Szarą paszę trzeba umaić. Wiedzą to w NASA i w Warsie

Niegdyś sarkałem na obowiązek zapewniania wzrokowej apetyczności i kontestowałem ozdóbki. Dziś łatwiej przyjmuję kwiatek nasturcji albo ziarenka granatu rzucone dla ożywienia potrawy.
Czyta się kilka minut
Fot. Timolina / Shutterstock
Fot. Timolina / Shutterstock

Trzysta siedemdziesiąt osiem dni wytrzymała czwórka wolontariuszy w symulatorze stacji marsjańskiej na terenie siedziby NASA w Houston. Parę dni temu wyszli, cali i zdrowi, a w każdym razie tak głosi oficjalny komunikat. Na razie spotykać się z nimi i dotykać nie wolno z powodu kwarantanny. Czyżby na niby-Marsie mieli złapać realną marsową zarazę? A może chodziło o odwrotną ochronę? Oto stary wspaniały świat powitał ich przypadkami dżumy u ludzi w niedalekim Kolorado. Oraz licznymi ogniskami epidemii jasnej cholery we wszystkich pozostałych stanach. Mieszkańcy stacji dowiadywali się o wszystkim z 22-minutowym opóźnieniem, bo tyle wędruje sygnał na Marsa. Szczęściarze. W każdym razie wytrzymali i się nie pożarli nawzajem na tych stu parudziesięciu metrach. Zresztą, jeśli chodzi o psychikę i samopoczucie duchowe takich ludzi, mamy już spory zasób doświadczeń z całkiem realnych baz antarktycznych.

Poza tym byli przecież pochłonięci rozmaitymi programami badawczymi. Oraz krzątaniną – trzeba było utrzymać siebie i gospodarstwo w dobrym stanie. Na przykład ogródek warzywny. W systemie hydroponicznym, nie w gruncie. Znacie te obrazki z nowoczesnych „farm wertykalnych”? Ponoć to przyszłość zrównoważonego rolnictwa. Regały ze specjalnymi pojemnikami zawierającymi odpowiednią ciecz karmiącą roślinki, starannie doświetlone i nawilżane.

To nie żadna błaha ciekawostka, lecz jedno z istotnych zagadnień, jakie stawiali przed sobą twórcy eksperymentu. Czy i jak da się urozmaicić dietę złożoną z wysokoprzetworzonych i zakonserwowanych na długie lata ważności pakietów, i jak obecność świeżych składników wpływa na metabolizm oraz zadowolenie z posiłków. Wszystkie te kosmopuszki, miksy, koncentraty i ultrabatony opracowane dla astronautów są bezwzględnie „pełne”, zrównoważone i dostosowane do potrzeb, o jakich mówi fizjologia. Ludzie z tego robią doktoraty na prestiżowych uczelniach. Ale żeby się człowiek uważał za dobrze najedzonego, musi mieć jakieś małe świeże coś. Dla oka, niekoniecznie dla ust. Wie o tym każdy szef kuchni, nawet podłej – a może zwłaszcza podłej, w której odgrzewa się w mikrofali przemysłowe mrożone półprodukty. Trzeba dla smaku dodać wycięte w fantazyjne wzorki na wpół zdechłe rzodkiewki i kępkę poczerniałej na brzegach sałaty polanej żelowatym dressingiem z musztardy. Albo blady, wodnisty pomidorek i dwa plastry przedwczorajszego ogórka. Kiedy korzystałem kilka razy w tygodniu z warsa i zamawiałem rytualnie te same frankfurterki, mało przyjemną czynność ich zjadania umilało mi metodyczne zapisywanie wariacji garnirunku, zależnych od tego, która gastrodrużyna pędziła akurat po szynach magistrali. Nie, nawet tego nie tykałem, to była zabawa dla mózgu, nie żołądka.

Niegdyś sarkałem na obowiązek zapewnienia wzrokowej apetyczności, kontestowałem ozdóbki (zwłaszcza że to pretekst do absurdalnego wydziwiania). Dziś już łatwiej przyjmuję kwiatek nasturcji albo ziarenka granatu rzucone dla ożywienia potrawy np. zbyt jednostajnie zielonej – miski bobu czy klusek z ziołowym pesto. Załoga z Houston z kolei uprawiała głównie zieleninę, żeby umaić szarą paszę z paczki. Może na prawdziwym Marsie będą kiedyś rosnąć poważniejsze warzywa, ale na Ziemi, pomimo wielkich inwestycji w badania, nikt nie stworzył dotąd opłacalnego wertykalnego kartofliska. Za dużo energii na to potrzeba. Hydroponika jest ledwo opłacalna jako sposób na zapewnienie nam w grudniu ziół, wszelakich listków, sałaty. 

Czemu wam o tym opowiadam teraz, kiedy wszystko rośnie jak głupie i żeby zrobić pesto, wystarczy wyjść przed dom i czegoś nazrywać? Lato, kiedy osiągnie pełnię, wydaje się nie mieć końca. Ale to jest myślenie spożywcy. Ten, co uprawia ziemię, myśli na zapas. W głowach waszych ulubionych ogrodników jest już co najmniej październik. Albo nawet listopad. Oni już wiedzą, że Trump wygrał wybory. Jakby co, to NASA rekrutuje na kolejny turnus.

Makaron z pesto z rukoli i tuńczykiem

Skoro mamy wciąż dziko obfity sezon na liście, miksujemy pesto ile wlezie, z czego się da. Odsyłam was do archiwum po przepis na wspaniałą salsa verde z pietruszki i anchois, a dziś inne, może mniej sławne, ale też apetyczne pesto, gdzie goryczka rukoli zrównoważona jest pomidorkami i rybą.

  • 150 g rukoli
  • 100 g pomidorków
  • 100 g dobrego tuńczyka w oliwie
  • 400 g makaronu
  • garść migdałów
  • oliwa
  • sól
  • skórka z cytryny 

Łączymy w mikserze rukolę (można część podmienić na bazylię), migdały, pomidorki i oliwę (tyle, żeby powstało dość luźne pesto) i miksujmy jak najkrócej, żeby nie przegrzać. W ogrzanej misce łączymy makaron al dente (niekoniecznie spaghetti, ja wolę świderki) z pesto i z lekko rozdrobnionym tuńczykiem. Na koniec otarta skórka z cytryny… i coś kontrastowego dla oka, co pozostawiam waszej fantazji.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Umaić szarą paszę