Wielkanoc. Kto wierzy w niemożliwe

Martwe ciało Jezusa zostaje powierzone skalnej pieczarze, która jest łonem, a ono nie przestaje być źródłem życia. Nawet największy kamień odtoczy z wejścia do groty.
Czyta się kilka minut
Fragment fresku Fra Angelico, Opłakiwanie Chrystusa, 1387-1455. San Marco, Florencja // Fot. Rabatti - Domingie / Be&W
Fragment fresku Fra Angelico, Opłakiwanie Chrystusa, 1387-1455. San Marco, Florencja // Fot. Rabatti - Domingie / Be&W

Co stanowi sedno naszego niepokoju, gdy Wielki Post przybliża nas coraz bardziej do Wielkanocnego poranka? Czy niemożliwe może stać się teraz możliwe? Może ta wyjątkowa Niedziela ulokowana jest w czasie, który nie należy już do człowieka? A co, jeśli nie? I świt tej Niedzieli będzie po prostu kolejnym brzaskiem ludzkiego dnia?

Przecież święta Wielkanocne są świętami „ruchomymi”, więc pozostają w głębokim pokrewieństwie z ludzkim czasem. Nie mają jednej ustalonej daty, lecz płyną w rzece przemian, do której nie sposób wstąpić dwa razy. Ale istotą Wielkanocy jest zjawisko powrotu, powtórnego wstąpienia w rzekę życia, która już raz wyrzuciła człowieka na swój drugi brzeg. Czyli niemożliwe może stać się możliwe?

Chrystus nie chciał odebrać władzy faryzeuszom

Faryzeusze byli rzecznikami możliwego. Pojawili się u Piłata, mówiąc „przypomnieliśmy sobie, że ów oszust powiedział jeszcze za życia: »Po trzech dniach powstanę«” (Mt 27, 63). Powrót z nocy śmierci był dla nich tak dalece niemożliwy, że nazwali Jezusa „oszustem”. Tak bardzo wykraczał poza ich obraz świata, że wręcz pamięć odmówiła im zapisania go w archiwach. Zapomnieli o tym wydarzeniu i dopiero musieli je sobie przypomnieć. Trudno im się dziwić, dla nich niemożliwe nie mogło okazać się możliwe.

Od Ewangelistów dowiemy się za to, że już wieczorem pierwszego dnia po sabacie Jezus zjawił się wśród uczniów. Pamiętamy późniejsze o osiem dni doświadczenie Tomasza, i to, że w ujmująco ludzki sposób Mistrz spyta uczniów, czy mają coś do zjedzenia. Ale to wszystko są już ich świadectwa po Piątku, Sobocie, kiedy to śmiertelni próbują zorganizować sobie świat i życie na nowo w duchu Niedzieli. Czynią to bardzo po ludzku, odwołując się do świadectwa zmysłów; ktoś, kogo można dotknąć – istnieje. Skoro jednak można niemożliwego doświadczyć, zobaczyć i dotknąć, to czy nie sprowadzamy tej niewyjaśnialnej przecież tajemnicy do rangi złożonej nam zwykłej, racjonalnej obietnicy?

„Teraz jednak dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia. Albowiem prawo Ducha, który daje życie w Chrystusie Jezusie, wyzwoliło cię spod prawa grzechu i śmierci. Co bowiem było niemożliwe dla Prawa, ponieważ ciało czyniło je bezsilnym, [tego dokonał Bóg]. On to zesłał Syna swego w ciele podobnym do ciała grzesznego i dla [usunięcia] grzechu wydał w tym ciele wyrok potępiający grzech, aby to, co nakazuje Prawo, wypełniło się w nas, o ile postępujemy nie według ciała, ale według Ducha” (Rz 8, 1-4). To Pawłowe zdanie o ciele Jezusa „podobnym” do ludzkiego „grzesznego” ciała wprowadza zamieszanie: odciąga nas od ludzkiego cierpienia i śmierci, jakby nie przywiązując do niej wagi. A przecież jesteśmy śmiertelni – możemy roztrząsać zagadnienia wieczności i życia wiecznego, ale w doświadczeniu ludzkim stale mówimy o godzinie śmierci. W duchu Piątku i Soboty niemożliwe jest po ludzku niemożliwe.

Niemożliwe okazało się także to, do czego Jezus zachęcał: wyzwolenia spod władzy „zakonu” na rzecz powszechnego „usynowienia”, ustanawiającego nad-obywatelstwo człowieka, który jest „przyobleczony w Chrystusa”. W konsekwencji: „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie. A jeśli jesteście Chrystusowi, tedy jesteście potomkami Abrahama, dziedzicami według obietnicy” (Ga 3, 28-29). 

Jego śmierć, brutalna i okrutna, położyła kres marzeniom Izajasza, które zapisał w jedenastym rozdziale swego proroctwa o świecie, w którym „wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać” (Iz 11, 6-9). Wstaje niedzielny dzień, a my ciągle zostajemy w historii, czyniąc zło i zgubnie działając.

Izajaszowa wizja mogłaby się ziścić w Niedzieli, która nie należy już do kalendarza ludzkiego czasu, choć przecież w nim, my żyjący, pozostajemy nieodwołalnie zamknięci. Nasz zwykły ludzki, arcy-ludzki świt też wstanie w Wielkanocną niedzielę i w tym paradoksie kryje się ziarno nadziei. Nie ma ona wiele wspólnego z prostą satysfakcją płynącą z odnotowania dopełnienia się cyklu: koniec Postu, wraca normalne życie, a symbolicznie pusty grób jest tylko znakiem owego powrotu.

Przecież faryzeusze budzą niechęć nie tyle niewiarą w Zmartwychwstanie (bo komu z nas ta wiara przychodzi łatwo? kto z nas istotnie w nie wierzy, a nie jedynie odnotowuje jako artykuł wiary?), co przekonaniem, że teraz jest już „po wszystkim”, że wszystko będzie „normalnie”, że status quo zostało obronione. Nie pojęli, że Chrystus nie chciał ich władzy ani obalić, ani przejąć, ale przesycić ją innym duchem, tak jak chciał owego człowieczego nad-obywatelstwa. W tym nad-obywatelstwie bylibyśmy przyobleczeni w Chrystusa, a nie w mundury.

Krzyk z Krzyża

„Boże mój, czemuś mnie opuścił” – okrzyk konającego Jezusa powinien nie dawać nam spokoju. Nie tylko dobiega nas z ostatecznej krawędzi, nad którą stoi ten, kto zaraz zapadnie w ciemność, ale pozostaje – choć to tylko przecież jeden epizod wielkiego dramatu – w szczególnej relacji z wymogiem wiary, której punktem centralnym i niepodważalnym jest Zmartwychwstanie. Jasno, aż nadmiernie kategorycznie, wyraził to św. Paweł mówiąc: „Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15, 13-15). Tymczasem Jezus krzyczy. To jest istotne; wszak czytamy u Mateusza (ale także u Marka i Łukasza), iż zawołał „donośnym głosem”.

Święty Paweł ustanawia fundamentem wiary coś, co w swej genezie zdaje się jej przeczyć. Wiara „nie krzyczy”, ale Jezus woła „donośnym głosem”. Włącza siebie i swoje ciało w jeden strumień ludzkich doznań cierpienia i radości, błogosławieństwa i przekleństwa, a w końcu jego głos traci wszelką wyrazistość, zapada w szum, rzężenie, przestaje się wypowiadać, choć żąda naszej uwagi.

„Stał się człowiekiem”, a więc w chwili największej męki wołał „donośnym głosem”, bo nie wiem, czy dla rozrywanego bólem ciała istnieje jeszcze w ogóle coś takiego jak „wiara” czy „artykułowana wypowiedź”. Czy nie są już tylko puste łupiny abstrakcyjnych pojęć? Może więc w niedzielny świt celebrujemy tak naprawdę ten straszny, przenikający do kości krzyk cierpienia ponad miarę i przypomina się nam wers Nelly Sachs o „płaczącym sercu świata”? Wiersz Sachs daje przejmujące świadectwo Wielkanocnego poranka: „Nadal żyjący chwytali się czasu / Aż tylko złoty pył pozostał im w rękach / Śpiewają słońce – słońce – / Północ czarne oko / jest przykryta całunem –” (tłum. R. Krynicki).

Nie możemy, my, „nadal żyjący”, dać się uwieść trzeźwą „normalnością” tego dnia. Trzeba nam zachować niepokój i poczucie straty. Zawołanie Chrystusa „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!” nie cichnie tego rana i będziemy je słyszeć tak długo, jak długo będziemy pamiętać, że życie i śmierć splatają się w jedno. Martwe ciało Jezusa zostaje powierzone skalnej pieczarze, która jest łonem, a ono nie przestaje być źródłem życia. Nawet największy kamień odtoczy z wejścia do groty.

Sen chrześcijaństwa

Musimy żyć na jawie dnia ludzkiej radości i cierpienia, głupoty i nędzy tak, by zachowując racjonalność, nie budzić się z pięknego, niezrozumiałego, bogatego w symbole i znaczenie snu chrześcijaństwa, nie tyle o zmartwychwstaniu, co snu zmartwychwstania. Wtedy niemożliwe może stać się możliwe, choć sami zapewne nie będziemy wiedzieć, jakie przejawy owo niemożliwe znajdzie sobie w naszym życiu. W każdym razie skutkiem jego pojawienia się będzie to, że nasze życie stanie się bardziej ludzkie i znośne.

Dlatego tak razi kategoryczność sądu św. Pawła: „Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania" (1 Kor 15, 19). Czynić życie znośnym tu i teraz jest wyzwaniem dla chrześcijaństwa, nawet jeśli z usprawiedliwioną zająkliwością myśli ono i wypowiada się o życiu przyszłym. Jean-Luc Marion cytuje Prousta utrzymującego, że „przyszłość niekiedy mieszka w nas, choć o tym nie wiemy” (tłum. Małgorzata Frankiewicz). Jak dobrze określa to istotę oddziaływania, jakie chrześcijaństwo winno mieć na człowieka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Możliwe i niemożliwe. Między Piątkiem i Niedzielą