Na amerykańskie rozpasanie mamy odpowiedź: brukiew

Droga do ponownej „wielkości” USA, droga do kraju, który budzi podziw, a nie trwogę zmieszaną z litością, biegnie także przez wyjście z koszmarnego kryzysu żywnościowego. Wywołanego nie głodem, suszą czy szarańczą, lecz przeciwnie: chronicznym nadmiarem.
Czyta się kilka minut
Mahemud / Adobe Stock
Mahemud / Adobe Stock

Trzy Korony w Pieninach to w rzeczywistości pięć odrębnych skał. Czy w krainie, gdzie jeszcze na ścianach widać prostokątny ślad po portrecie Najjaśniejszego Pana, można w ogóle wierzyć oczom i liczyć prawdę na palcach? Gdy Banach z kolegami w nieodległym Lwowie wytyczali ołówkiem na blacie w kawiarni fundamenty dzisiejszej matematyki, nie pytali przecież Euklidesa o zdanie. Prosta logika na nic się tu nie zda. Pieniński szczyt nazwano w ten sposób, bo każdy mieszkaniec Galicji rodzi się i umiera w cieniu trzech koron, które krakowski arcybiskup od tysiąca lat ma w herbie. Orzeł biały, powiadacie? Owszem, też się go tu widuje.

Gdyby istniał galicyjski ruch separatystyczny, mógłby nabyć tanio wiele trójkoronnych blaszek, bo król Danii właśnie wyrzucił z herbu pole, które je zawierało. Duńska monarchia miała je na pamiątkę średniowiecznej unii łączącej państwa skandynawskie. Po jej rozpadzie symbol wzięli sobie Szwedzi (kojarzycie koszulki szwedzkich hokeistów?), ale w traktacie rozwodowym pozwolili Duńczykom go zachować, choć potem dużo było z tego powodu kwasów. O co teraz, po czterystu latach, chodzi królowi w Kopenhadze? Spróbujcie sobie wyobrazić, że polski monarcha, gdybyśmy go nadal mieli, usuwa z herbu Pogoń... Współczesna Litwa byłaby zadowolona, ale to jednak historyczna amputacja. Otóż trzeba było zrobić więcej miejsca na niedźwiedzia i barana, wcześniej upchnięte w kącie innego pola. I w ten sposób oznaczyć dobitnie Grenlandię i Wyspy Owcze jako składniki państwa.

„A ta woda, te słowa, cóż mogą, cóż mogą, książę” – mówi Fortynbras w wierszu Herberta do duńskiego księcia imieniem Hamlet. Jego obecny następca Fryderyk poza gestem nie ma do dyspozycji niczego, żeby podeprzeć swój rząd w geopolitycznym zamieszaniu wokół Grenlandii, wywołanym przez zamorskie mocarstwo. Śmiesznie mało, a jednak na tym polega czasem słuszny opór, że człowiek robi rzeczy, które pod pewnym kątem mogą wydawać się nieadekwatne, wręcz żałosne. Tamten wymachuje maczugą, straszy wojskiem i cłami, a ci haftują niedźwiedzia, jakby od równych szlaczków na proporcach zależało, kto wygra bitwę.

Po prawdzie to maczugę również znajdziemy na duńskim herbie. Dzierży ją „dziki człowiek” w przepasce z liści na biodrach. To stary motyw heraldyczny, dziś niepoprawny politycznie, a jednak się uchował. I kto wie, może mały, płaski kraj nie będzie całkiem bezradny, bo to dzięki duńskiej firmie i jej nowemu lekowi, o czym żeśmy tu już raz czy drugi mówili, Ameryka zaczęła wreszcie chudnąć. Droga do jej ponownej „wielkości”, takiej rzeczywistej, droga do kraju, który budzi podziw, a nie trwogę zmieszaną z litością, biegnie także przez wyjście z koszmarnego kryzysu żywnościowego. Kryzysu wywołanego nie głodem, suszą czy szarańczą, lecz przeciwnie: chronicznym nadmiarem. Sytością, od której pękły mury wszelkiego umiaru.

W wyborach na naszego niby-króla startuje tzw. wielki Duńczyk, jak złośliwie określa się (z racji urodzenia i wzrostu) jednego z kandydatów. Cenię go. Ale żeby wygrał, musiałoby pójść do urn minimum dziesięć milionów klonów mojej osoby. Straszne. Polska stałaby się nie do wytrzymania. Umówmy się, że pozostanę jeden jedyny, a prezydentem zostanie któryś z dwóch „poważnych” kandydatów. Tymczasem jednak warto czerpać inspirację z tych, co się nie liczą. Małych krajów bez wielkiego wojska i ich dekoracyjnych monarchów, po nocach obradujących z heraldykami. Bo liczą się też gesty, a także siła twórczego umysłu, który wymyśla, jak zatrzymać wielkie epidemie, choćby nie był to akurat wirus, lecz syndrom drugiej dokładki.

Jeden z lwowskich geniuszy, Stanisław Ulam, zatrudniony potem przy tworzeniu bomby atomowej, mawiał: „Jestem czystym matematykiem, który upadł tak nisko, iż jego prace zawierają prawdziwe liczby”. A kawiarnia, choć wiedeńska w stylu, zwana była Szkocką... Wszystko względne. Pozostaje mieć nadzieję, że chociaż ciastka dawali tam słodkie, a lukier nie był ze słoniny.

Krem z brukwi

Jest w obszarze skandynawskim pewne zamiłowanie do brukwi, które podzielam (wiem, jak się ona historycznie kojarzy, ale ileż można nosić traumy?). Taki prosty, rozgrzewający krem może być dobrą odmianą na zimowy obiad.

  • 1 kg brukwi
  • 1 l bulionu warzywnego
  • 50-80 g ryżu (typ do risotta)
  • masło
  • sól
  • kurkuma

Gotujemy ryż w bulionie około kwadransa, aż zmięknie. Brukiew kroimy w drobną kosteczkę i dusimy na maśle pod przykryciem do miękkości (ok. 20 min), podlewając ewentualnie wodą. Przekładamy ją partiami do wywaru z ryżem, ciągle miksując, aż do osiągnięcia gęstej konsystencji. Niestety, potrawa będzie miała bury kolor – podkręcamy ją wizualnie łyżeczką kurkumy, a potem ewentualnie wzmacniamy ulubioną przyprawą (np. kminem). 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Mury umiaru