Lubieżne zioło rukoli

W nienapisanej historii skoku Polaków ku światowemu życiu poszczególne rozdziały powinny brać tytuły od potraw, składników i stylów kulinarnych. Warszawski spór o wyższości rukoli nad rzeżuchą to przykład najświeższy.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Achim Sass / CORBIS
/ Fot. Achim Sass / CORBIS

Mieszkańcy osiedla powstającego na opłotkach warszawskiego Wilanowa nie chcieli mieć w adresie ulicy Rzeżuchowej i poprosili o zmianę tej nazwy na ulicę Rukoli. Chociaż ta okolica to na razie bezkształtny ugór, nie zasługujący nawet na miano ścierniska z piosenki Golców, niebawem zajęcze nory ustąpią miejsca nowemu legowisku leminga.

Spór o nazewniczą zieleninę wypełnia stereotyp stołecznej nowej klasy średniej tak doskonale, że aż trudno w to uwierzyć, ale wszystko stoi jak byk w protokole Rady Warszawy: swojskiej rzeżuchy broniła radna PiS, a że z rukolą „będzie bardziej nowocześnie”, zapewniał działacz SLD; przedstawiciele Twojego Ruchu milczeli, zapewne dlatego, że nie obchodzą ich sałatki, a tylko ziele przyjmowane drogą wziewną.

Toponomastyka to w Warszawie dziedzina pełna okrutnych kpin z rozumu i przyzwoitości – proszę choćby sprawdzić w internecie, jak wygląda ulica Sacharowa na przedłużeniu ulicy Duracza. Stół i kuchnia niech będą nam schronieniem przed dziejowymi krzywdami, dlatego spór o wyższość rukoli nad rzeżuchą potraktujmy z dobrotliwym dystansem jako przykład niekończącego się starcia swojskości z cudzoziemsczyzną, które oprócz domeny stroju właśnie w obyczajach okołostołowych najwyraźniej się zaznacza. W nienapisanej historii skoku Polaków ku światowemu życiu poszczególne rozdziały powinny brać tytuły od potraw, składników i stylów kulinarnych.


Rukola z pewnością byłaby na poczesnym miejscu, w jej przypadku nie chodzi przecież tylko o momentalną modę jednego sezonu, ale trwalszy – co najmniej już 20 lat – trend jedzenia surowego zielska z dodatkami. Czegośmy się nie nauczyli od babci sypiącej rzeżuchę do twarożku, tośmy przyswoili od Włocha, kładącego na „łóżeczku” z rukoli wióry parmezanu i, dajmy na to, orzechy, gruszkę lub truskawki.

To połączenie zresztą wcale nie jest aż takim znowu filarem włoskiej kuchni, pojawiło się tam w latach 80. XX wieku w ramach przystosowywania wizualnie efektownej i za to smętnej dla żołądka nouvelle cuisine do potrzeb codziennego jedzenia przyrządzanego na jednej nodze w domu. Nic w tym zresztą złego, większość tego, co z włoskiej kuchni znamy, to powojenne wynalazki i adaptacje – a taki np. oczywisty wydawałoby się deser jak tiramisu pojawia się po raz pierwszy w dokumentach dopiero w latach 70.

Nazwa (postaw mnie na nogi) sugeruje afrodyzjakowe zastosowania, chociaż minęło za mało czasu, żeby jego przydatność w tym zakresie ustalić naukowo. Rukola natomiast ma pod tym względem udokumentowany rodowód: zapewne tylko z braku czasu, a nie z powodu niewiedzy modernizacyjnie wzmożony radny nie zacytował na złość prawicy Owidiusza. W „Sztuce kochania” roztropnie odradza kochankom faszerowanie się paskudztwami, ale upartym pozwala na korzystanie m.in. z „lubieżnego ziela” (herba salax). Jeszcze w połowie XVI w. w „Emblematach” Alciatiego, będących swego rodzaju katalogiem obiegowych memów (renesansowe demotywatory), żądza to Faun z wieńcem rukoli na kudłatych, lubieżnych skroniach. Obawiam się wszelako, że seksistowski wzrok, z jakim patrzy na nimfy, i fallokratyczne atrybuty dyskwalifikują ten drzeworyt jako graficzne tło dla facebookowej grupy, którą mieszkańcy przyszłej ulicy Rukoli założą, żeby załatwiać sąsiedzkie porachunki i wymieniać się przepisami na sałatkowe detoksy.


Trudno się spodziewać, żeby chcieli oni jadać rzeżuchę, chociaż rośnie u nas jak głupia okrągły rok i dzięki wyrazistemu smakowi pozwala znacznie ograniczyć ilość soli potrzebnej do sałaty czy kanapki. Każda niemal litera w jej nazwie to potencjalny błąd, lepiej więc wszystkie dobroczynne składniki listków przyswoić w formie pigułki. Jeszcze większego pecha ma rukiew, kolejna zielenina łatwa do uprawy w naszym klimacie, ale obarczona równie obciachowym brzmieniem, o jedną głoskę oddalonym od brukwi, skalanej nieodwracalnie w potocznym skojarzeniu wojennym głodem i brudem. Tymczasem Francuzi i Brytyjczycy chrupią liście rukwi w dużych ilościach dla ostrawego, podobnego gorczycy smaku. Może wystarczyłoby zmienić nazwę na cress – i rzucić od niechcenia, że jedli to podczas wesela książę William i Kate? Ciężkie jest życie snoba, wszak jedno z najważniejszych zagłębi sklepowych ma w Warszawie przy ulicy Burakowskiej...

Na buraczane peany przyjdzie jeszcze czas, teraz zaś, skoro już mowa o rukoli – jedna rada: świetnie się nadaje do „podkręcenia” smaku makaronu w klasycznym sosie aglio-olio-peperoncino, właśnie zamiast tej ostrej papryczki, jeśli kto ma słabszy żołądek. Pamiętajcie tylko, żeby pokruszyć ją w ostatnim momencie palcami, nie siekać broń Boże nożem – żaden liść nie lubi, gdy się go traktuje żelastwem – i dodać do makaronu w momencie, gdy podsmaża się go szybko w nasiąkniętej czosnkiem oliwie, na sam koniec, żeby nie przegrzać, bo to jest kolejna rzecz, której ta lubieżna panna nie lubi. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 05/2014