Na początek chciałem sprawdzić, o co chodzi krytykom nowego szkolnego przedmiotu. Czego konkretnie boi się w edukacji zdrowotnej Kościół i prawica?
Zapytałem biuro prasowe Konferencji Episkopatu Polski, które konkretnie fragmenty podstawy programowej przedstawiają rodzinę „w negatywnym kontekście”, poddają „od najmłodszych lat [...] erotyzacji”, pokazują seksualność jako „wyzwolenie z wszelkich barier” oraz „zachęcają dzieci i młodzież do odrzucenia swej kobiecości lub męskości" (cytaty za listem Prezydium KEP).
Poprosiłem europosłankę Ewę Zajączkowską-Hernik z Konfederacji o wskazanie passusów z dokumentu MEN, które odczytała jako przejaw „seksualizacji dzieci” (tak napisała na X).
A Dorotę Arciszewską-Mielewczyk z PiS, jakie konkretnie treści programowe edukacji zdrowotnej mogą sprawić, że dzieci będą miały – w myśl jej wypowiedzi dla Radia Gdańsk – „awersję do współżycia”.
Co biskupi sądzą o edukacji zdrowotnej
Z biura prasowego Episkopatu otrzymałem obszerną wypowiedź (jej całość – wraz z odpowiedzią redakcji – publikujemy na tutaj) przygotowaną przez ekspertów współpracujących z Komisją Wychowania Katolickiego KEP.
Wedle autorów tej wypowiedzi – utrzymanej w tonacji bardziej merytorycznej i dalece mniej histerycznej niż list prezydium KEP – w podstawach programowych do nowego przedmiotu ranga rodziny jest umniejszana, zaś edukacja seksualna zostaje pozbawiona rodzinnego kontekstu (samo słowo „rodzina”, jak obliczyli eksperci KEP, pada tu 14 razy, podczas gdy w podstawie „Wychowania do życia w rodzinie”, w którego miejsce weszła EZ, padała 52 razy).
W ogóle rodzina i macierzyństwo są – jak przekonują „Tygodnik” eksperci Komisji Wychowania Katolickiego – ukazane głównie w kontekście problemów i „spraw trudnych” (za „sprawy trudne” eksperci KEP uznają m.in. rozwody, separacje, depresję ciążową i poporodową, ale też poruszane w podstawie programowej kwestie adopcji, rodzicielstwa zastępczego czy praw osób LGBT+).
Tezę o „erotyzacji” i „wyzwoleniu z wszelkich barier” autorzy odpowiedzi na pytania „TP” wywodzą z tych fragmentów podstaw programowych, które mówią o świadomej zgodzie na kontakty seksualne (oznacza to, ich zdaniem, że w ujęciu nowego przedmiotu to właśnie zgoda – a nie wartości wyższe – urasta do rangi jedynego kryterium decyzji o podjęciu współżycia). Zaś zachętę do „porzucania męskości i kobiecości” dostrzegli w zdaniu: „Uczeń wyjaśnia pojęcia związane z tożsamością płciową”.
Europosłanka Konfederacji nie odpowiedziała na pytania wysłane ponad tydzień temu na jej adres mailowy, wsparte telefonem i prośbą przez SMS. Z kolei parlamentarzystka PiS w około 10-minutowej rozmowie z „Tygodnikiem” mówiła, że według niej nowy przedmiot jest niepotrzebny, bo wszystko, co konieczne, jest na biologii, wuefie i innych już istniejących przedmiotach, a edukacja zdrowotna może rujnować intymność i psychikę dzieci.
Poproszona ponownie o konkretne cytaty z podstawy programowej, stwierdziła, że chodzi o „przekazy podprogowe”, i że czuje się przeze mnie egzaminowana. A dopytywana, czy w takim razie może przygotować wyimki z dokumentu MEN na krótką rozmowę za kilka dni, wyraziła zgodę. Ale „za kilka dni” już rozmowy nie podjęła.
Co sprzyja wypisywaniu się z edukacji zdrowotnej
Przypomnijmy: edukacja zdrowotna to nieobowiązkowy przedmiot dla klas 4-8 podstawówek i dwóch klas szkół ponadpodstawowych, który ruszył w tym roku szkolnym. Do 25 września rodzice mieli czas na ewentualną rezygnację z uczestnictwa. Ale już przed tą datą było jasne, że skala wypisów przekroczy np. tę z również nieobowiązkowej lekcji religii (na katechezę uczęszcza w skali kraju niecałe 80 proc. uczniów).
– Powody rezygnacji są z grubsza trzy – słyszę w drugim tygodniu roku szkolnego od Danuty Kozakiewicz, dyrektorki SP 103 w Warszawie. – Pierwszy jest ideologiczny, i tu nie ma co nawet dyskutować. Drugi to czas: dziecko jest przemęczone, ma za dużo zajęć dodatkowych, więc rodzic zwalnia je z tego, z czego może. Powód trzeci: rodzice uważają, że sami sobie poradzą w rozmowie z dziećmi na tematy z zakresu edukacji zdrowotnej.
– Znam przypadek, gdzie dyrektor zaplanował EZ dla czwartej klasy w piątek na dziewiątej godzinie lekcyjnej, i to po godzinnym „okienku”, którego w ogóle nie powinno być – relacjonuje Urszula Woźniak, wiceprezeska Związku Nauczycielstwa Polskiego. – W ten sposób trudno kogokolwiek do tego przedmiotu zachęcić.
– Stosunek do EZ stał się rodzajem manifestu, ale nie zawsze tak jest – potwierdza dr Justyna Józefowicz, psycholożka, psychoterapeutka uzależnień, była szefowa wydziału w Ośrodku Rozwoju Edukacji, odpowiedzialnym m.in. za materiały do EZ. – Bliska mi osoba o poglądach liberalnych martwi się, bo jej dziecko jako jedyne z klasy jest zapisane na ten przedmiot.
Niezależnie od przekonań rodzica, dla dziecka to mało komfortowa sytuacja. Inna osoba, mająca poglądy przeciwstawne, mówi z kolei, że o ile „jej bańka” wypisuje dzieci z zasady, to rodzice będący „za” robią to samo, ale niejako ukradkiem, nie chcąc fundować dziecku dodatkowej lekcji np. w piątek o 16.
W jednej z krakowskich podstawówek EZ najpierw zaplanowano na ósmej godzinie lekcyjnej, tuż po nieobowiązkowej religii, a więc ze świadomością, że przynajmniej część dzieci będzie miała „okienko”. Gdy okazało się, że przedmiotu będzie uczyć inny nauczyciel niż pierwotnie do tego przypisany, termin zmieniono na poranek innego dnia.
W tym samym czasie odbywają się Zajęcia Dodatkowe Wyrównawcze (ZDW) z polskiego, co z kolei wyklucza z udziału w EZ uczniów borykających się z problemami w tym przedmiocie. Z organizacyjnych problemów – takich czy innych – można by ułożyć całą księgę.
Ale Kościół i prawica i tak protestują nie przeciw bałaganowi, tylko przeciwko rzekomej demoralizacji, jaką ma nieść podstawa programowa. Sygnał dali we wspomnianym już liście członkowie Prezydium KEP, sugerując nawet, że posłanie bądź nieposłanie dziecka na nowy przedmiot może zaważyć na… zbawieniu. Abp Marek Jędraszewski przekonywał niedawno pielgrzymów w Kalwarii Zebrzydowskiej, że EZ to „deprawacja”, a data 25 września to czas sprawdzenia, „czy naprawdę kochacie swoje dzieci”.
Co naprawdę znajduje się w podstawach programowych do tego przedmiotu?
Co jest w podstawie programowej edukacji zdrowotnej
Przedmiot składa się z dziesięciu, a w przypadku szkół ponadpodstawowych jedenastu modułów (tym dodatkowym jest wiedza o polskim systemie ochrony zdrowia).
Pierwszy to „Wartości i postawy”, promujący m.in. oddawanie krwi, szczepienia czy badania profilaktyczne (w szkołach ponadpodstawowych dochodzi wątek dawstwa szpiku czy organów po śmierci).
Trzy kolejne części – związane ze zdrowiem, aktywnością i odżywianiem – dotyczą dobrostanu fizycznego. Chodzi m.in. o codzienną higienę, zapobieganie otyłości, wzywanie karetki i udzielanie pierwszej pomocy, dbanie o kondycję i znajomość technik relaksacyjnych.
Moduł piąty to zdrowie psychiczne, obejmujący profilaktykę oraz rozpoznawanie kryzysów i zwracanie się po pomoc.
Lektura wymagań z części szóstej („Zdrowie społeczne”) rzuca światło na rzetelność – a właściwie stopień oderwania od rzeczywistości – członków prezydium KEP. Napisali oni, że tam, gdzie w podstawie programowej EZ mowa o rodzinie, jest ona przedstawiana w negatywnym kontekście.
Tymczasem uczeń – wedle litery podstawy programowej – ma poznać „funkcje rodziny; opisuje przejawy jej prawidłowego funkcjonowania; omawia wartość rodziny w życiu osobistym człowieka”. Mowa ma też być na lekcjach o koleżeństwie, przyjaźni, zauroczeniu i miłości, zaś w liceach wytyczne MEN dodają do puli tematów m.in. profilaktykę przemocy: fizycznej, psychicznej i ekonomicznej.
Moduł siódmy, czyli „Dojrzewanie”, dotyczy tylko podstawówek, a obejmuje nie tylko kolejne fazy rozwojowe człowieka, ale też choroby i nieprawidłowości układu moczowo-płciowego oraz temat menstruacji – także w jego równościowym aspekcie (uczeń „charakteryzuje […] produkty menstruacyjne, wyjaśnia zjawisko ubóstwa menstruacyjnego oraz sposoby przeciwdziałania temu problemowi”).
Co mogło rozsierdzić krytyków nowego przedmiotu, którzy przeczytali założenia do ósmego – najbardziej newralgicznego – modułu, czyli „Zdrowia seksualnego”? Zapewne sam fakt wymienienia – choć w konwencji raczej neutralnej – wątków takich jak stereotypy płciowe, orientacja psychoseksualna, tożsamość płciowa, zaś w odniesieniu do liceów antykoncepcja, in vitro i aborcja. A kwestia świadomej zgody na współżycie, która ekspertom KEP skojarzyła się z „seksualizacją” i „erotyzacją”, pojawia się w kontekście bezpieczeństwa młodych ludzi.
„Uczeń omawia kryteria świadomej zgody, identyfikuje elementy seksualizacji oraz presji związanej z podjęciem aktywności seksualnej [...], a także wymienia sposoby przeciwdziałania im […]. Uczeń omawia elementy dojrzałego, świadomego i odpowiedzialnego przygotowania do inicjacji seksualnej oraz wymienia konsekwencje przedwczesnej inicjacji seksualnej” – czytamy w podstawie, której ostatnie części (9. i 10.) dotyczą zdrowia środowiskowego, a także internetu i profilaktyki uzależnień.
Edukacja zdrowotna mogła odpowiadać na realne problemy dzieci
– To przedmiot z bardzo dobrze napisaną podstawą programową, który mógłby być game changerem polskiej edukacji – ocenia dr Józefowicz. – Żałuję, że moje dorosłe już dzieci nie miały szansy takiego kursu w szkole przejść.
Sama jestem ekspertką ds. uzależnień, ale to nie oznacza, że znam się na wszystkich pozostałych obszarach omawianych na EZ. Nie musiałam kilkanaście lat temu wiedzieć, podobnie jak nie muszą wiedzieć tego dzisiejsi rodzice, jak skutecznie reagować na bullying, jak rozpoznać symptomy złego dotyku, czy w jaki sposób dobierać dietę i rozpoznawać symptomy chorób zakaźnych albo wyciągnąć kleszcza.
EZ to przedmiot, dodaje psycholożka, który ma służyć wyposażeniu młodych ludzi w umiejętność samopomocy.
– Namawiam dyrektorów, by organizowali lekcje elastycznie, nawet jeśli oznaczać to będzie działanie nie do końca zgodne z wytycznymi MEN – mówi dr Józefowicz. – Jeśli w danej społeczności lokalnej wiadomo, że powszechnym problemem wśród dzieci są kryzysy psychiczne, to niech nauczyciele skupią się na kryzysach. A jeśli bardzo dużo jest uzależnień, to nastawmy się na ich profilaktykę. Niech ten przedmiot odpowie na realne problemy dzieci.
Z wydanego rok temu przez Instytut Badań Edukacyjnych opracowania „Sytuacja zdrowotna młodzieży” nie da się niestety o tych realnych problemach wyczytać wiele optymistycznego. Np. w sporządzonym na potrzeby tego raportu przez Lidię Wiśniewską-Nogaj przeglądzie badań widać znane już alarmistyczne trendy (choćby wzrost liczby prób samobójczych), ale też dane, które chyba nie zdążyły przebić się jeszcze do naszych głów – te dowodzące, iż sytuacja zdrowotna młodego Polaka jest wyraźnie gorsza niż przeciętnego młodego mieszkańca rozwiniętej części globu.
Od 2014 r. w niemal każdym z 44 badanych przez WHO krajów (chodzi o cykliczny raport dotyczący jednenasto-, trzynasto- i piętnastolatków „Health Behaviour in School‑aged Children”) spada deklarowana przez młodzież jakość życia, a wzrastają ich problemy zdrowotne. Przy czym „odsetek polskich nastolatków oceniających swoje zdrowie jako doskonałe jest jednym z najniższych wśród badanych krajów: w grupie 11-latków Polska zajęła przedostatnie miejsce, w grupie 13-latków – trzecie od końca, w grupie 15-latków – ostatnie”.
Ponadto polscy nastolatkowie bardzo nisko na tle innych nacji oceniają swoją satysfakcję z życia, dobrostan psychiczny, a częściej niż rówieśnicy z innych krajów deklarują, że doświadczyli jednego z wymienionych symptomów dyskomfortu (m.in. „bóle pleców, głowy, brzucha, trudności ze snem, poczucie bycia zdenerwowanym”).
Jeśli dodać do tego badania mówiące, że w relacjach polskich nastolatków z rodzicami istnieją tematy tabu (jak seksualność czy zdrowie psychiczne) – edukację zdrowotną będzie można uznać za przedmiot skrojony pod swoje miejsce i czas. Polskę AD 2025.
Szkoda, że to samo ministerstwo, które z nowym przedmiotem w ten czas i miejsce trafiło, zepsuło następnie wszystko, co było w tej sprawie do zepsucia.
Czy edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowa?
Tę historię znamy niby na pamięć, a jednak za każdym razem nas zaskakuje. Roman Giertych miał swoje mundurki, w które chciał powciskać miliony uczniów, a także walkę z Witoldem Gombrowiczem, od którego zgubnych wpływów chciał tych samych uczniów ratować. Przemysław Czarnek w jednej ręce niósł sztandar z napisem „Historia i Teraźniejszość” – w drugiej z hasłem „Stop seksualizacji dzieci”.
Inni ministrowie mieli swoje – mniej lub bardziej uzasadnione; zrealizowane bądź poniechane – reformy. Wszystkie te edukacyjne projekty łączyło jedno: ich autorzy i/lub główni wykonawcy chcieli je – pomni chwiejności edukacyjnej władzy – przeprowadzić jak najszybciej; zatknąć sztandar słusznej zmiany, a następnie odejść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
W ten schemat wpisuje się edukacja zdrowotna. Owszem, MEN szykuje też znacznie poważniejszą szkolną zmianę, w postaci reformy podstaw programowych. Tyle że zmiana ta, mniej spektakularna, gorzej nadaje się na mit założycielski nowej edukacyjnej władzy. A właśnie takiego mitu – po serii mniejszych lub większych wpadek – potrzebowało MEN. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fatalny sposób wdrażania EZ.
Błąd numer jeden to efekt zjawiska, które można by nazwać „paradoksem Nowackiej”: retorycznemu radykalizmowi szefowej MEN towarzyszy zaskakująca spolegliwość na poziomie decyzji. Gdy z początkiem roku, w trakcie rozpędzającej się kampanii prezydenckiej Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił znienacka, że nowy szkolny przedmiot będzie nieobowiązkowy, Barbara Nowacka odwinęła się tyleż twardą, co błyskotliwą ripostą: Kosiniak pomylił MEN z MON-em. Ale chwilę później okazało się, że to wariant szefa PSL będzie tym obowiązującym.
W dodatku popełniono drugi, poważniejszy błąd: nowy przedmiot wprowadzono co najmniej o rok za wcześnie. We wrześniu 2025 r. stan liczbowy nauczycieli przygotowanych do nauczania edukacji zdrowotnej wynosi… zero.
Tak, właśnie zero, bo choć zgodnie z ogłoszonym ad hoc w sierpniu (błąd numer trzy) rozporządzeniem nowego przedmiotu mogą nauczać m.in. wuefiści, biolodzy, szkolni psycholodzy czy nauczyciele WdŻ, to półtoraroczne, darmowe studia podyplomowe kształcące specjalistów od edukacji zdrowotnej ruszyły wiosną tego roku. Rachunek jest prosty: pierwsi fachowcy z prawdziwego zdarzenia pojawią się we wrześniu 2026 r.
– Owszem, można się też szkolić do nauczania tego przedmiotu w ośrodkach doskonalenia nauczycieli. Ale same ośrodki zostały na tę okoliczność wyszkolone w maju, co zważywszy na intensywny w szkołach czerwiec i wakacje, nie daje komfortu spokojnego przygotowania – komentuje dr Józefowicz.
Psycholożka dodaje, że na szczęście jest sporo entuzjastów nowego przedmiotu, którzy doszkolą się w każdych warunkach, ale inni – poddani presji Kościoła czy otoczenia – mogą mieć problem. – Dlatego propozycja MEN, by EZ mogły uczyć zespoły nauczycielskie, jest rozsądna również z uwagi na tę presję – uważa dr Józefowicz.
– Należało dać sobie czas, by wyszkolić nauczycieli, ale też by przygotować ich do komunikacji z rodzicami – uważa Urszula Woźniak z ZNP. – Ten rok przydałby się również do tego, by przekonać samych nauczycieli, że warto tego przedmiotu uczyć. Bo dzisiaj się do tego nie garną, i trudno się dziwić: po pierwsze nie czują się w pełni przygotowani, po drugie nie wiedzą, ile godzin im przypadnie. Teraz uczą np. dziesięć, a w październiku może się okazać, że w związku ze skalą rezygnacji zostaje tych godzin trzy.
Jakie błędy popełniło MEN
Dr Józefowicz do listy ministerialnych błędów związanych z wprowadzeniem w życie nowego przedmiotu dodaje jeszcze jeden punkt: – MEN twardo zadekretowało, że EZ to jedna godzina zajęć w tygodniu. Tymczasem charakter nowego przedmiotu aż się prosi o podejście projektowe, czyli możliwość elastycznego potraktowania i czasu trwania, i częstotliwości zajęć.
Wyjście z uczennicami do gabinetu ginekologicznego na rozmowę z lekarką albo warsztaty z reagowania na przemoc to co najmniej kilka godzin, które można by zorganizować np. raz w miesiącu. Kostyczny wymóg, że widzimy się raz w tygodniu na godzinę, może zniechęcać do aktywnych form, a zachęcać do formatu „wykładu”.
Co dalej z EZ? W wariancie pesymistycznym podzieli ona los szkolnych efemeryd, w rodzaju HiT-u czy wycofanych reform – a kształceni obecnie nauczyciele zostaną „jak Himilsbach z angielskim”. Taki scenariusz jest łatwy do wyobrażenia: przyspieszone wybory, do władzy dochodzi prawica, która EZ żegna z pompą porównywalną do pożegnania przez Barbarę Nowacką niesławnej małopolskiej kurator Nowak.
Wariant optymistyczny? MEN przeprowadza porządną kampanię informacyjną na temat EZ (porządną, czyli nie taką, jak z początkiem września, gdy na korytarze szkół rzucono ulotki). Następnie namawia współkoalicjantów do zmiany statusu EZ na obowiązkową. A nowy przedmiot – nauczany już przez lepiej przygotowanych nauczycieli – przez pozostający do wyborów czas na tyle się przyjmuje, że nikt nie ma odwagi go wyrzucić.
Odpowiedź na pytanie, który z wariantów wygląda dziś na bardziej prawdopodobny, jest równie przewidywalna co treść kolejnej homilii abp. Jędraszewskiego o edukacji zdrowotnej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















