Elio Vittorini i literatura sycylijska

Premiera netfliksowej ekranizacji „Lamparta” zwraca uwagę na literaturę sycylijską. Po polsku ukazały się niedawno „Miasta świata” Elia Vittoriniego – człowieka, który nie chciał wydać powieści Tomasiego di Lampedusy.
Czyta się kilka minut
Elio Vittorini. Mediolan, marzec 1955 r. // Fot. UIG / Mondadori Portfolio / B&EW
Elio Vittorini. Mediolan, marzec 1955 r. // Fot. UIG / Mondadori Portfolio / B&EW

Nie dostał Nobla jak jego szwagier, Salvatore Quasimodo, czy wcześniej Luigi Pirandello, patron całej XX-wiecznej literatury sycylijskiej. Nie był tak przenikliwym interpretatorem Sycylii jak Leonardo Sciascia, raczej zadowalał się jej opisywaniem – niekiedy z podziwem, niekiedy ze smutkiem, zawsze z zadziwieniem. Nie napisał międzynarodowego bestsellera, jak jeszcze inny Sycylijczyk – Giuseppe Tomasi di Lampedusa. A jednak to właśnie twórczość Elia Vittoriniego jest dziś z tej wielkiej kolekcji moim zdaniem najbardziej godna uwagi.

Mimo olbrzymiego przywiązania do lokalnego szczegółu jest to bowiem twórczość szczególnie uniwersalna, ponadczasowa i głęboko ludzka po prostu. U Vittoriniego zawsze jest jakiś brak, niedostatek, niedokończenie – niekiedy dosłowne, jak w przypadku monumentalnie zakrojonych i zarzuconych „Miast świata” – lecz może właśnie to sprawia, że mamy do czynienia z czymś prawdziwym, pozbawionym jakiejkolwiek pozy czy sztuczności.

Vittorini wyglądał świata przyszłości

Autor arcydzielnego „Lamparta”, Tomasi di Lampedusa, był arystokratą z Palermo, który całe życie nie pracował. Vittorini urodził się w Syrakuzach w rodzinie kolejarskiej i od wczesnej młodości imał się różnych zajęć, niekoniecznie pisarskich. Tomasi di Lampedusa dzieciństwo spędził w pałacach i wiejskich posiadłościach, rodzina Vittoriniego mieszkała w kolejnych budkach dróżniczych. 

Tomasi di Lampedusa napisał powieść sławiącą stary, ginący świat próżniaczej arystokracji. Vittorini pokazywał niewyobrażalną biedę prostego człowieka, postulował demokratyzację i egalitaryzację, z nadzieją wyglądał wszelkich jej przejawów. Tomasi di Lampedusa opiewał świat przeszłości, Vittorini wyglądał świata przyszłości.

Nic więc dziwnego, że przeczytawszy maszynopis „Lamparta” dla wydawnictwa Mondadori, Vittorini zdecydował się książkę odrzucić. Podobno list odmowny Tomasi di Lampedusa miał przeczytać na krótko przed śmiercią. Anegdotę tę często opowiada się jako przykład, jak jeden wielki pisarz może się nie poznać na talencie innego wielkiego pisarza. 

Trafniej chyba jednak czytać ją jako świadectwo tego, że dwaj wielcy pisarze mogą szukać w literaturze zupełnie innych rzeczy. Dla Vittoriniego literatura miała być narzędziem kształtowania lepszego świata jutra, a nie opiewania uroków głęboko niesprawiedliwego i nierównego świata wczoraj.

Magiczne podróże

Jadąc przez opisywane w „Sycylijskiej rozmowie” Vizzini, widzi się nadgryzioną przez czas posiadłość ziemską, a obok niej szereg odrapanych budynków, przypominających nieco familoki. Tu musiał mieszkać jakiś książę Salina, a tam rodzina dróżnika. Trzeba przyznać: ta druga perspektywa pozwala zrozumieć więcej z sycylijskiej przeszłości i teraźniejszości.

Wędrując przez wyspę, myśli się więc głównie o Vittorinim. Ludzi żywcem wyjętych z jego powieści widzi się do dziś na każdym kroku. W głębokim interiorze, w takiej Ennie np., spotyka się mnóstwo zdeformowanych, nienaturalnie pogarbionych ludzi koło siedemdziesiątki. To ludzie, którzy jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku jako dzieci – szczególnie cenione jako zdolne do wciśnięcia się w wąskie korytarze – pracowali w kopalniach siarki, pozamykanych dopiero w kolejnej dekadzie. O nich całe życie upominał się Vittorini.

W jego najbardziej realistycznych – i najsilniej komunizujących – książkach jest zawsze jakiś pierwiastek nadrealistyczny. „Erika” opowiada dzieje skrajnie ubogiej dorastającej dziewczyny, żyjącej w zrujnowanym wielkim mieście, pełnym i ludzi biednych, i bogatych (myśli się o Palermo), która, aby utrzymać dwójkę rodzeństwa, posuwa się do prostytucji. 

Powieść napisana jest w duchu drobiazgowego realizmu, przeważają opisy wręcz buchalteryjne – ile zostało nafty, ile zapałek, ile mąki, ile węgla – ale zarazem Vittorini wyczarowuje świat niemal baśniowy, przywołując motyw porzucania dzieci w lesie, ożywiając przedmioty, nadając podmiotowość samemu domowi. To rozdwojenie przenosi się i na Erikę – dziewczynka zarazem nic nie rozumie z otaczającej ją rzeczywistości fizycznej i społecznej, a zarazem rozumie wszystko. Nikt nie zna życia tak, jak ona.

W „Garibaldynce” (wydanej po polsku w jednym tomie z „Eriką”) Vittorini stosuje właściwie zabieg przeciwny. Przez nocną Sycylię pociągiem jedzie młody żołnierz, spotykając starą arystokratkę. Wysiadają w Geli, po której snują się pół nocy – on dźwiga jej walizki, ona gdzieś znika, potem wraca, ktoś się pojawia, ktoś coś mówi, żołnierz się gubi, czytelnik się gubi. Zza całej tej fanfaronady zaczyna jednak stopniowo wyglądać bardzo zwyczajny i bardzo konkretny dramat tytułowej Garibaldynki, wcale nie tak odległy od dramatu Eriki.

Śladami Hemingwaya

Powieść „Ludzie czy nie?” to przykład literatury zaangażowanej, trochę na wzór Sartre’a, ale lepiej się starzejącej. Opowiada o włoskim ruchu oporu pod koniec II wojny światowej w Mediolanie. To prosta powieść – Vittorini zresztą dosłownie wyraża w niej postulat „prostoty” w życiu i literaturze – ale zarazem autor zmusza w niej czytelnika do dołożenia jakichś interpretacyjnych niuansów. Kalejdoskop niedopowiedzeń nie daje spokoju.

Książka złożona jest niemal wyłącznie z hemingwayowsko suchych dialogów (sam Vittorini był zresztą wielbicielem i tłumaczem Hemingwaya, a „Ludzie czy nie?” to w pewnym sensie „Komu bije dzwon” II wojny światowej), ale kryje się za nimi przestrzeń wołająca o zapełnienie. Po pierwsze, włoski ruch oporu opiera się tu nie tylko Niemcom, ale również i niektórym Włochom. Po drugie, granica między zobowiązaniem prywatnym a społecznym przebiega tu gdzie indziej, niż mogłoby się wydawać: posiadanie dzieci czy ukochanej osoby raczej prowadzi do podejmowania ryzyka niż do jego unikania. Po trzecie, do ruchu oporu kolejnych adeptów przyciągają raczej jego klęski niż triumfy. Po czwarte, jest w tej niezwykłej książce również figura pisarza, ujętego w partie pisane kursywą, który nieraz się zza głównego bohatera wynurza, a nieraz z nim stapia. Tyle tylko, że wbrew przyjętej konwencji, bohater jest kimś z krwi i kości, a pisarz postacią z kartonu: to postać stwarza pisarza, a nie odwrotnie.

Rozmowa z matką

Najsłynniejsza powieść Vittoriniego, „Sycylijska rozmowa”, to prawdziwa powieść drogi: bohater jedzie na Sycylię z Mediolanu pociągiem. Przesiadka we Florencji, przesiadka w Rzymie, przesiadka w Neapolu, promem do Messyny, pociągiem do Syrakuz, stamtąd pociągiem do Vizzini, dalej autobusem, dalej pieszo. Wszystko po to, by spotkać się i porozmawiać z matką.

Rozmowa z nią też będzie zresztą miała po części charakter wędrówki – matka wyrusza w obchód po wsi, by zrobić chorym zastrzyki. Cała ta powieść jest swego rodzaju obchodem wśród chorych, wędrówką po chorej krainie, po chorym kraju. Nic dziwnego, że odczytywano ją jako krytykę reżimu Mussoliniego, pisaną i publikowaną zresztą nie z bezpiecznej przyszłości, ale w samym środku trwania tego reżimu.

I ta książka łamie jednak znaną z literatury konwencję, a to za sprawą wieku bohatera (i autora w chwili pisania powieści). Wracający myślą i ciałem do krainy dzieciństwa człowiek jest bowiem bardzo młody, ma ledwie 30 lat. Matka, z której z trudem wydobywa wspomnienia, nie jest żadną staruszką, a kobietą 50-letnią. Nostalgia za przeszłością okazuje się więc w pewnym sensie nostalgią za teraźniejszością. To nie dawną idyllę tracimy – tracimy dzień dzisiejszy, chwilę obecną. Życie nam nie upłynęło – ono właśnie upływa. Dziś żyjemy w świecie, który powinien wyglądać zupełnie inaczej, który jak najszybciej trzeba zmienić.

Między ojcem i synem

Jest wreszcie i ostatnia powieść Vittoriniego, wyraźnie szkicowana jako opus magnum, lecz nigdy niedokończona. Na „Miasta świata” w Polsce musieliśmy czekać ponad 40 lat – tyle minęło od publikacji intrygujących fragmentów w „Literaturze na Świecie” do wydania książkowego. To w tej powieści najsilniej może w twórczości Vittoriniego do głosu dochodzi napięcie między realizmem a baśniowością, między lokalnością a uniwersalizmem.

Rzecz znów dzieje się na Sycylii – Vittorini drobiazgowo wylicza niezliczone tam miasta i miasteczka. Zarazem jednak są one Jerozolimą, Tebami czy Damaszkiem – legendarnymi miastami ludzkości, miastami wielkiego świata, który jest gdzieś daleko, a jednocześnie tuż za rogiem. Fabuła jest jak najbardziej realistyczna – i niezwykle przyziemna – a zarazem ciąży ku bajkowości, ku metaforze. To nie ludzie wędrują przez Sycylię, to typy ludzkie wędrują przez świat.

Cała powieść sprowadza się bowiem do wędrówki. Na pierwszym planie są ojciec i syn, na drugim inny ojciec i inny syn, na kolejnym młodzi małżonkowie, na jeszcze dalszych szereg innych postaci: błąkających się, uciekających, snujących – tak czy inaczej, wędrownych.

Sycylia, przez którą wędrują, jest oczywiście biedna i pełna nierówności, ale zarazem jakoś sielankowa. Czytając „Miasta świata”, można zrozumieć, że to właśnie Sycylia wydała Teokryta. Ojciec i syn przeganiają owce, robią ricottę, sprzedają ją w barokowych miasteczkach. Życie jest trudne, człowiek jest biedny i cierpiący, ale pociesza go przyroda, wędrówka i spotkanie z drugim człowiekiem. Zwłaszcza to najważniejsze: między ojcem i synem – relacja pierwotna, najsilniejsza, najstarsza relacja świata.

W tym ostatnim temacie kryje się może rozwiązanie tajemnicy nieukończenia powieści. Vittorini pisał ją latami, publikował fragmentami, zarzucał, powracał, znowu zarzucał. Wiele pisano o rozczarowaniach tych ostatnich lat pisarza. Po interwencji sowieckiej w Budapeszcie Vittorini odsunął się od komunizmu. Stale też był niezadowolony z własnych osiągnięć, zawsze miał w technice pisarskiej jakieś opóźnienie – nim skończył pisać, uważał, że potrzeba jeszcze nowszych środków wyrazów.

Być może jednak najważniejsza była tu choroba i śmierć syna Vittoriniego, a później choroba i poczucie nadchodzącej śmierci jego samego. Syn i ojciec odchodzą. Ich dalsza wspólna wędrówka staje się niemożliwa. Nie da się o niej pisać. Opiewanie jej nie da już pocieszenia. A może gorycz skazi sposób, w jaki się ją przedstawi.

Credo Sycylijczyka

Jest taki fragment w powieści „Ludzie czy nie?”, gdzie Vittorini wprost przedstawia swoje pisarskie credo. Mimo wszelkich rozczarowań i przemian, wydaje się, że jest ono wspólnym mianownikiem całej twórczości sycylijskiego pisarza. „Interesować się ludźmi i ich sprawami, przyglądać się im ze wszystkich stron, rozmawiać z nimi o wszystkim, co robią lub zamierzają robić, o ich walkach i klęskach; szukać przyczyn tego, co robią, ale równocześnie pomagać im”, pisze Vittorini. „Tkwić w środku życia i równocześnie je obserwować”.

Fascynujące jest to, że Elio Vittorini robił to właściwie w każdej swojej powieści, ale w każdej z nich robił to do pewnego stopnia inaczej.

Elio Vittorini, „Miasta świata”, przeł. Radosław Kłos, wyd. Austeria, Kraków 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2025

W druku ukazał się pod tytułem: W środku życia