Nie przebierała w słowach. „Jeszcze miesiąc w Hiszpanii i pomarlibyśmy oboje, Chopin i ja, on z melancholii i wstrętu, ja z gniewu i oburzenia”. W tym samym liście George Sand przysięga, że jeśli cokolwiek napisze o Majorce, „to tylko żółcią”. Słowa dotrzyma.
Jednak na koniec to Majorka okaże się górą. Ale wszystko po kolei.
Chopin i George Sand: początki romansu
Poznają się na wieczorku towarzyskim u hrabiny Marii D’Agoult i Ferenca Liszta. Jest listopad 1836 r.
26-letni Fryderyk Chopin jeszcze nie dorównuje Lisztowi sławą, ale już ciągnie się za nim opinia wirtuoza fortepianu i więcej niż zdolnego kompozytora. Nosi się jak dandys, ma bujną czuprynę i kaszle „z nieskończonym wdziękiem”. Trudno go nie zapamiętać.
Fryderyk zjawia się u Liszta, by zagrać na koncertowym fortepianie. Unika występów przed dużym audytorium, bo ma wtedy tremę. Co innego kameralne występy. Tego wieczoru wokół pianisty zbiera się śmietanka. Od Mickiewicza do Heinego, a między nimi 32-letnia Aurora Dupin, która – uwolniwszy się od rozpustnego męża-barona, który zdradza ją ze służbą – utrzymuje się z pisania powieści pod pseudonimem George Sand. Nie krzywduje.
Wątły jak szczapka Chopin wpada jej w oko. Pociąga fizycznie i wzbudza tkliwość (za dwa lata zwierzy się przyjaciółce, że dba o niego jak o własne dziecko, a on w zamian kocha ją jak matkę). Z kolei Fryderyk w liście pochwali się rodzicom tym spotkaniem. Ale dla wychowanego w prowincjonalnej Polsce Frycka starsza, popalająca fajkę i nosząca się po męsku Sand to zjawisko trudne do objęcia rozumem. Pisze im, że „twarz jej niesympatyczna”, a nawet odpychająca.
Cóż z tego. Po kilkunastu miesiącach podchodów zostaną kochankami, a dwa lata po recitalu w salonie D’Agoult i Liszta popłyną na Majorkę, by uciec od paryskiej zimy. Ponurej i przeszywającej wilgotnym chłodem. Liczą, że podróż będzie ku słońcu i zdrowiu, co na dobre wyjdzie i Fryderykowi, i synowi George Sand – Maurice’owi. Solange, jej młodszej córce, też przyda się słońce. Matka liczy, że łagodny klimat uczyni ją mniej krnąbrną.
Jest jeszcze cel trzeci: para chce umknąć przed rozplotkowanym towarzystwem.
Podróż na Majorkę: nadzieja na słońce i zdrowie
Ich podróż w 1838 r. wygląda tak: najpierw parostatkiem po Sekwanie, potem cztery dni i noce w dyliżansie przez Lyon i Nîmes do Perpignan, stamtąd jeszcze powozem do Port-Vendres nad Morzem Śródziemnym.
Tam wsiadają na statek, ale tylko do Barcelony, gdzie towarzystwo – w oczekiwaniu na parowiec „El Mallorquin” – spędza pięć dni. Kilkanaście ostatnich godzin na jego pokładzie to drobiazg (choć Chopin i Solange rzygają jak koty). W końcu 8 listopada przed południem lądują w Palmie, stolicy wyspy. Od wyjazdu z Paryża minęły trzy tygodnie.
Ale humory dopisują, bo na Majorce pogoda jak drut. „Było dla nas wielką przyjemnością, po pierwszych atakach zimy, móc zostawić przeciwnika w tyle” – notuje Sand. Teraz tylko znaleźć odpowiednią kwaterę i można zaczynać zimowanie.
Pierwsze rozczarowania na Majorce
W 1838 r. turystyka na Majorce nie jest nawet w powijakach. Ona nie istnieje. Przybysze z Paryża są awangardą zjawiska, które 150 lat później diametralnie odmieni oblicze tej ziemi. Na dobre i złe (ostatnio raczej z przewagą tego drugiego).
Na razie okazuje się, że hiszpańscy wyspiarze nie bardzo wpisują się w przywiezione z Francji oczekiwania. I że ci, którzy reklamują Majorkę jako „gościnny i zasobny kraj”, wpuścili ich w maliny. Albo żyli iluzją.
Na obcych patrzy się tu bowiem krzywo. Trudno rozsądzić, co bardziej niepokoi wyspiarzy: salwy kaszlu Chopina, George i Solange noszące spodnie czy absencja rodziny na niedzielnej mszy? A może chodzi o to, że po parysku noszą wysoko nosy? Prymat francuskiej kultury na Majorkę nie dotarł. Dla konserwatywnych miejscowych ta dziwna rodzina to nie powiew wielkiego świata, a szerzący zgorszenie poganie.
Szukają więc noclegu, ale to nie prosta sprawa. Kwatery w Palmie można policzyć na palcach. Nikt nie chce ich pod swoim dachem. Sand pisze z goryczą, że gościnność jest tu na pokaz, ogranicza się do słów, a w Palmie „trzeba być poleconym i zaanonsowanym dwudziestu jak najznamienitszym osobom i być oczekiwanym od wielu miesięcy, żeby mieć nadzieję na sypianie gdzie indziej niż na polu”.
Znajdują w końcu dwa pokoiki w szemranej okolicy wyposażone w polówkę „z materacem miękkim i wypukłym jak dachówki” i słomiane krzesło. Zamiast szyb w oknach krata uwita z gałązek. Ktokolwiek zapragnąłby je oszklić, najpierw musi zamówić ramę u stolarza. Tak samo rzecz się ma z wstawianiem drzwi.
George nie mieści się w głowie, że na jedno i drugie czeka się tu miesiącami, a kosztują niemało. Kto raz się ich dorobi, zabiera je później ze sobą przy przeprowadzce. Jak meble, których także tu nie zbywa. Mucha calma – mawia się tutaj, „zachowaj spokój”. Ale Sand daleko od bycia nawet trochę calma.
„Czyżby więc, kiedy już popełniło się głupotę i przyjechało tutaj, jedynym sposobem naprawienia jej było stąd wyjechać?” – pisze.
Zimny deszcz i choroba Chopina
Wtedy na scenie pojawia się señor Gómez z propozycją. Potrzebujecie kwatery? Proszę bardzo, mam umeblowaną willę Son Vent z ogrodem. Dostępna od zaraz w atrakcyjnej cenie.
Willa okazuje się wiejskim domem. Pobielone wapnem ściany, stół z surowego drewna i łóżka zmontowane z desek wspartych na kozłach. Za to większość okien ma szyby. Dziś to przedmieścia Palmy, wtedy dom stał wśród sadów migdałowych, drzewek cytrusowych i gajów oliwnych.
„To ziemia obiecana, (...) jesteśmy zachwyceni” – oznajmia Sand. „Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragdy, powietrze jak w niebie” – wtóruje jej Chopin.
Spacerują, dzieci zbierają kamienie i patyki (miejscowi biorą ich w związku z tym raz za aptekarzy, a raz za idiotów). Sand do piątej rano przesiaduje na tarasie, chłonie piękno. Zachwytom nie ma końca – dopóki nie psuje się pogoda.
Son Vent po katalońsku znaczy „to jest wiatr”. Że posiadłość nazwano nie bez powodu, towarzystwo przekonuje się po trzech tygodniach sielanki, gdy temperatura spada, a z nieba spada biblijny potop. Kapie z sufitów, cieknie po ścianach, w pokojach hulają przeciągi. Zimowy Paryż nagle nie wydaje się wstrętny: tam można ogrzać się przy kominku. Tu nie ma kominków, tylko małe piecyki, które dają więcej dymu niż ciepła.
Skutek: Chopin choruje „jak pies”. Do Son Vent pielgrzymują lekarze, rzekomo najsławniejsi na Majorce. „Jeden wąchał, com pluł, drugi stukał, skądem pluł, trzeci macał i słuchał, jakem pluł. Jeden mówił, żem zdechł, drugi – że zdycham, 3-ci – że zdechnę”.
Niesie się fama, że Fryderyk zaraża „chorobą piersiową”. Że trzeba się ich wystrzegać, omijać łukiem. Nie żeby wcześniej witano ich z otwartymi ramionami, ale teraz są już persona non grata. Señor Gómez listownie wymawia im dom. Oraz żąda odmalowania Son Vent, wystawia słony rachunek za sprzęty i wysłużoną pościel. Wszystko, czego dotknęli, jest przesiąknięte zarazą. Albo sobie to zabiorą, albo on to spali.
W klasztorze Valldemossa
Co zrobić w tej sytuacji? Wsiadać na statek powrotny albo zaszyć się gdzieś na prowincji.
Kochankowie wybierają opcję numer dwa i zaszywają się w Valldemossie – górskiej wiosce z długą tradycją w tej dziedzinie. Stuleciami zaszywali się w niej mężczyźni, którzy radykalnie odrzucali świat, a służył im do tego klasztor kartuzów. Później – gdy konwent rozwiązano – w eremie zaszywali się co bogatsi mieszkańcy Palmy, by ulżyć sobie od nieznośnego skwaru.
Ale w grudniu było po sezonie, a ostatni tymczasowy lokator właśnie pakował manatki. Był to „pewien Hiszpan, uchodźca polityczny”, który teraz musiał pilnie uciekać dalej.

Sand i Chopin przejmują jego celę. To trzy izby z ogródkiem pełnym pomarańczy i cytryn, zadaszone patio i piecyk „od którego bolała (...) głowa i wysychały płuca”. Żadne luksusy, ale nie szkodzi. Komorne niskie, a za progiem tej „wysokiej trumny” (opis Chopina) czekał średniowieczny klasztor pełen zakamarków i tajemnic.
To tak, jakby zamieszkać w scenerii z powieści gotyckiej. George daje się uwieść tej wizji. Nazwie Valldemossę najbardziej poetyczną siedzibą świata. W celi napisze powieść „Spiridion”, w której zakonnego nowicjusza nęka duch założyciela klasztoru.
Chopin też pracuje, a przynajmniej pracować chciałby. Z Paryża przywiózł zamówienie na preludia, ale trudno komponować, bębniąc o blat stołu. „Nie ma tu fortepianu, w tym względzie to dziki kraj”. Wypożyczony instrument okazuje się rozklekotanym rzęchem, a zamówione pianino – gdy w końcu dopłynie na Majorkę – aresztują celnicy. Za wykupne można kupić drugi instrument. Odesłać z powrotem do Francji też niemożliwe. Ewentualnie pianino można utopić w morzu. Urząd uda, że nie widział.
Dwa tygodnie trwa szarpanina, by instrument w końcu trafił do Valldemossy. Nie za darmo. Chopin skomponuje na nim (choć może bliższe prawdy byłoby stwierdzenie: szlifuje) Preludium z op. 28 nr 15 „Deszczowe”.
Dlaczego Majorka stała się piekłem
W którym momencie Aurora i Fryderyk zaczynają mieć dosyć Majorki?
Gdy w Palmie nikt ich nie chce przyjąć na noc?
Gdy leje im się na głowy w Son Vent?
Gdy on zapada na zdrowiu, a pomoc lekarska kończy się na wystawieniu rachunku za wizytę?
Gdy señor Gómez wyrzuca ich z domu i grozi procesem?
Gdy celnicy aresztują pianino?
Gdy mieszkańcy Valldemossy obrzucają kamieniami Maurice’a, bo uznają jego szkic klasztoru za profanację?
Gdy nazywają ich poganami, mahometanami i żydami?
Gdy przyłapują miejscowego stolarza na kradzieży szczoteczki do zębów i kilku innych przyborów toaletowych?
Gdy lokatorka sąsiedniej celi wyjada im co lepsze kąski z garnków?
Gdy na zmianę z dziećmi muszą trzymać straż przy zapasach, by ich nie podkradała?
Gdy orientują się, że utrzymanie stało się droższe niż „księcia w Paryżu”, bo wszystko kupują po zawyżonych cenach?
Gdy nowy rok 1839 przynosi jeszcze więcej deszczu i powodzie?
Gdy Chopin znów choruje?
Gdy wieśniacy urządzają w klasztorze ostatki tak przerażające, jakby wyreżyserował je Goya?
A może, gdy wieśniaczki przekonują Aurorę, że jej ukochany pójdzie do piekła, bo jest gruźlikiem i się nie spowiada?
Powrót z Majorki i gorzkie wspomnienia
Te dwa wyobrażenia – od „ziemi obiecanej” do „oby moja noga nigdy więcej nie postała w Hiszpanii” – dzieliły trzy miesiące. George Sand stwierdziła potem, że w tym czasie postarzała się o 10 lat.
Tymczasem wyspa miała dla nich jeszcze pożegnalny prezent: powrót statkiem pełnym wieprzów. W lutym 1839 r. nie było innego sposobu, by „opuścić ten przeklęty kraj”, niż w towarzystwie żywego towaru eksportowego Majorki. Statek – pływający chlew. Pasażerowie – na doczepkę, uwięzieni w kajutach, póki ostatnie prosię nie zejdzie na ląd w Barcelonie.
Po drodze noc z piekła rodem, a właściwie – noc z chorobą morską, bezlitosną dla pasażerów i frachtu. Gdy świnie traciły animusz, uzbrojona w pejcze i co kto miał pod ręką załoga brała się do bezlitosnego okładania stada. Byleby zmusić zwierzęta do ruchu, co zapobiegało mdłościom.
Kwiki bólu, wrzaski zachęty do chłosty, odór odchodów i tak w koło Macieju. Przez całą noc. Pasażerami nikt się nie przejmował.
Paradoks: jak Chopin i Sand rozsławili Majorkę
„Wydawało nam się, jakbyśmy odbyli podróż dookoła świata i opuścili dzikusów Polinezji, by wrócić do świata cywilizowanego” – napisze George Sand w wydanej trzy lata później „Zimie na Majorce”.
W książce nie szczędzi przymiotników w opisach urody i różnorodności wyspy. Tylko że raj okazał się zamieszkany przez szorstkich autochtonów, którym nie podobały się ani grzeszne obyczaje kochanków, ani prątkujący Chopin. Sand im tego nie zapomni. W książce nazywa ich małpami, barbarzyńcami, złodziejami. Z wyżyn paryżanki podkpiwa z ich dewocji, lenistwa, zidiocenia. Wypomina, że „oszukują, zdzierają, kłamią” i za wszystko liczą sobie o wiele za dużo pieniędzy.

„Zima na Majorce” pełna jest takich lamentów. Wyspie jednak nie zaszkodziła. Odwrotnie – Sand przetarła szlak dla fali turystów. Skalę najlepiej oddają liczby. W 2024 r. lotnisko w Palmie obsłużyło ponad 33 mln pasażerów (więcej niż Okęcie i krakowskie Balice razem wzięte), a promy i wycieczkowce też nie przywożą powietrza.
Dziś przekład na polski „Zimy na Majorce” łatwiej dostać na Majorce niż w Polsce. A wokół pobytu kochanków zbudowano romantyczną legendę. Fakt, że w rankingu sympatii Sand i Chopin plasowali się na Majorce tylko szczebelek wyżej od dziury w moście, zgrabnie się przemilcza. To, czego nie spalono, teraz czci się jak relikwie, a odwiedzający dawną kartuzję w Valldemossie głowią się, dlaczego pamiątki rozbite są na dwie cele z osobno płatnym wstępem.
Para zimowała w czwartej celi – to pewne. Ale która to „ta” czwórka, już pewne nie było. Dlatego dwie cele pretendowały do bycia tą właściwą. Spór trwał 80 lat, aż rozstrzygnął go sąd. Koronnym dowodem okazała się perspektywa, z której Maurice narysował kościelną dzwonnicę.
W namaszczonej wyrokiem sądu celi stoi osławione pianino, w fałszywej – pod warstwą narzut – fortepian, na którym Chopin nigdy nie grał (choć latami twierdzono co innego). Ale to ta druga cela przebija czwórkę zbiorem chopinianów: od listów i autografów po osobiste drobiazgi pokroju pukiel włosów, grzebyk z kości słoniowej Chopina czy fular, którym pisarka obwijała szyję.
W 2004 r. rząd lokalny Majorki nadał George Sand honorowy tytuł Hija Adoptiva (adopcyjna córka) – przyznawany osobom, które choć nie urodziły się na miejscu, to wniosły wybitny wkład w rozwój Majorki, jej kulturę czy historię.
Jednak Aurora nie ma swojego pomnika w Valldemossie – w odróżnieniu od Chopina i innych zasłużonych postaci związanych z wioską.
ZOFIA JURCZAK jest absolwentką kulturoznawstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka strony podrozepokulturze.pl oraz książek krajoznawczych (m.in. „Kraków. Nieprzewodnik dla turystów i mieszkańców” i „Japonia. Kraj możliwości”). Prowadzi autorskie spacery po Krakowie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















