Ziółkowie wrócili do Warszawy. Jest rukola i rukiew, mizuna i musztardowiec. Zielone (oraz rdzawe w przypadku tego ostatniego) listki, soczyste i w jakiś tajemny sposób smakujące życiem, wyrosłe co prawda nie pod gołym niebem, ale jednak z ziemi. Chciałoby się dodać „tej”, jednak kuchnia to za mała scena dla słów proroczych i królewskich, choćby to był skromny zaimek. Bo takiegośmy mieli jeszcze niedawno króla, co umiał purpurą i złotem okryć niepozorne słowa powszednie. W jego dawnej stolicy nawet zapowiedź z tramwaju: „następny przystanek: Wawel” brzmi jak wyzwanie rzucone doczesności.
Dość poetyzowania, moje święto wiosny i taniec wśród skrzynek odprawiam wszak w nowszej stolicy, gdzie jedyne zrozumiałe abstrakcje to te na wykresach zysków kwartalnych, a z emocji wypada okazywać tylko te wzbudzane przez władzę. Niech będzie zatem, że listki wyszły po prostu z mazowieckiej skiby, mokrej i tłustej, co wiem, bo elementem corocznego rytuału jest moja rozmowa z męską połową Ziółków o tym, czy nie obawia się w nowym sezonie suszy. Na co on zapewnia, że jego ciężkie gleby osadowe w pobliżu Wisły pozwalają mu na razie zachować spokój. Każdy, kto w wielkim mieście próbuje żyć jako tako blisko rytmów natury i zdrowego rozsądku, niech bardziej się o poziom wód gruntowych martwi niż wzrosty i spadki w sondażach prezydenckich.
„Nastąpi wiele wydarzeń, ale będą tylko komedią, hałaśliwą romantyczną komedią z kilkoma plamkami krwi na błazeńskich strojach”. To o zawierusze politycznej skutkującej powstaniem zjednoczonych Włoch sądzi Fabrizio Corbera, książę Saliny z powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy, o której zrobiło się znów głośno dzięki serialowej ekranizacji „Lampart” (choć znakomity nowszy polski przekład pióra Stanisława Kasprzysiaka nosi tytuł „Gepard”). Zanim Netflix nam o niej przypomniał, służyła za źródło jednego z najbardziej wyświechtanych cytatów politycznych: „jeśli chcemy, by wszystko zostało tak jak jest, trzeba, by wszystko się zmieniło”. Niecałe trzysta stron skrzącej się ironią lekkiej prozy jest przede wszystkim o tym, ale nie tylko. Także o poruszeniach serca i poruszeniach królestw, wielkich ideach i wielkich przekrętach (co czasem na jedno wychodzi). O charakterze Sycylii, a więc o zaletach bycia wyspą. Odporność na próby dominacji zamienia się tu w wieczny letarg „tego samego”.
Don Fabrizio to wzorzec melancholijnego cynizmu bez grama jadu i żółci. Śni mi się czasem po nocach – gdy za bardzo się zaczytam w facebookowych bulgotach – jego elegancja, gdy przyjmuje nieubłagany schyłek i bliską ruinę swojego świata, z którym czuje się do szpiku kości solidarny, choć przenika kocim wzrokiem całą jego marność. Elegancja arystokraty, który po prostu wie, że tulipan nie pasuje do fraka, ale wie też, że trzeba umieć naginać zasady. „Książę miał zbyt wiele doświadczenia, aby uraczyć gości z zapadłego prowincjonalnego miasteczka kolacją rozpoczynającą się od potage (...). Ale wiadomości o barbarzyńskim zagranicznym zwyczaju podawania na pierwsze danie rosołu docierały do świetniejszych rodzin w Donnafugacie na tyle często, że resztki obaw o to ożywały w nich przed każdym z takich uroczystych przyjęć. Kiedy więc lokaje weszli, wnosząc tace, na których sterczały góry zapiekanego makaronu, tylko cztery z dwudziestu osób powstrzymały się przed wyrażeniem radosnego zaskoczenia”.
Historia jednak nie chciała albo nie mogła oszczędzić księciu barbarzyńskich rosołów z północy, którymi się wykarmiła nowa klasa panów i szybko rosnąca w politycznej próżni mafia – nowy towar eksportowy wyspy obok migdałów, czerwonych pomarańczy, cytryn i cukiernictwa noszącego wciąż ślady arabskiej dominacji. Nie tylko cukiernictwa zresztą, posłuchajcie dalej, jaki był ten makaron: „Przyrumieniony na złoto wierzch, bijący z niego zapach cukru i cynamonu były tylko preludium tej oczekiwanej rozkoszy, której widok wyłaniał się, gdy nóż rozciął skórkę. Ze środka (...) ukazały się kurze wątróbki, jajeczka na twardo, płaty szynki i talarki trufli wtopione w gęstą, gorącą masę makaronu, któremu wywar z mięsa nadał wspaniały kolor rdzy”.
Skłonność do zapiekania wszystkiego, co wpadnie pod rękę, jest bardzo „burbońska” – znajdziemy ją też w Neapolu, gdzie także rządzili Hiszpanie. Cynamon i wątróbka, cukier i trufla – tu akurat staropolska żyłka pulsuje wesoło, nasi mościpanowie też kiedyś, dzięki bliskości Turcji, ćwiczyli takie połączenia. Ale to dla nas tylko archeologia, nic nam z tego nie zostało. Czasem żałuję, że nie jesteśmy wyspą, wspólnotą mocno otorbioną w swoich zwyczajach sprzed tysiąca lat. Za dużo na naszej płaskiej równinie przeciągów, wywiewają one ze świstem pozostałości po przechodzących w tę i we w tę wojskach i kulturach. Za szybko, za krótko, nic na dłużej, odwrotność zatopionej w nostalgii Sycylii. Oglądanie serialu wzbudziło we mnie też pokłady innej nostalgii: za kinem, gdzie najciekawszą rolę kobiecą powierza się aktorce, a nie modelce, której chyba głównym atutem dla producentów jest posiadanie ponad miliona obserwatorów na Instagramie. Pewnie starzy zawsze muszą narzekać na nowe czasy i mówić, że będzie gorzej.
A może nie zawsze gorzej? Przy wyjściu z targu mijam panią Joannę z drugiego ważnego gospodarstwa na mapie warszawskich spożywców. Pytam ją więc, czy szparagi od Majlertów dopiero za sześć tygodni, jak zawsze bywało, na co ona śmieje się, że być może zobaczymy się już na początku kwietnia.
No nie wiem, czy książę Fabrizio umiałby również takie zmiany klimatu ująć w swojej formule „wszystko zostaje tak, jak jest”.
Pesto z Trapani
Powieść i serial pełne są opisów i zdjęć iście barokowego jedzenia, którego nie przyrządzimy, nie dysponując kuchnią pałacową. Wiele razy w naszym kąciku gotowaliśmy inne, proste sycylijskie dania, jak caponata. Dziś złóżmy hołd migdałom, wielkiemu bogactwu wyspy – właśnie kończą kwitnąć na różowo sady. Nazwa pesto w tym przepisie to, zdaniem genueńczyków, nadużycie – bo dla nich pesto jest tylko jedno: bazyliowe. Ale skoro wydatnie pomogli w dziele zjednoczenia Włoch, to niech ponoszą konsekwencje wielkiego pomieszania nazw i tradycji.

Składniki:
- 400 g pomidorków koktajlowych
- 75 g blanszowanych migdałów
- 50 g tartego sera pecorino
- duża garść bazylii
- oliwa
- sól
Miksujemy migdały, uprzednio lekko podprażone na suchej patelni. Dodajemy pomidorki i bazylię, krótko miksujemy dalej – masa może pozostać grudkowata. Przekładamy do miski, wsypujemy ser, mieszamy, stopniowo wlewamy oliwę, tyle żeby uzyskać pożądaną konsystencję.
Tak uzyskany sos dodajemy do makaronu (łączymy na zimno) albo używamy do przekąsek. Możemy zaś popić winem z piwnicy Donnafugata – nie ma nic wspólnego z prawdziwym rodem Tomasich, jej nazwa jest tylko hołdem dla powieści i fikcyjnego miasteczka, dokąd powieściowy ród Salinów wyjeżdżał na letnie miesiące. Ale za tym marketingowym zabiegiem i pięknymi etykietami kryją się naprawdę zacne wina.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















