Gombrowicz i Hłasko: wyrzuceni ze szkoły

Łączy ich wiele: krytyka systemu, ówczesnej kultury, odrzucenie tradycji, wyczucie absurdu. A także to, że nie poznasz ich twórczości w ramach szkolnej edukacji.
Czyta się kilka minut
Happening "Wszyscy jestesśmy Gombrowiczami" po usunięciu z listy lektur szkolnych dzieł Gombrowicza, Łódź, lipiec 2007 r. // Fot. Michał Tuliński / Forum
Happening "Wszyscy jestesśmy Gombrowiczami" po usunięciu z listy lektur szkolnych dzieł Gombrowicza, Łódź, lipiec 2007 r. // Fot. Michał Tuliński / Forum

Witold Gombrowicz przewidział swoją przyszłość, pisząc: „Im bardziej człowiek dojrzały, tym bardziej staje się niewolnikiem form, które stworzył”. Współcześnie zaszufladkowaliśmy go pod hasłami „oburzenie” lub „zachwyt”. Jednak w szkołach emocje te są nieobecne. 

„Ferdydurke” pojawia się i znika w zależności od zmian personalnych na stanowisku ministra edukacji. Na maturze od 2025 roku będą obowiązywać tylko fragmenty. Na ich podstawie maturzyści będą musieli odpowiedzieć na dwa pytania: jedno dotyczące groteskowego obrazu świata, drugie – presji otoczenia na człowieka.

W ciągu 35 lat mojego życia Gombrowiczem żonglowano z coraz mniejszym zaangażowaniem. W zarządzeniu nr 23 Ministra Edukacji Narodowej z 18 sierpnia 1992 r. w klasie III liceum pojawia się „Ferdydurke”, a w klasie IV nawet fragmenty „Dziennika” i „Operetki”. Pięć lat później obok „Ferdydurke” w podstawie programowej uwzględniono dramat „Iwona, księżniczka Burgunda”. Po 1999 roku szkoła zapomina o wszystkim, co napisał, poza pierwszą powieścią, aczkolwiek w rozporządzeniu Ministra Edukacji Narodowej z 21 maja 2001 roku w sprawie podstawy programowej kształcenia w liceach profilowanych pojawia się nawet „Trans-Atlantyk”. Jednak to ostatni raz, kiedy w szkole widziano więcej niż gębę, łydkę i pupę.

Następnie nadszedł rok 2007, a wraz z nim Roman Giertych. Zaczęto wtedy masowo powielać opinie, że Gombrowicz jest szkodnikiem ośmieszającym Polskę na arenie światowej, że to wrogie siły wylansowały błazna, a przede wszystkim, że jest on skrajnie antypolski.

Trudno dociec, dlaczego ten ważny, wręcz arcypolski, bo nieustannie mówiący o Polsce pisarz, korzystający z wielu kontekstów literackich, odwołujący się do „Kazań sejmowych”, „Pana Tadeusza”, nawet w Buenos Aires tworzący z myślą o kraju; autor, którego Polska męczy, boli, dźga egzystencjalnie; dlaczego właśnie on stał się symbolem twórcy antynarodowego. Zdaje się, że do złej opinii przyczynił się jego osąd o duszy narodowej czy o Sienkiewiczu, którego nazwał pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym. Do tego krytycyzm ujawniający się w zdradzaniu form narodowych, ukazywaniu niejednorodności tego, co polskie. Nie można szargać świętości, zdejmować masek, a Gombrowicz właśnie to robi, obnaża i zmusza do krytycznego myślenia, czyli do rozwijania jednej z pięciu najważniejszych kompetencji w edukacji przyszłości.

Giertych przywrócił na listę lektur „Potop” i trzy inne powieści Henryka Sienkiewicza, a Gombrowicza skreślił, zamienił miejscami z „Pamięcią i tożsamością” Jana Pawła II oraz „Cieniem ojca” Jana Dobraczyńskiego (Dz.U. z dnia 9 lipca 2007 r., Nr 123, poz. 853). Wybuchły spory, nawet Jarosław Kaczyński zapewniał, że Gombrowicza warto czytać w szkole – „(…) nie będzie eliminacji Gombrowicza” – mówił też o wysiłku zmierzającym do tego, by szkoła znów przekazywała wartości wspólnotowe. Nic to nie dało. Giertych był nieugięty i groził zerwaniem koalicji. Pisał, że „»Trans-Atlantyk« to książka o człowieku, który w 1939 roku migał się od służby wojskowej i wyjechał do Argentyny w poszukiwaniu przygód”, a ówczesny wiceminister edukacji Mirosław Orzechowski poparł go, dodając jeszcze zarzut propagowania homoseksualizmu. 

To była moja matura i przyznam, że nikt tak dobrze, jak ówczesny minister, przeciwko któremu protestowaliśmy, nie wypromował wśród nas twórczości Gombrowicza. Potwierdzają to ówczesne statystyki, według których sprzedaż „Ferdydurke” wzrosła o 70 proc.

Polski Sokrates

Wydaje mi się, że Gombrowicz nie chciałby być na liście lektur szkolnych. Jego dzieła nie powinny być przedmiotem szkolnych analiz, które często przypominają przebieranie ziemniaków i żonglerkę motywami zamiast być pretekstem do zrozumienia rzeczywistości przez pryzmat jego powieści. Jednak wdowa po pisarzu, Rita Gombrowicz, jednoznacznie oceniła zmianę Giertycha: „To zacofanie. Nie chce się wierzyć, że minister edukacji kraju, który jest częścią Europy, wykreśla ze szkolnych podręczników jednego z największych europejskich pisarzy, który zdobył uznanie na świecie. Roman Giertych zachowuje się jak postacie, które Gombrowicz wyśmiewał w swojej twórczości”.

W rozmowie z Romanem Pawłowskim wyznała: „Nacjonaliści zarzucają Gombrowiczowi, że nie walczył jak nieustraszony żołnierz na froncie. Gombrowicz przyznawał się do swoich słabości: był fizycznie niezdolny do służby wojskowej, miał astmę, przeżywał niepokoje i lęki. (…) Roman Giertych jest jeszcze młodym, silnym fizycznie człowiekiem. Ale co może wiedzieć o patriotyzmie ktoś, kto być może nigdy nie musiał podejmować trudnych decyzji, a jedynie zajmuje stanowisko, do którego najwyraźniej nie jest przygotowany?”. Rita Gombrowicz w tej samej rozmowie nie znajdywała pocieszenia w tym, że dzięki tej decyzji dzieła jej męża nie trafią w ręce profesora Bladaczki. Dla niej Gombrowicz to polski Sokrates, który kochał swoich rodaków i zadawał pytania o to, jak być patriotą w czasach globalizacji.

Gombrowiczowi warto się przyjrzeć, lecz należy to robić z umiarem, aby nie tworzyć mitologii. Powtarzanie pewnych kwestii, zwłaszcza tych trudnych do zrozumienia i naznaczonych emocjami, może prowadzić do idealizacji. Mimo to postulowałabym, by czytać go nawet fragmentami, poświęcać mu czas, rozważać znaczenie słów i sprawdzać, czy mogą jeszcze nazwać to, co istnieje tu i teraz.

Obserwując wzrost zainteresowania groteską i surrealizmem, jestem przekonana, że znów potrzebujemy tych kategorii estetycznych, by opisać rzeczywistość, która nam umyka. Świat pędzi, zarzuca nas nowymi „tak trzeba” i „nie wolno”, mamy FOMO, pracujemy ponad miarę, czytamy tylko to, co dobrze reklamowane, uczestniczymy w manifestacjach, by poczuć się częścią wspólnoty. Groteska daje narzędzia do opisania stosunku do ojczyzny, jest poza schematycznym, uproszczonym myśleniem, staje się okazją do polemiki i głębokiej analizy własnego miejsca w świecie, do stworzenia siebie w czasie dorastania.

W dzisiejszych czasach, gdy mamy dostęp do mnóstwa informacji, umiejętność ich selekcji staje się bardzo ważna. W szkole jest to szczególnie trudne, ponieważ musimy wybierać między tym, co nam się podoba, a tym, co jest naprawdę potrzebne. Często jesteśmy rozdarci między chęcią pokazania uczniom rzeczywistości bez upiększeń a potrzebą uchronienia ich przed tym, co zbyt brutalne. Nasze osobiste preferencje i chęć nauczania wszystkiego nie powinny wpływać na to, jakie lektury są wybierane do programu nauczania.

Tegoroczne dyskusje o tym, czy dramat „Romeo i Julia” właściwie ukazuje miłość i czy w związku z tym jest potrzebny w procesie kształcenia, groziły walką na śmierć i życie. Jesteśmy przyzwyczajeni do tekstów, chcemy się nimi dzielić – bo literatura nie musi być przeżyciem intymnym. Dlatego też to nauczyciel, znając osoby, które uczy, powinien dobierać fragmenty, które warto pokazać, bo staną się one pretekstem do rozmów w konkretnej klasie.

Literatura jest więc nie tylko oknem na świat czy albumem wspomnień, lecz także, co ważniejsze w szkolnym kontekście, staje się trampoliną do rozmów o życiu, pokazującą jego złożoność i otwierającą na inne sposoby myślenia.

Hłaskomaniacy

Tymczasem obecny kanon szkolny jest wciąż konserwatywny. Mimo że wprowadzono fragmenty „Ferdydurke”, to nie poznamy na lekcjach o literaturze buntowników takich jak Marek Hłasko, kolejny obok Gombrowicza patron roku 2024. Hłasko ukazywał brutalną rzeczywistość PRL-u i alienację jednostki w systemie totalitarnym. Jego twórczość jest nadal aktualna i powinna być przedstawiana młodzieży, zwłaszcza że listy lektur są tematem politycznych sporów, a wprowadzenie jego twórczości można by podpiąć pod krytykę komunizmu. Niestety, uczniowie nie znają Hłaski – bo nie mieli okazji go poznać.

Jeszcze w zarządzeniu Nr 23 Ministra Edukacji Narodowej z 18 sierpnia 1992 r. w klasie IV pojawiał się „Wybór opowiadań”, ale od 1999 do 2007 roku tylko „Pierwszy krok w chmurach”. Później już nic. W 2010 roku Stowarzyszenie Młoda RP złożyło podanie do ówczesnej minister edukacji narodowej Katarzyny Hall, domagając się, by „Piękni dwudziestoletni” jako książka ukazująca życie młodego człowieka, nadal bardzo aktualna, była omawiana w szkole. W odpowiedzi usłyszano, że jeśli nauczyciel chce omawiać, to może, nic nie stoi na przeszkodzie. I tu pojawił się problem, bo status lektury oznacza jednak prestiż.

Stowarzyszenie, obecnie znane jako Ruch Hłaskomanii, głosi, że nie ma lepszego autora piszącego o buncie, miłości i poszukiwaniu własnej drogi w życiu. Młodzież dziś inaczej doświadcza literatury, więc Hłaskomaniacy w 2023 roku zorganizowali imprezę taneczną na cześć Hłaski, połączoną z czytaniem jego twórczości.

Hłasko może dzisiaj interesować już nie ze względu na wyświechtane porównania do Jamesa Deana, które nie robią wrażenia na młodych odbiorcach, ale dlatego, że jest tym, który nie upiększa świata. Mówi o tym, o czym nie chcemy mówić. Ukazuje przemoc – tę fizyczną w „Pierwszym kroku w chmurach”, jak i psychiczną w „Ślicznej dziewczynie”. Przedstawia studium uzależnienia w „Pętli” i wreszcie komentarz dotyczący Polski, tej gomułkowskiej, widzianej oczami emigranta. Jego słowa brzmią dziś aż nazbyt aktualnie, by nie wykorzystać ich podczas lekcji: „Kiedy dzisiaj spotykam ludzi pięknych, dwudziestoletnich i rozmawiam z nimi, przeraża mnie jedno: wszyscy oni wiedzą, że w Polsce jest źle, wszyscy nie mają złudzeń, że Polska jest krajem okupowanym; natomiast nikogo z nich to specjalnie nie interesuje”.

Hłasko jest doskonałym pretekstem do rozmów o roli pisarza, o autokreacji. Może być wzorem dla wszystkich piszących, którzy, odkąd w 1989 roku zmieniły się zasady gry na polskim rynku literackim, muszą budować swój obraz i ustawiać się na osi między Jasiem Kapelą a Jackiem Dehnelem. Hłasko tylko pozornie był poza takimi podziałami, bo w roli zagubionego robotnika, który topił lęki w alkoholu i zginął młodo, wpisuje się w archetyp buntownika z wyboru. Pisał w sposób fotograficzny, obrazowy, więc nawet ekranizacje jego utworów mogą być cennym doświadczeniem, inspirującym do tworzenia dzieł, które angażują emocjonalnie i mogą odzwierciedlać życie współczesnych młodych dorosłych. Nie ma przecież wielkiej różnicy między „W sobotę miasto traci swoją pracowitą twarz. (…) W sobotę miasto ma pijaną mordę” a „W tygodniu jemy tylko jarmuż. No a w weekend wódka, koka i hash brown” Taco Hemingwaya.

Wszyscy byli odwróceni

W „Pierwszym kroku w chmurach” mamy też doświadczenie groteskowości świata, gdzie ludzie zmagają się z bezsensem egzystencji, bezmyślnie gapią się przed siebie, żyją bezmyślnie. To jak kadr z filmu „Zodiak”. Nagle w tę nicość wrzyna się brutalność. Chamy przerywają młodej parze piękną chwilę jak z sielanki sentymentalnej Karpińskiego. Czyste uczucie zostaje splugawione z pełną świadomością tego czynu. U Hłaski jest coś jeszcze, czego dzisiaj już nie zobaczą młodzi odbiorcy – to rozpad wizji superbohatera, hiperrobociarza (jak by go nazwał Witkacy), czyli socjalistycznego robotnika, którego wizerunek propagowano w latach 50., oraz obraz straconego pokolenia. Im też zepsuli młodość. Zostanie jednak przekonanie, że ludzie z nudów zabijają to, co piękne.

Z kolei opowiadanie „Pętla” może być wartościową lekturą w szkole ze względu na głębokie studium alkoholizmu. W aktualnym kanonie lektur brakuje utworów poruszających temat uzależnień. Samobójcza śmierć w „Pętli” może być uznana za kontrowersyjny element, zwłaszcza wobec aktualnych tendencji do łagodzenia treści dla młodzieży. Niemniej samobójstwo to istotny temat, którego nie należy unikać. Rozmowa o nim może pomóc młodym ludziom zrozumieć trudne emocje i radzić sobie z problemami życiowymi. Edukacja poprzez literaturę powinna uwzględniać także takie wątki. „Pętla” ma jeszcze tę wartość, że pokazuje, jak społeczeństwo reaguje na ludzi, którzy chcą wyjść z uzależnienia. Znikąd pomocy, a w gratulacjach z powodu zerwania z piciem słychać powątpiewanie.

W obecnej podstawie programowej znajduje się zapis, że oprócz lektur obowiązkowych w szkole średniej co roku należy zrealizować jedną lekturę uzupełniającą, albo z zaproponowanej listy, albo spoza niej. Nauczyciele mogą sami zdecydować, co będą omawiać – może zatem znajdzie się miejsce i dla Gombrowicza, i dla Hłaski? Jednak nie w myśl zasady: „A widzi Gałkiewicz! Nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia dla wielkich geniuszów”, tylko tak, by nie wtłaczać ich twórczości w testy wiedzy. By rzetelnie analizować fragmenty, sceny, zdania i w ten sposób podsuwać uczniom mimochodem stare-nowe literackie światy. Na razie niestety spełnia się wyryta na nagrobku Hłaski sentencja: „Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni”.

ANETA KORYCIŃSKA (ur. 1988) – polonistka, oligofrenopedagożka, podkasterka, popularyzatorka wiedzy o języku i literaturze polskiej. Jest współorganizatorką konwentu miłośników romantyzmu „Romantykon”. Od 2017 roku działa w internecie jako „Baba od polskiego”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Wyrzuceni ze szkoły

Artykuł pochodzi z dodatku Hłasko i Gombrowicz