Do dziś pamiętam chwilę sprzed lat ponad dwudziestu. Wchodzimy do jednego z krakowskich kościołów. Dzieci idą przodem. Tuż za drzwiami jedno z nich nagle odwraca się z płaczem, przestraszone, chce uciec na zewnątrz. Mija ułamek sekundy – i już rozumiem: na ścianie naprzeciwko, za ołtarzem, wielkie ciało niemal nagiego człowieka, poskręcane z bólu, rozpięte na krzyżu. Zbyt koszmarny widok dla psychiki dziecka.
Pytanie o sens śmierci
Przyzwyczailiśmy się, my – dorośli (czyż dorosłość nie polega bowiem na tym, by wiedzieć, że świat jest, jaki jest, że nie można zatem przejmować się za bardzo, bo wtedy nie poradzimy sobie i do niczego w życiu nie dojdziemy?). Może potrzebna była wrażliwość dziecka, dużo bardziej zgodna z wrażliwością opisaną w Księgach. Jak czytamy u Izajasza: „wielu przeraziło się na jego widok, tak nieludzko został oszpecony jego wygląd i postać jego stała się niepodobna do ludzi” (Iz 52, 14). Nie wiadomo na pewno, o kim pisał prorok. Chrześcijańska tradycja umieszcza ten tekst pośród wielkopiątkowych czytań – zauważając, że tajemnicze słowa sprzed wieków trafnie opisują tego, który umiera na krzyżu.
Oczywiście, pytanie o sens tej śmierci nadal nie daje spokoju. Teologowie przez wieki różne wysnuwali pomysły, by wyjaśnić coś, co wygląda na absurd, którego nie da się oswoić. Oni próbowali. Ale przecież wiele z tych odpowiedzi (np. ta, że krzyżowa śmierć Syna była ofiarą konieczną, by uspokoić gniew Ojca skierowany na nas, grzeszników) wydaje się jeszcze bardziej absurdalne niż niezrozumiała śmierć niewinnego…
Nadać sens wydarzeniu na Golgocie starali się już bezpośredni uczniowie Rabbiego z Nazaretu. Próbując jakoś poradzić sobie z przerażeniem i grozą, przypominali sobie teksty Ksiąg, w których brzmiał Święty Głos. Jedną z nich był zwój Izajasza. Zapewne dlatego właśnie czytamy w Wielki Piątek jej słowa:
„Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca/trędowatego uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego” (Iz 53, 2-4).
Bliskość Boga w cierpieniu
Jest w tym fragmencie coś, co porusza duszę, wlewa nieco nadziei, przynosi ulgę, dodaje otuchy. On obarczył się naszym cierpieniem, dźwigał nasze boleści, zatem nie jestem sam/a w doświadczeniu ciemnej strony życia. Z drugiej strony jednak gdzieś w tyle głowy pojawia się myśl-wątpliwość: co to znaczy, że ktoś „dźwiga moją boleść”? Czy to w ogóle możliwe? A nawet jeśli: cóż z tego, nadal mnie boli! Nie będę próbował rozbroić tej myśli-wątpliwości. Chcę tylko zauważyć, że tekst Izajasza nie jest jedynym miejscem w świętych Księgach, w którym pojawia się ów motyw.

Na przykład Mateusz (lub ktokolwiek inny, kto jest autorem Ewangelii znanej nam pod tym imieniem) skonstruował niezwykle plastyczny obraz. Oto sąd nad ludzkością na końcu czasów. I boski Sędzia, który mówi: gdy byłem głodny, nakarmiliście mnie (lub nie); gdy byłem spragniony, daliście (lub nie daliście) mi pić. Następnie Sędzia wyjaśnia ludziom zdumionym, bo nie przypominają sobie, by Go kiedykolwiek spotkali: cokolwiek uczyniliście (lub nie) jednemu z tych najmniejszych, uczyniliście mnie (por. Mt 25, 31-46).
Albo weźmy czwartą z Ewangelii, w której znajduje się między innymi takie zdanie (jeszcze bardziej bezpośrednio powiązane z wydarzeniami, które świętujemy w Wielkanoc): „Gdy zostanę podniesiony nad ziemię, przyciągnę wszystko do siebie” (J 12, 32). Wywyższenie nad ziemię to oczywiście – tekst wyjaśnia to w kilku miejscach klarownie – ukrzyżowanie Jezusa.
Ale znamienne jest także słowo helkysō, przełożone terminem „przyciągnę”. Grecki oryginał może oznaczać także ruch, który kończy się jeszcze bardziej we wnętrzu tego, kto jest tego ruchu źródłem. Helkysō można bowiem przetłumaczyć jako: „wchłonę”. Niezależnie jednak od tłumaczenia, w tekście chodzi wyraźnie o bliskość ze wszystkim, o jedność, wręcz o utożsamienie się. To, co jest przyciągane w momencie (w procesie?) ukrzyżowania, Jezus uznaje za całkiem swoje, za cząstkę siebie. Co dotyka drugą osobę, dotyka także mnie – mówi.
Nasze współczucie jest za małe
Nie wiem, czy da się te słowa Jezusa wyjaśnić na metafizycznym poziomie. Można jednak spróbować czytać te teksty, szukając pewnych analogii w ludzkim, powszechnym doświadczeniu. Chodzi o doświadczenie cierpienia – na co wskazują zarówno przykłady z obrazu sądu nad narodami (głód, pragnienie, bezdomność, nagość, więzienie), jak i powiązanie przyciągnięcia do siebie z wywyższeniem na krzyżu.
A doświadczenie cierpienia – zarówno własne, jak i innych – jest trudne do zniesienia. Figura Ukrzyżowanego, której przestraszyło się moje dziecko, była artystycznie udanym przedstawieniem – właśnie dlatego spowodowała taką, a nie inną reakcję małej, delikatnej osoby. Nie powinno dziwić, że czytamy w tekście proroka: „Przed nim się twarze zakrywa”. Od cierpienia odwracamy wzrok. Albo raczej: nasz wzrok sam się od cierpienia odwraca, nie trzeba tu żadnej naszej decyzji, taka jest nasza naturalna reakcja.
Decyzji wymaga postawa przeciwna: „niezakrycie twarzy”, nieodwrócenie wzroku, współczujące bycie z cierpiącym (zarówno z cierpiącym samym sobą, jak i z cierpiącą inną osobą) i pozwolenie, by to cierpienie dotknęło nas. A może nawet decyzja tu nie wystarczy – potrzebna jest siła i wiele umiejętności.
Jednakże próba odepchnięcia cierpienia, „zakrycia przed nim twarzy”, udawanie, że go w naszym życiu nie ma, poszukiwanie i korzystanie z rozmaitych „znieczulaczy”, powoduje tylko, że cierpienie narasta i staje się bardziej destrukcyjne dla nas i naszych bliskich. Nie ma zatem wyjścia: jeśli chcemy choć trochę cierpienie uleczyć, musimy zdobyć się na stanięcie z nim twarzą w twarz, przyjęcie go i uznanie: istniejesz.
Niełatwe to zadanie. I czyż nie jest tak, że tym trudniejsze, im bardziej w swoim cierpieniu jesteśmy samotni? Można to zaobserwować nawet w lżejszych sytuacjach. Jeśli boli mnie głowa i nikt z bliskich mi osób nie zauważa, że cierpię, nie okazuje mi zrozumienia i współczucia, przeżywanie nawet tego niewielkiego bólu staje się trudniejsze. Nawet zaś niewielki gest współczucia, zwłaszcza ze strony osób, które są dla mnie ważne, zmniejsza moje doświadczenie cierpienia.
Z drugiej jednak strony współczucie staje się tym trudniejsze, im głębsza ciemność, która na nie czeka. Każda i każdy, kto ma wśród bliskich osobę mierzącą się z nieuleczalną, bolesną chorobą, wie, jak bardzo wyczerpujące jest bycie przy takiej osobie z pełnym współczuciem i zaangażowaniem. Jeśli ktoś nam bliski ma długotrwale obniżony nastrój, trudno wytrwać we współ-smutku, w końcu zacznie pojawiać się zniecierpliwienie, może nawet złość na tę osobę: czy nie mogłaby wreszcie poczuć się lepiej?! Byłoby nam wszystkim łatwiej!
Tak, współczujące bycie z tymi, którzy cierpią, nie pozostaje bez konsekwencji. Obrazy i figury Ukrzyżowanego pokazują to jasno (i czasem w sposób przerażający). Być może, aby naprawdę okazać współczucie i wytrwać w nim, trzeba mieć w sobie Moc Bożą. Być może właśnie dlatego trzeba aż przez trzy noce – od czwartku, gdy pozwolił się związać, do nocy wielkiej, gdy wymknął się wszelkim więzom – celebrować boskie Współczucie. Bo współczucie jest najbardziej boskim doświadczeniem, jakie dostępne jest nam na tym świecie. Choć bowiem nie rozwiązuje ono wszystkich problemów i nie anihiluje ciemnej strony rzeczywistości, to sprawia, że życie jest możliwe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















