Nie bądź jak szef OpenAI: używaj właściwej oliwy. Zwłaszcza do pesto z orzechów włoskich

Nie tylko Sam Altman ma z tym problem: używanie lepszej oliwy, niż jest wskazane w danej potrawie, obserwuję też w waszych kuchniach, moi drodzy i moje drogie. Zajrzyjcie do przepisu, jak to się powinno robić.
Czyta się kilka minut
Zbiór oliwek w Arezzo w Toskanii // Fot. Alberto Fornasari / Shutterstock
Zbiór oliwek w Arezzo w Toskanii // Fot. Alberto Fornasari / Shutterstock

Dwa miliardy dolarów osobistego majątku to wcale nie tak dużo w świecie nababów kształtujących nasze wyobrażenia o tym, jak urządzony jest świat. Nawet jeśli co rano, mieszając owsiankę i krojąc szczypiorek do twarożku, krzyczymy „zjadać bogatych!” i chcielibyśmy się od nich różnić we wszystkim, to i tak są oni jak hak, na którym pod sufitem zawieszona jest nasza rozchybotana drabina społeczna. Ktoś o zacięciu żurnalistycznym mógłby rzec o nich elegancko, że stanowią horyzont aspiracji w danej kulturze. 

Ale w mojej kuchni już coraz rzadziej trafia się gazeta: sąsiedni Empik przestał sprzedawać prasę codzienną, a kioski odeszły w krainę łzawych kanałów ze zdjęciami dla urodzonych w XX wieku. Kiedy przez cały wrzesień miałem raz po raz stół zasłany grzybami do oczyszczenia, trzeba było podkładać papier pakowy albo rozcięte sklepowe torby z odzysku.

Majątek Sama Altmana: inwestycje w Uber i Airbnb zamiast akcji OpenAI

Tym przyjemniej było mi dostać prosto z Londynu rzadki, brzemienny w treści prezent: płachtę gazety biznesowej o charakterystycznym łososiowym kolorze. Co prawda nigdy nie jadłem łososia w kolorze „Financial Times”, dla moich oczu to raczej odmiana różu, ale to drobiazg. I z niej się właśnie dowiedziałem, co znaczą dwa miliardy majątku Sama Altmana, szefa najważniejszej firmy ze świata sztucznej inteligencji. Jako się rzekło, to zaiste orzeszki przy takich np. czterystu, jakie jest „wart” Elon Musk, jeśli w ogóle wartość i pochodne tego słowa mają w kontekście tego pana jakieś rozpoznawalne znaczenie. 

Altman tych swoich skromnych miliardów nie zarobił na AI i nie posiada akcji swojej firmy, która na razie działa jak wysokokaloryczny palnik do pieniędzy. Uzbierał je wcześniej, dzięki bystrym inwestycjom w przedsiębiorstwa może mniej inteligentne, ale za to, niestety, wszechobecne i niezastąpione, takie jak Uber czy Airbnb.

Najwięcej jednak inwestuje w siebie, w długowieczność. Uważa zatem na to, co je. Chwalebne, ale posuwa to do przesady, na którą może sobie pozwolić, bo jest bogaty i kieruje potencjalnie najważniejszą firmą naszej dekady. Dlatego właśnie stać go było, żeby po raz pierwszy w historii odwrócić porządek cenionej rubryki „Lunch with the FT” – czyli cotygodniowego wywiadu nagrywanego dla weekendowego wydania gazety w trakcie obiadu w wybranej przez gościa restauracji. Restauracja i jadłospis stanowią istotny element rozmowy. Przełamuje to lody i pozwala dziennikarzowi rozluźnić atmosferę. W cyklu występowali wszyscy wielcy albo prawie-wielcy (Donald Trump pojawił się już w 2013 r. – wysmażony na podeszwę stek i dietetyczna cola), a także niebanalne postaci wydobyte przez bystrych redaktorów z cienia i w ten sposób wyróżnione. Cokolwiek pojawia się na rachunku, i tak głównym daniem jest prestiż.

Sam Altman w kuchni: makaron, czosnek i oliwa 

Altman odmówił zjedzenia na mieście (czyli w San Francisco). To zbyt ryzykowne. Postawił warunek: wywiad odbędzie się u niego w domu i to on gotuje. Zrobił makaron aglio e olio (w „kalifornijskiej” wersji, tak napisali, cokolwiek to może znaczyć... może dodał siekanych migdałów? To nie byłoby wcale głupie). I sałatę. Rozmowa jak rozmowa, nie powiedział chyba nic, czego byście o AI oraz mentalności jej twórców nie wiedzieli, także dzięki autorom „Tygodnika”. Ale ten makaron... 

W trakcie przygotowań do wywiadu nagrano promocyjny filmik z Altmanem przy kuchni. Redakcja „FT”, w ramach małej zemsty za fatygę, poddała potem analizie różne detale. Aż przykro patrzeć, jak idealnie pasują do stereotypu nadętej ostentacji. Czosnku Altman posiekał ze trzy główki: jeśli nie planował posiłku dla tuzina osób, to tylko dowód, że w jego świecie wszystko musi być na maksa. A nóż? Ładnie wyglądający santoku, ale riserczerzy gazety doszli po detalach do tego, że to źle zaprojektowane byle-co, świadczące o braku pojęcia jego właściciela.

Ale już najgorzej było z oliwą. Widzimy dwie butelki marki sprzedawanej w sieci Whole Foods. Znanej z dobrej jakości i solidnego pochodzenia, ale grubo poniżej tego, co sobie wyobrażam, że bym robił, gdybym miał choć dwa miliony. Jeździłbym wtedy osobiście do niewielkich producentów nad jezioro Garda – to mały, więc szalenie drogi region oliwny – i kupowałbym na zapas oliwę w stalowych bańkach. Dwa jej rodzaje – niefiltrowaną i wyrazistą do użytku na surowo oraz rafinowaną na patelnię. 

Na tym właśnie polegał największy obciach u Altmana: miał na blacie dwie różne butelki tej samej marki i chcąc podsmażyć czosnek, sięgnął bezmyślnie po tę bardziej „dziewiczą”, do sałatek. „Wyrzucanie pieniędzy w błoto i obraza dla sztuki ogrodniczej” – skwitowała bezlitośnie gazeta.

Kuchnia Altmana – luksus czy marnotrawstwo

No, bez przesady. Kto z nas nigdy nie pozwolił sobie na tę perwersyjną formę luksusu, jaką jest niewielkie marnotrawstwo? Ale piszę ten mały moralitet dlatego, że używanie lepszej oliwy, niż jest wskazane w danej potrawie, nagminnie obserwuję w waszych kuchniach, moi drodzy i moje drogie. Naprawdę, to żaden wstyd mieć pod ręką oliwę z dyskontu czy jakiś generyczny no name z Hiszpanii. Szlachetna oliwa prosto od chłopa, zieloniutka i mętna jak woda z sadzawki za stodołą, zawiera substancje, które nawet średnio podgrzane przestają być dobroczynne. Poza tym taką oliwę krócej można przechowywać. Rok od tłoczenia, półtora, jeśli w mroku i chłodzie.

Właśnie zaczyna się sezon nowych zbiorów, ostatni zatem moment, żebyście zużyli resztę tych lepszych oliw – bo te zwyczajne do smażenia mogą sobie postać jeszcze drugi rok – i zaczekali do stycznia, kiedy pojawią się nowe butelki. Szacuje się, że po paru latach chudych sezon będzie dobry, więc może będzie nas jeszcze stać. Czosnku też nie zabraknie. I przez chwilę poczujemy się nawet mądrzejsi niż Sam Altman.

Pesto z orzechów włoskich // Fot. Christian Jung / Adobe Stock

Pesto z orzechów włoskich

Jakość oliwy gra kluczową rolę we wszelkich sosach do makaronu robionych „na surowo” – z jego zieloną wysokością pesto bazyliowym na czele. W Genui znajdziecie dogmatyków, którzy będą się bez sensu upierać, że oliwa musi pochodzić z okolic miasteczka Taggia. Zważywszy na jej cenę, równie dobrze mogliby doradzić, żeby dosypać złota w płatkach. Różnego rodzaju pesta z liści – bazylii, rukoli itd. – znajdziecie w archiwum naszej rubryki. Takoż niedawno gotowaliśmy tu pesto z Trapani na bazie pomidorków i migdałów. Dziś zatem zróbmy coś, na co akurat jest sezon, bo są już lekko podsuszone orzechy z tegorocznego zbioru.

  • 250 g orzechów włoskich łuskanych
  • 100 g miękiszu jasnego chleba bez skóry
  • 100 ml mleka
  • 1 ząbek czosnku
  • dwie garści parmezanu
  • 10 łyżek oliwy
  • majeranek

Nasączamy chleb mlekiem, odciskamy, przekładamy do miksera. Dodajemy czosnek, z grubsza posiekane orzechy, parmezan. Miksujemy krótko, aż się wszystko połączy, dolewamy stopniowo oliwę i dalej miksujemy, aż uzyskamy nie całkiem gładki i dość gęsty sos. Przekładamy do dużej miski. Kiedy makaron będzie już prawie ugotowany, dolewamy do sosu trochę wody z garnka, mieszamy, żeby stał się rzadszy, o konsystencji gęstego jogurtu, przekładamy kluski, intensywnie mieszamy, ewentualnie dolewając jeszcze nieco wody. Na wydaniu warto posypać odrobiną majeranku (to zioło rzadko występuje w kuchni włoskiej, ale akurat w Ligurii, skąd pochodzi danie, się je stosuje). 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Obciachowa oliwa