Dzieci są albo czyste, albo szczęśliwe. Teraz to mi łatwo gadać, bo już własne potomstwo zdążyłem przystosować do życia w społeczeństwie, przycinając jego osobowość do ciasnej ramy norm moralnych i higienicznych (a oba rodzaje czystości mieszają się nie do rozpoznania). I teraz łatwo mi gadać, a jednak to powtórzę: albo czyste, albo szczęśliwe. W nadziei, że chociaż zabłocone po uszy dzieci, które spotkałem kilka dni temu na polu zaprzyjaźnionego gospodarstwa ogrodniczego, nie spotkała potem reprymenda.
Na arenie ogrodniczej walki wygrywa uwiąd i gnicie
Szczeropolska gliniasta gleba mlaskała leśmianowsko pod kaloszami, wciągając z siłą bagiennej kikimory stopy zsuwające się ze śliskich bruzd. Liczne oka kałuż pobłyskiwały jak kusząca zagadka własnej głębokości, nierozwiązywalna przez ludzkie oko, wody stały bowiem mętne, jakby wisiał w nich jeszcze pierwszy założycielski osad materii po wybuchu wszechświata.
Mimo późnej pory roku – rzecz się działa na chwilę przed świętym Marcinem, który w życiu wielu społeczności rolniczych, zamieszkujących do przedwczoraj nasze okolice, wyznaczał zamknięcie użytecznej części roku – mimo więc chłodu i braku życiodajnych fotonów (ten refleks z szaroszmacianego nieba pozwala odróżnić drogę od chodnika i drzewo od słupa, ale zwać to światłem byłoby bluźnierstwem) przeczuwało się, że w tej lepkiej zupie dzieją się jeszcze frenetyczne procesy, przy których zaawansowane laboratoria biotechnologii są jak przedszkolaki uczące się gry w chińczyka (a Chińczyk tymczasem jest w badaniach o pięć pól do przodu).
Cały zresztą areał dookoła był wielką areną walki o to, by zdążyć przed mrozem z ostatnim obrotem koła stworzenia, w którym rozkład umierającej materii jest procesem równie ważnym jak narodziny, rozwój i rozmnażanie.
Mówiąc mniej filozoficznie, a bardziej, nomen omen, przyziemnie, na zagonach leżały jeszcze ostatki rozmaitych ogrodniczych upraw, ogarniane przez uwiąd i gnicie.
I taki był sens naszej, dorosłej obecności tam, u boku dzieci, które po prostu się taplały jak duże robaczki. Pozbierać, co jeszcze się da, pobawić się razem w gronie stałych klientów i przyjaciół gospodarstwa w swego rodzaju polowania na zielony skarb. Znaleźć ostatnie, jeszcze jędrne fasolki, wyciąć kilka główek sałaty, która całkiem, całkiem jeszcze się trzymała, gdyby ją tylko rozebrać z lichych zewnętrznych liści. Oskubać nieliczne pozostałe różyczki brokuła, odnaleźć w glebie ostatnią kalarepkę i bulwę fenkułu, pościnać krzaczki ziół. Już wprawdzie uschłych i po prostu brzydkich, ale przecież nie po to człowiek dostał od Opatrzności zioła, by się na nie gapić.
Owszem, cieszy moje oczy śródziemnomorska zieleń rozmarynu i arystokratycznie blade listki werbeny, kiedy uda mi się je podhodować na tarasie. Co nie zmienia faktu, że, jak powiadał wielki patron każdej polskiej rubryczki kulinarnej, autor Obserwatorium Gastronomicznego na łamach dawnego „Przekroju” – i tak to wszystko skończy w zupie.
Gry w plądrowanie i ostatnie zbiory
Było w tym naszym plądrowaniu coś z pikniku, coś z gry terenowej i wyścigu – bo nawet ludzie mający wszystkiego po kokardę dostają szwungu, gdy się ich zawoła na wyprawę po Darmowe Runo. Wiedzą o tym specjaliści od tak zwanej gamifikacji, która jest szczytową postacią marketingu rzeczy i usług w najwyższym stopniu niepotrzebnych do życia.
Cóż, może lepiej nam, żeby ludzie grali i się ścigali na niby, bo inaczej wolny czas przeznaczą na kłótnie. To już przecież Hezjod w „Pracach i dniach” ostrzegał, że człowiek, który ma pełen zapas jedzenia na zimę, jest bardziej skłonny do zatargów i sporów.
Dla mnie jednak w tej corocznej zabawie tkwi jeszcze inny ładny sens. Oto mieszczuch przez godzinę czy dwie pochyla się (składa pokłon? nie, to zbyt patetyczne) nad ziemią, która rodzi jego zieleninę, zazwyczaj nabywaną drogą kupna w postawie wyprostowanej. A nawet bardzo wyprostowanej, bo rynek spożywczy już jest tak urządzony, że ten, kto ma pieniądz, jest zawsze górą nad tym, kto ma skrzynkę z burakami.
Ot, nic wielkiego, ale momentalna zmiana roli sprawia, że może potem sałatka z rukwi wodnej – nie macie pojęcia, ile się trzeba namęczyć, żeby wyskubać z grządki sensowną jej ilość – smakuje pełniej?
Beczka Pandory i pożegnanie jesieni
Krok za krokiem było dla każdego jasne, że to jest marsz po pogrzebowym jednak kobiercu. Na każde coś podniesione i wzięte do torby przypadało tyleż materii już w stanie rozkładu. A jednak było wesoło. Dlatego, że wiemy, iż to tylko początek krótkiej przerwy? Uzasadnione oczekiwanie. Coś więcej niż nadzieja – bardzo przereklamowany stan. Już wspomniany Hezjod, opisując, jak Pandora otworzyła swą beczkę (ta „puszka” to błąd przekładu, na nieszczęścia potrzeba sporego pojemnika), przypomina, że zdążyła zatrzasnąć wieko, zanim wyfrunęła nadzieja. Grecy nie byli wcale pewni, czy źle się stało. Nadzieja to ślepe oczekiwanie.
Nie wiemy, co nas spotka i próbujemy od tego uciec. Chyba że dodamy do kompletu chrześcijańską wiarę i miłość, żeby się to składało w jakąś inną antropologię. Będzie nad czym dumać w zimowe wieczory. W każdym razie moje pożegnanie jesieni było radosne, bo przenikała mnie pewność powrotu wiosny. Gdybym miał jakieś nadzieje, to tylko takie, żeby zima była akuratna – nie za sucha, ani nie za ciepła.

Pesto z musztardowca
Nie złośćcie się na mnie – zebrałem cały musztardowiec, jaki tam jeszcze rósł i prawdopodobnie nigdzie indziej go na razie nie dostaniecie. Ale przecież mamy pewność, że wiosna powróci, a wraz z nią te arcyciekawe listki, w pewnych odmianach podobne w pokroju do rukoli, o jeszcze ostrzejszym smaku, którego typ zdradza od razu ich nazwa. Są też wystarczająco grube, mięsiste, żeby wytrzymały pracę blendera i dały gęste pesto, a nie trawiastą papkę – jak to się zdarza np. ze zbyt lekką bazylią, która powinna trafiać do ręcznego moździerza.
- 300 g musztardowca
- 5 suszonych pomidorów
- 50 g nerkowców
- 1/2 ząbka czosnku
- oliwa, co najmniej 150 ml
- sól
- duża garść tartego sera typu grana padano
A zatem wrzucamy po kolei listki, niekoniecznie od razu wszystkie, dalej orzechy, pomidory, po czym oliwę. Od razu sporo. Zaczynamy miksować. Zapewne się okaże, że część liści i orzechów od razu się zmieli, a część pozostanie przyklejona do ścianek naczynia. Ściągamy je delikatnie łyżką, dodajemy jeszcze trochę listków, jeśli je zostawiliśmy, dolewamy oliwy – z mojego doświadczenia wynika, że rzadko kiedy pesto wychodzi od razu zbyt rzadkie. Przeciwnie, zwykle jest za gęste, a to powinien być lekko kremowy sos do makaronu, który się gotuje obok na kuchni, a nie pasta kanapkowa!
Znów miksujemy. Jak najkrócej, tylko żeby wszystko było sensownie połączone, a orzechy jeszcze trochę chrupały pod zębem. Potem przekładamy do miski i tam dopiero dodajemy ser. Mieszamy łyżką.
Bierzemy po dwie łyżki na osobę i przekładamy do dużej szklanej lub metalowej miski – takiej, która się da mocno rozgrzać nad parą unoszącą się nad garnkiem z makaronem. Zależy nam, żeby miska nie zabrała za dużo ciepła z klusek, kiedy będziemy je łączyć. Jeśli po zmieszaniu potrawa wyda nam się zbyt lepka, zbyt „gliniana”, to parę łyżek wody skrobiowej z garnka zawsze robi dobrą robotę.
W tym przepisie warto zostawić na pierwszym planie lekką ostrość i roślinność – dlatego staram się użyć w miarę łagodnej oliwy i łagodnego sera. Na pewno nie żadne pecorino czy superszlachetne sery dojrzewające trzy lata.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















