Pół żartem i w pełni zgryźliwie można by powiedzieć, że kryzys objął z grubsza wszystko, co w specyficznie polskim krajobrazie szkolnym bliskie naszym sercom: przeprowadzanie egzaminów, wdrażanie reform i planowanie strajków oraz manifestacji.
Kryzys w OKE, IBE i bezradny MEN
Najpierw pod koniec lipca Najwyższa Izba Kontroli dostarczyła raport o funkcjonowaniu instytucji odpowiedzialnej za przeprowadzanie egzaminów ósmoklasisty i matur. I potwierdziła to, o czym się mówi i pisze (także na tych łamach) od lat: że system sprawdzania tych dwóch państwowych testów, decydujących o edukacyjnym „być albo nie być” setek tysięcy młodych Polaków, jest niechlujny i bywa krzywdzący.
Co piąty sprawdzający w Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej w Poznaniu popełniał błędy merytoryczne przy ocenianiu, a 40 proc. wniosków o weryfikację wyniku kończyło się jego korektą (w skali kraju to 25 proc.).
„Dla wielu maturzystów zaniżenie oceny mogło oznaczać straconą szansę na studia” – podsumowywała Izba.
Już w sierpniu z kolei wakacyjna flauta jęła najwyraźniej przeszkadzać samemu rządowi i Ministerstwu Edukacji Narodowej. Zaczęło się od śmiałej i ciekawej propozycji ekspertów Instytutu Badań Edukacyjnych, czyli rządowej agendy wyznaczonej do wdrożenia reformy podstaw programowych, na nowe porządki w nauczaniu języka polskiego w podstawówkach.
Robocza propozycja IBE zakładała m.in., że w klasach 4-6 czytane na lekcjach lektury wybiorą w dużej części sami uczniowie i nauczyciele w oparciu o tzw. kręgi tematyczne (np. „rodzina”, „relacje rówieśnicze” i „przyjaźń”). Z kolei uczniowie klas 7-8 czytaliby mniej obowiązkowych lektur w ramach tzw. kanonu.
Propozycja, której logikę można było interpretować jako rozstanie z hipokryzją (czyli przekonaniem, że zapisany obecnie bogaty w pozycje książkowe kanon utrwali się w głowach uczniów), została uznana przez prawicę za atak na narodowe świętości. A rządowi i MEN-owscy oficjele dali się w tę atmosferę szantażu wciągnąć.
Resort Barbary Nowackiej zdystansował się od pracy własnego eksperckiego zaplecza, a rzecznik rządu Adam Szłapka stwierdził wręcz, że „kanon lektur pozostaje bez zmian”.
Czy będzie protest nauczycieli?
Wreszcie już pod koniec sierpnia dostaliśmy opowieść o tym, że w samym Instytucie Badań Edukacyjnych działo się przez lata – a być może dzieje nadal – bardzo źle. Portal Oko.Press opisał „quasi-mafijny” układ w tej instytucji za kadencji ministra Przemysława Czarnka (szemrane dotacje, ideologiczne nominacje i badawczy krach).
Z kolei „Dziennik Gazeta Prawna” ujawnił, że w IBE panuje „atmosfera mobbingu”, a z pracy chce odejść aż 40 proc. badanych w ramach związkowej ankiety pracowników. Co oznaczałoby, że polityczny „nalot dywanowy” na Instytut nie był wcale jego wyłącznym problemem (potwierdzają to także źródła „Tygodnika”).
Instytucjonalnego kryzysu jakby pozazdrościł pod koniec wakacji CKE, IBE i MEN także Związek Nauczycielstwa Polskiego. ZNP zapowiedział na 1 września manifestację przed budynkiem resortu edukacji, ale wielu nauczycieli akcję najpewniej zbojkotuje – wybrany przez ZNP termin przypada wszak na pierwszy dzień pracy nauczycieli, tj. poniedziałek, co na pewno nie pomoże sile i rozgłosowi manifestacji.
Nowe lekcje w roku szkolnym 2025/26
Wszystkie te kryzysy (sporo jak na jedne wakacje) kumulują się u progu nowego roku szkolnego, który przyniesie kilka ciekawych zmian. Po pierwsze, uczniowie dostaną dwa nowe przedmioty.
O pierwszym, choć będzie obowiązkowy, panuje względna cisza: to wprowadzona do szkół ponadpodstawowych w miejsce niesławnej pamięci HiT-u edukacja obywatelska.
Kwestia drugiego, czyli edukacji zdrowotnej, stała się już poligonem krwawych polemik na każdym niemal poziomie – od facebookowych baniek, przez fora nawracających się wzajemnie na jedynie słuszną opcję rodziców, aż po płomienne odezwy wszystkowiedzących w sprawach wychowania i edukacji biskupów.
Przedmiot, którego celem jest fizyczne, psychiczne, seksualne i cyfrowe zdrowie młodych Polaków, sprawdzi się dopiero w boju – wtedy gdy okaże się, jak przygotowani są do niego merytorycznie nauczyciele, a organizacyjnie szkoły.
Inna ważna zmiana dotknie nauczania religii: od września państwo sfinansuje już tylko jedną godzinę katechezy tygodniowo, w planie zajęć zaś religia będzie mogła pojawić się tylko na początku bądź na końcu lekcji (z możliwością odstąpienia od tej zasady tylko wówczas, gdy wszyscy uczniowie na religię lub etykę w danej szkole uczęszczają).
To informacje złe dla Kościoła, lepsze (zwłaszcza w przypadku drugiej z korekt) dla uczniów niechodzących na religię i etykę, którzy przez lata padali ofiarą „okienek” w środku dnia, nie mając co ze sobą zrobić.
Nauczyciele zostali pominięci
Przegranymi początku roku szkolnego są niestety tradycyjnie nauczyciele. Po euforii z początku 2024 roku, gdy dostali relatywnie wysokie podwyżki płac, nie ma już w zasadzie śladu. A postulowany przez ZNP i obiecywany przez rząd stały mechanizm waloryzacji nauczycielskich płac pozostaje nadal w sferze planów.
Tymczasem nadciąga przecież kolejna duża edukacyjna reforma – tym razem podstaw programowych. Choć przez ekspertów jest różnie oceniana, jednego powiedzieć o niej na pewno nie można: że głównym przedmiotem jej naprawczego działania będą nauczyciele. A to przecież oni będą ją musieli od początku roku szkolnego wdrażać. Na szczęście jeszcze nie tego, a następnego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















