio trzy razy więcej, niż ich kolegom spod słowackiej Trnawy. Samochody będzie jednak nadal składać z tysięcy podzespołów, wytwarzanych na jego zamówienie od Jeleniej Góry po Kuala Lumpur. Jeśli na nie również będą obowiązywać cła, biznes przestanie się spinać. Są już pierwsze wyliczenia, z których wynika, że nawet archetypicznie amerykańskie „muscle cars” wskutek ceł nałożonych na podzespoły z importu podrożeją średnio o dwa tysiące dolarów.
Statystyczny Amerykanin wymienia auto co cztery lata, może więc nie zauważyć w swoich wydatkach motoryzacyjnych drugiej kadencji Donalda Trumpa. W lodówce nie może mu jednak zabraknąć meksykańskiego awokado (większość warzyw i owoców USA importują zza swej południowej granicy). Diesel do paliwożernych pickupów też podrożeje bez wątpienia, kiedy Kanada nałoży cła odwetowe na ropę sprzedawaną do Stanów, a tanie ubrania "made in Bangladesh" znikną z półek Walmartu z chwilą, kiedy pojawi się na nich dumna metka "made in USA". Wielką Amerykę, którą Donald Trump obiecuje swoim wyborcom, za sprawą ceł będzie więc stać na mniej niż dzisiaj – a przecież tania konsumpcja to jeden z filarów tradycyjnego amerykańskiego stylu życia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















