Od kilku tygodni w Kijowie panuje przekonanie, że jego niedawny amerykański sojusznik zaczął grać w jednej drużynie z jego rosyjskim wrogiem.
Niebywale szybkie zbliżenie Waszyngtonu z Kremlem, zakończenie izolacji Rosji, mylenie ofiary z agresorem, wstrzymanie amerykańskiej pomocy – to tylko wybrane wydarzenia z ostatnich dni, które na Ukrainie (oraz daleko poza nią) wywołały szok i niedowierzanie. Ukraińcy oczekiwali bowiem innego Trumpa.
Nie tak miało być: Ukraińcy wierzyli, że Trump jest dla nich szansą
Zacznijmy od tego, że w listopadzie 2024 r. władze ukraińskie odniosły się do zwycięstwa Trumpa z umiarkowanym optymizmem: nowy prezydent USA miał stać się szansą na zmianę dotychczasowej polityki amerykańskiej wobec wojny.
W percepcji Kijowa administracja Joego Bidena zrobiła wprawdzie dużo – uratowała Ukrainę od klęski – ale jednak o wiele za mało, aby doprowadzić do pomyślnego zakończenia tej wojny. Strategia poprzedniej ekipy w Waszyngtonie, która z obawy przed eskalacją konfliktu nie zdecydowała się na bardziej odważne wspieranie Ukraińców, skutkowała bowiem powolnym wykrwawianiem Ukrainy.
Owszem, Kijów – podobnie jak duża część świata – obawiał się nieprzewidywalności Trumpa. Zarazem jednak – tu paradoks – dopatrywał się w tym szansy dla siebie, uznając, że nowy prezydent USA pozostanie sojusznikiem, i że może zmusić Moskwę do zakończenia wojny.
Tymczasem działania nowej administracji w jej pierwszych tygodniach urzędowania okazały się czymś zupełnie innym – zmianą, owszem, ale bynajmniej nie taką, jakiej oczekiwała Ukraina (i nie tylko ona).
Zaczęło się od odwrócenia amerykańskiej narracji wobec Rosji – zapoczątkowanej po rozmowie telefonicznej Trumpa z Putinem. Następnie doszło do próby zmuszenia Ukraińców do podpisania kolonialnej w istocie umowy o eksploatacji zasobów mineralnych. Wreszcie katastrofą zakończyło się spotkanie Trump–Zełenski w Białym Domu, czego następstwem stało się wstrzymanie wsparcia USA dla Ukrainy.
Nic dziwnego, że w Kijowie powstało dziś wrażenie, że musi walczyć na dwa fronty.
Gdzie są granice amerykańskich ustępstw?
Szybko stało się też jasne, że prezydent Trump zmierza do możliwie najszybszego porozumienia z Kremlem, i że cenę za to miałaby zapłacić Ukraina.
Zaznaczmy wprawdzie od razu, że nie wiemy, co dokładnie leży na stole negocjacji amerykańsko-rosyjskich. Nie wiemy też, gdzie sięgają granice ustępstw Stanów Zjednoczonych wobec Moskwy. Jednak sam fakt, że negocjacje te odbywają się bez udziału – czy choćby nawet bez konsultacji – ze stroną ukraińską, został potraktowany jako zagrożenie interesów ukraińskich (i nie tylko ukraińskich). Trudno się zresztą dziwić, że Kijów nie chce niczego o Ukrainie bez Ukrainy.
Znaczące pogorszenie się – nazywając to oględnie – relacji amerykańsko-ukraińskich zostało spowodowane nie tylko oczywistym sprzeciwem Kijowa wobec rozmów o zakończeniu wojny ponad ukraińskimi głowami. Ewidentnie Trump nie czuje jakichkolwiek sentymentów, jakiejkolwiek empatii wobec Ukrainy.
Najwyraźniej uznaje on, że – spośród szeregu problemów międzynarodowych, przed jakimi stoi jego administracja – wojna rosyjsko-ukraińska jest najłatwiejsza do załatwienia. Co więcej, wojna ta stała się teraz „problemem ukraińskim” – choć przecież w istocie to Rosja i jej agresja są tutaj problemem.
Ukraina chce pokoju. Ale za jaką cenę?
W efekcie z kolejnych wypowiedzi Trumpa wynika dziś, że to nie Putina, lecz Zełenskiego postrzega jako przeszkodę w zakończeniu wojny. Nagle okazało się, że – z perspektywy Białego Domu – to Ukraina nie chce pokoju, a Rosja ma jakoby do niego przeć.
Tymczasem, wbrew nowej amerykańskiej retoryce, to Ukraina marzy o zakończeniu wojny. Jednak nie za wszelką cenę.
Już po wyborach w USA Kijów – chcąc być postrzegany jako konstruktywny partner – zaczął wysyłać sygnały, że byłby faktycznie gotów zrezygnować z ziem okupowanych przez Rosję. W zamian jednakże oczekiwałby gwarancji bezpieczeństwa – jeśli nie w formie członkostwa w NATO, to przynajmniej w innych ramach.
Ukraińską odpowiedzią na wywrócenie przez Trumpa do góry nogami dotychczasowej amerykańskiej polityki zagranicznej jest wyraźna deklaracja, że skoro nie ma wyjścia, to zamierza – z Ameryką lub bez Ameryki – kontynuować wojnę obronną. Rzecz jasna Kijów wciąż deklaruje, że chce wstrzymania ognia, ale że musi się to stać na akceptowalnych zasadach. Swoją wolnością handlować bowiem nie zamierza.
Wobec ataku ze strony dotychczasowego sojusznika naród ukraiński się jednoczy
W obecnej sytuacji Ukraińcy liczą na większą pomoc Europy. Ta zaś wysyła sygnały, że chce i może wspierać Ukrainę bardziej niż dotychczas. W ostatnich dniach i tygodniach padły ważne deklaracje, jednak kluczowe jest, aby zamienić je na skuteczne i możliwie najszybsze działania.
Choć siły ukraińskie wciąż mają zasoby na kolejne kilka miesięcy, to jest jednak jasne, że w niektórych kwestiach nie da się szybko (o ile w ogóle) zastąpić Amerykanów. Dotyczy to w szczególności wsparcia w sferze danych wywiadowczych, rozpoznania i naprowadzania, a także zapewnienia części zamiennych, amunicji i rakiet do sprzętu produkcji amerykańskiej.
Choć w Kijowie panują więc nastroje minorowe, doszło tam do „efektu flagi” – w obliczu niespodziewanego ataku ze strony dotychczasowego głównego sojusznika, naród się jednoczy. Jednym głosem mówią władze i opozycja, a społeczeństwo jest w znacznym stopniu zjednoczone w oburzeniu na – jak to jest coraz częściej nazywane – „amerykańską zdradę”. Wydaje się jednak, że podskórnie obecna jest świadomość, iż przyszłość rysuje się niepewnie.
Putin zachowuje minę pokerzysty, ale na Kremlu panuje euforia
Radykalnie odmienne nastroje panują za to w Moskwie. Kreml i jego propaganda z coraz większym trudem skrywają euforię, patrząc na nieoczekiwane amerykańskie prezenty. Wprawdzie Rosjanie pokładali w Trumpie znaczące nadzieje, ale rozwój wydarzeń po 20 stycznia wręcz przerósł ich oczekiwania.
Wynika to nie tylko ze zmiany retoryki Waszyngtonu wobec Kijowa i wojny, ale z ewidentnego dążenia Białego Domu do nowego „resetu” w relacjach z Rosją. Co więcej, działania nowej administracji już silnie podważyły zaufanie między zachodnimi sojusznikami – nie tylko między USA i Europą, lecz także między USA i Kanadą – oraz zwiastują głęboki kryzys w relacjach transatlantyckich. Można podejrzewać, że za murami Kremla niemal codziennie strzelają korki od szampana.
Na zewnątrz oficjalna Rosja zachowuje minę pokerzysty. Ale Putin zdaje sobie sprawę, że po ponad trzech latach pełnoskalowej wojny nie jest w stanie jej wygrać na froncie. Warto o tym zresztą przypominać, bo w ferworze ostatnich wydarzeń ten prosty, choć kluczowy fakt często znika nam z pola widzenia: Ukraińcy, owszem, powoli się cofają, lecz działania wojenne wciąż toczą się w Donbasie.
Dziś Kreml pokłada jednak nadzieje już nie tylko w sile swojej armii, co w rosyjskiej dyplomacji – oraz w ignorancji i strategicznych błędach Trumpa i jego ekipy. I nie należy mieć wątpliwości, że zamierza je bezwzględnie wykorzystać.
Na czym polegają kremlowski kij i marchewka
Zarazem Kremlowi nigdzie się nie śpieszy. To Trump zadeklarował, że chce zakończyć wojnę „w ciągu stu dni”. Rosjanie wiedzą, że jeśli przeciwnik popełnia podręcznikowe błędy, to nie tylko należy je wykorzystać, ale grać tak, aby było ich jeszcze więcej.
Dlatego ton Kremla, ton jego dyplomacji i propagandy wobec Trumpa jest uderzająco wręcz grzeczny i układny. Płynie z niego przekaz, że rzekomo Rosja chce porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi i pokoju na Ukrainie. Oraz że, oczywiście, musi to się stać „z poszanowaniem rosyjskich interesów i względów bezpieczeństwa”.
Należy przez to rozumieć – co zresztą jest praktycznie otwarcie artykułowane przez dyplomację Rosji – że cele jej wojny pozostają dokładnie takie same, jak przed 24 lutego 2022 r.
Machając gałązką oliwną i podsuwając Waszyngtonowi marchewkę, Kreml zarazem regularnie wysyła swoiste „donosy” do administracji Trumpa. Z jednej strony na Zełenskiego, który rzekomo jest głównym przeciwnikiem pokoju i „uzurpuje władzę”, bo „pozbawiony jest legitymacji demokratycznej”. Można by to było zignorować, gdyby nie fakt, że echa tej narracji słychać potem w wystąpieniach amerykańskiego prezydenta.
Z drugiej strony, obrywa się również Europie, która – jak to ujął szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow – wspierając Kijów i planując wysłanie europejskich sił stabilizacyjnych na Ukrainę, pragnie „wielkiej wojny”.
Po chwili zaś Ławrow dodaje, że Rosja „nie zamierza się temu po prostu przyglądać”. Co ma być niedwuznacznym przekazem do europejskich elit i społeczeństw, że Moskwa jest zdeterminowana do działań, i że wojna nie musi się skończyć na Ukrainie.
Na przełomie politycznych epok
Trudno nie odnieść wrażenia, że Kreml uważa, iż trzeba pozwolić amerykańskiemu prezydentowi dalej robić to, co robił w ciągu ostatnich tygodni – i jedynie spokojnie czekać na efekty. I ten rosyjski moment „zawrotu głowy od sukcesów” może, choć nie musi, zakończyć się właśnie sukcesem.
Choć nie ma wątpliwości, że historia przyspieszyła dziś bardziej, niż ktokolwiek oczekiwał, to „piłka” wciąż jest w grze na przełomie politycznych epok. Rosja może się przeliczyć, a jej obecna pewność siebie – może się skończyć.
Bo przecież nie wszystko w tym świecie zależy od Donalda Trumpa.
Tekst ukończono 7 marca.
WOJCIECH KONOŃCZUK jest dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich imienia Marka Karpia w Warszawie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















