Sycylia fatalna

Na Sycylii każdy z nas był wiele razy: na papierze i na celuloidzie. Tam wszystko może się zdarzyć. Byle polała się krew i łzy.

02.09.2013

Czyta się kilka minut

Renato Guttuso, „Vucciria” / il. Dzięki uprzejmości uniwersytetu w Palermo
Renato Guttuso, „Vucciria” / il. Dzięki uprzejmości uniwersytetu w Palermo

Sycylia ma oczy kobiety i głos mężczyzny. Jedna noga jest wrośnięta w wyschniętą ziemię, druga bierze rozbieg do ucieczki. Za ocean, a przynajmniej do morza, bo ląd staje się zbyt wielkim ciężarem. Cola Pesce, czyli Mikołaj Ryba – pół mężczyzna, pół ryba ze średniowiecznej legendy – był królewskim sowizdrzałem i prawił, że Sycylii nie zatapia morze, gdyż „podtrzymują ją trzy ogromne filary, w tym jeden pęknięty”. Pewnego razu król rozkazał Coli zanurkować w morzu tak głęboko, by odnaleźć kulę armatnią wystrzeloną z cypla w Mesynie. Cola dopłynął do kuli, ale już nie wrócił: „Zrozumiał, że znalazł się w zastygłej przestrzeni, w której nie może płynąć, i pozostał tam już na zawsze”.

Wyspa mami swoją pozorną niezmiennością: „odwieczną ciszą pasterskiej Sycylii”. Leży w centrum Mezzogiorno, krainy nad Morzem Śródziemnym, konserwatywnego tygla kultur, zamienionego w literaturze w oniryczno-apokaliptyczny obrazek. Pisali o nim Wolter, Goethe, Rilke, Tocqueville. Ponieważ „dużo bliżej stąd do Tunisu niż do Rzymu”, skrawek lądu rzucony między trzema morzami stanowił ostatni europejski przystanek w podróży do Maghrebu i dalej do Lewantu. Niektórzy, zaskoczeni orientalnością Sycylii, na tym kończyli wojaże, rozkoszując się „bezpieczną” namiastką przygody.

„Nasza zmysłowość jest pragnieniem zapomnienia, nasze strzelaniny i pchnięcia nożem są pragnieniem śmierci, pragnieniem zmysłowego letargu, a więc znowu śmierci, jest nasze lenistwo, nasze napoje ze skorzonery i cynamonu” – tłumaczy książę Salina reformatorowi z północy Włoch w najsłynniejszej sycylijskiej powieści – „Lamparcie” Lampedusy. Nieufna senność i monotonia, gwarantowana przez mafię, raz po raz przyciąga tych, którzy chcą ją ostatecznie rozgryźć. Jak Empedokles skaczą do Etny, wierząc, że okażą się nieśmiertelni.

Peter Robb, australijski dziennikarz i obieżyświat, którego literacki reportaż „Sycylijski mrok” właśnie trafia do księgarń, to człowiek swoich czasów. W gorących zakątkach świata szuka ponętnych tematów na ekscytujące opowiastki o mackach władzy. Podlewa je literacko-antropologicznym sosem, i robi to z dużym wyczuciem – wie, kiedy przestać, by przyprawy nie zabiły smaku mięsa. Do Mezzogiorno podróżuje regularnie od lat 70. Dumą napawają go pogróżki od miejscowych bossów. Jego książka, hołubiona w anglojęzycznym świecie, nie może się wciąż doczekać włoskiego przekładu. Czyżby mogła doprowadzić do podgnicia wizerunku wyspy, już dawno zmumifikowanego w popkulturze? Angielski podtytuł „Sycylijskiego mroku” brzmi „O sztuce, jedzeniu, historii, podróżowaniu i cosa nostrze”. Świetnie oddaje charakter tego miksu, który, zgodnie z prawem inżyniera Mamonia, musi się podobać.

Robb rozpisuje Sycylię na role wykute na pamięć, opowiada dobrze znane opowieści, relacjonuje relacje, mitologizuje mity. I jest w tym wiarygodny. Doprowadza swoją historię wyspy do 1995 r., a my wierzymy, że czas się tam zatrzymał.

RAJ UTRACONY

Literacka Sycylia to koniec świata, który zawsze aspirował do bycia jego pępkiem, a kiedy wielki świat wreszcie się o niego upomniał, wyspę spowiła atmosfera żałoby po lepszych czasach, po bukolicznej idylli prowincji. Tu Pluton uprowadził Prozerpinę, Teokryt poświęcił wyspie swoje sielanki, a Katon nazywał sycylijskie latifondi „spichlerzem Republiki, niańką, której pierś karmi rzymski lud”. Pod urokiem byli także arabscy najeźdźcy. „Pomarańcze dojrzewające na tej wyspie są niczym ogień na oliwnych gałęziach / Cytryny niczym bladość kochanka po wielu nocach rozłąki” – pisał Abd ar-Rahman.

„Krwawe nieszpory” z 1282 r., powstanie przeciw Andegawenom, rozpoczęło kilkusetletnie przeciąganie Sycylii między rodami królewskimi Europy przy biernym przyzwoleniu mieszkańców. Może dlatego Wolter podaje Sycylijczyków jako przykład ludzi, którzy „nienawidzą swych panów i buntują się przeciw nim, lecz nie dokonują żadnego realnego wysiłku prowadzącego ku wolności”.

Ściany sycylijskich domostw przenika antymodernizacyjny duch czasu i – jak przekonuje Joanna Ugniewska – „poczucie niższości przeplata się z przekonaniem o własnej doskonałości”. Ponurym powidokiem tego drugiego są katakumby u kapucynów w Palermo, gdzie każdy może zobaczyć dziesiątki mumii przednowoczesnej socjety w adamaszkach i taftach. Cieniem tutejszego kompleksu niższości jest „wyspotność”, o której mówił Gesualdo Bufalino, pisarz wierny prowincji Mezzogiorno – czyli izolacja zmieszana z zależnością. Jej bardem jest również Matteo Collura, którego „Na Sycylii” ukazało się niedawno po polsku: „W dzieciństwie zdarzało mi się słyszeć zdanie, które, nie wiedzieć czemu, mnie przygnębiało: »zesłali go na wyspę«. Albo: »niech uważa, bo skończy na wyspie«”.

Czyżby widmo „wyspotności” odwodziło Stendhala, który nie otrzymał paszportu lub za słabo się o niego starał? „Podróż na Sycylię, o ile kiedykolwiek będę mógł ją odbyć, przynosi korzyść z dwóch powodów: natura ludzka jest tam równie silna i ciekawa dla badacza, jak natura roślin i skał” – notuje w dzienniku w marcu 1811 r.

Kluczem do Sycylii pozostaje wciąż „Lampart” Giuseppe Tomasiego di Lampedusy, arystokraty. Drąży on temat jej cudownego fatalizmu i „abstrakcyjnego makiawelizmu Sycylijczyków, który często doprowadzał tych szlachetnych z natury ludzi do wznoszenia skomplikowanych rusztowań przebiegłości opartych na bardzo chwiejnych podstawach” – jak twierdzi książę Salina. Z sukcesu powieści najmniej byli zadowoleni Sycylijczycy. Fabuła okazała się niewierna ich wyobrażeniom. Książę di Verdura, jubiler hollywoodzkich gwiazd i wnuk pary, która była pierwowzorem Tancreda i Angeliki, obraził się na kuzyna za przeinaczanie rodzinnej historii, kardynał Ruffini za szkalowanie sycylijskich elit, a Leonardo Sciascia za przemilczanie społecznego raka, czyli mafii. „Gdyby Stendhal znalazł kiedyś czas, by udać się w wymarzoną podróż na Sycylię, mógłby napisać taką powieść sto lat wcześniej” – wyrzucał arystokracie. A przecież, jak zauważa Robb, „Lampedusa nie pisze o mafii, ale zaznacza jej wszechobecność”.

Starsi Sycylijczycy twierdzą, że „Sycylia została wyzwolona przez Lucky’ego Luciana, Vita Genovesego oraz armię amerykańską”. Kolejność nieprzypadkowa. W czasie desantu wojsk alianckich w lipcu 1943 r. z nieba spadła żółta, jedwabna chusta z wyszytym „L”. Szeptano, że w samolocie, z którego ją zrzucono, był Salvatore Lucania, chłopak stąd, znany jako Lucky Luciano – potem bohater wielu hollywoodzkich filmów o mafii. W 1946 r. rzeczywiście znalazł się we Włoszech, po „politycznym” zwolnieniu z amerykańskiego więzienia. Czy był tam już wcześniej, jak jego kompan Genovese? Czy to ważne? Dramaturgia nie ucierpi na odrobinie fikcji.

MROCZNY PRZEDMIOT POŻĄDANIA

Dla Robba symbolem „wyspotności” jest ręcznie robiona kasetka na noże z olbrzymim amerykańskim orłem na wieku. Prawdziwa pamiątka z Sycylii dla wyśnionego „dobrego” imperialisty. Żaden Amerykanin jej nie kupił, pięćdziesiąt lat po wojnie wciąż tkwi na Sycylii, na strychu. W rozmowie z Leolucą Orlandem, pierwszym antymafijnym burmistrzem Palermo, dominuje ambiwalentne poczucie schyłku. Kończy się koszmar wszechobecnego układu, ale od Sycylii odwraca się uwaga Ameryki. Nie ma już tych wszystkich braci Kennedych fotografujących się z Salvatorem Limą, poprzednikiem Orlanda i człowiekiem mafii. Ceną za utrzymanie Włoch po nie­komunistycznej stronie mocy było uczynienie z Sycylii tajnego „pięćdziesiątego pierwszego stanu USA” z małymi miasteczkami na czele: Montelepre, Partinico, Bagherią, Marsalą i, oczywiście, Corleone, z którego pochodził Salvatore Riina, capo di tutti capi lat 80. i początku 90.

To wówczas, jak głosi tytuł sławnego reportażu Claire Sterling, Sycylia rządziła światem. Oportunistyczny szacunek, którym darzą się karabinier Bellodi i don Mariano z debiutanckiej powieści Sciascii „Dzień Puszczyka” (1961, pol. wyd. 1967), zasnuł całe Włochy. Przypomniano sobie słowa Gaspara Pisciotty, jednego z pierwszych, którzy zaczęli sypać: „Bandyci, policja, państwo to wszystko jedno ciało, jak Ojciec, Syn i Duch Święty!”.

Dopiero w latach 80. pojawiają się nieugięci sprawiedliwi, zdecydowani na wojnę z mafią. To postacie do szpiku literackie – na wszystkie cosa nostra wydała wyroki śmierci. Generał Dalla Chiesa, prefekt Palermo, pisze listy do zmarłej żony, prosząc ducha Doretty o ochronę, ale zostaje zabity wraz z drugą żoną. „Zaduszki to dla nas wielkie święto. Dajemy wtedy słodycze z twardego jak kamień cukru, zwane główkami śmierci. Samotność, pesymizm i śmierć to główne wątki naszej literatury, od Pirandella po Sciascię” – mawiał sędzia śledczy Giovanni Falcone. Ku zaskoczeniu wielu, w czasie wielkiego procesu mafii Sciascia staje po stronie cosa nostry, sugerując, że nieugięci stosują wobec niej... totalitarne metody. W maju 1992 r. pod autostradą, którą jedzie Falcone, znalazło się pół tony wybuchowego plastiku. Jego współpracownik Paolo Borsellino ginie dwa miesiące później pod drzwiami mieszkania matki od wybuchu samochodu-pułapki. Szekspirowski dramat z ojcem chrzestnym, wieloletnim przywódcą chadecji i premierem Włoch Giulio Andreottim, trwa aż do kasacji jego wyroków za konszachty z mafią.

MATKI CHRZESTNE

„Wszyscy mężczyźni polegli w vendettach albo również wyemigrowali do Ameryki czy Brazylii bądź do jakiejś innej prowincji na włoskim lądzie stałym”; tylko „kobiety poumierały ze starości”. Takie miasteczko Corleone zastaje Michael, bohater „Ojca chrzestnego”, sławnej powieści Mario Puzo, kiedy po własnej vendetcie musi ukryć się w krainie przodków.

Bez kobiet nie byłoby rodzin cosa nostry, a może, jak przekonuje Robb, całej „naszej sprawy”. Mafia katalizuje stłumiony domowym matriarchatem testosteron?

Tutaj nie ma miejsca na feminizm małych kroczków, każdy bunt wydaje się sprzeciwem wobec całego systemu. „Wyraźne odbicie kobiecej twarzy w kałuży ciemnej, jeszcze niezakrzepłej krwi, która spłynęła z przykrytego białym całunem ciała (...)” – kiedy Letizia Battaglia przygotowuje wystawę fotografii martwych i żywych mieszkańców Palermo, na zdjęciach częściej niż mafijne wdowy widać ofiary przemocy domowej. Wernisaż odwołano.

A jednak literacka Sycylia to kobieta, bo ci ikoniczni mężczyźni to głównie oriundi, czyli emigranci, od lat żyjący w USA. Tym, co ostatecznie przetrwa zakleszczone w pamięci, nie będą zmieniające się twarze raz po raz odstrzeliwanych capi mafiosi. Pozostanie wirująca w tańcu biała suknia Angeliki i skrywająca upokorzenie duma Concetty z „Lamparta” oraz dziewicze piersi Apolonii, pierwszej żony Michaela Corleone. Autor próbujący opisać Sycylię przypomina raczej Kay, jego drugą żonę. Poddaje się regułom wyspy, traci chłodny dystans, widzi tylko to, co ma zobaczyć.

UCZTA W RUINACH

„Najobfitsze bazary, najzasobniejsze, najbardziej odświętne i barokowe znajdują się w ubogich krainach, nad którymi zawsze unosi się widmo głodu” – na dowód Sciascia przywołuje targ Vucciria, „żołądek Palermo i jego serce”. Najwspanialszy jest na obrazie Sycylijczyka Renata Guttusa, który z zadziwiającym spokojem godził marzenie o sycylijskim rogu obfitości z wiarą w komunizm i w katolickie obrządki. Jego pogrzeb w 1987 r. staje się manifestacją żałoby po komunistycznej, onirycznej dekadencji, dziwnym tworze, możliwym tylko we Włoszech. Oczywiście jego śmierć, mimo że naturalna, nie może być zwyczajna. Umierający adoptuje swojego sekretarza i czyni jedynym spadkobiercą, a katoliccy dygnitarze ponoć odseparowują go od długoletniej kochanki Marty Mazzotto. To opowieść jak u Pirandella (też Sycylijczyka). Istnieje tyle różnych prawd, że trudno ułożyć je w całość – wspomina Sciascia.

Z kolei inny obraz Guttusa, „Kobiety wchodzą i wychodzą z pokoju”, przypomina Robbowi plac przed kościołem San Domenico, który po zmroku staje się enklawą transwestytów i transseksualistów. Świątynia z XV wieku przetrwała naloty z 1943 r., w przeciwieństwie do wielu zabytków starówki Palermo. Kilka dekad po wojnie ruiny – wśród zbombardowanych rezydencji jest także palazzo Lampedusów – pozostają ruinami: „Schody nadal prowadziły donikąd, przez okna prześwitywał błękit, z murów wyrastały chwasty, a drewniane więźby dachów sterczały ku niebu niczym żebra gnijącej padliny”. Jakby w misternych, lekko przesłodzonych witrażach w stylu art noveau zbić szkło i zostawić same stelaże. Stare miasto mogłoby być planem wojennej superprodukcji (czy dlatego Palermo, mimo sączącego się z nieba upału i cienia dawanego przez lekko unoszące się na wietrze liście palmowe, przypomina mi Łódź? Niedawno w centrum mojego miasta kręcono sceny do filmu o powstaniu warszawskim...). Kontrasty sięgają wzgórz miasta Corleone, które zaniedbane, prowincjonalne, odpychające zapachem owiec i spalin alfa romeo, ma specyficzne centrum życia – „nieskazitelnie utrzymany” cmentarz, pachnący mieczykami.

Woń śmierci nie ima się tylko sycylijskiej kuchni. Oto smuga bezwstydnej rozkoszy w krainie krwi i łez. Od Arabów Sycylijczycy nauczyli się suszyć makaron, niegdyś zwany we Włoszech maccaroni siciliani. Spaghetti z jeżowcami albo pasta con le sarde, z surowymi sardynkami, dzikim koprem włoskim, orzeszkami pinii i szczyptą szafranu – z kucharzy czynią poetów. Cannoli, chrupiące rurki z ricottą i kandyzowanymi owocami, to talizman płodności, niegdyś podawany nowożeńcom. W upalne dni ochłodę dają gelati, dawniej przygotowywane na bazie śniegu z wierzchołka Etny (jego eksportem już w XIX wieku zaopiekowali się „ludzie honoru”). A jeszcze trzeba skosztować przysmaku łączącego wszystkie smaki świata, bo „kto nie spróbował caponatina z bakłażanów, ten nigdy nie dostąpił choćby przedpokoju raju na ziemi”.

Nic nie szkodzi, że to nie do końca tak, że patos skrywa realność. Guttuso mówił o swojej wyspie, że „można tam znaleźć dramaty, sielanki, idylle, politykę, gastronomię, geografię, historię, literaturę. W końcu znajdujesz wszystko, tylko nie prawdę”. Ona jest najbardziej sycylijskim z kłamstw.

Peter Robb „Sycylijski mrok”, przeł. Bohdan Maliborski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.


Korzystałam z pracy „Literacki pejzaż Sycylii” pod red. Anny Tylusińskiej-Kowalskiej, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2011.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2013