O historii Wiktorii bardzo ciężko pisać w czasie przeszłym. Stoi przed moimi oczyma – piękna, dumna, postawna, obdarzona nieprzeciętnym głosem oraz wprost genialną muzykalnością. Gdy wchodziła w krąg osób zasiadających na hucznie celebrowanych w Ghanie pogrzebach czy gdy pojawiała się podczas religijnych spotkań w parafii katolickiej w centralnej części kraju – gdzie przez kilka lat pełniła funkcję „prezydenta kościoła” (jak miejscowi potocznie nazywają przewodniczącego rady parafialnej) – natychmiast skupiała na sobie uwagę wszystkich zebranych. Wydawało się, że jej niespożyta energia i charyzmatyczna osobowość zapewnią jej długie, spełnione życie i szacunek całego miasteczka.
„Nasza Mama” czy „Ciocia Wiki” – jak o niej mówiono – we wtorki przez cały dzień sprzedawała plastikowe naczynia i metalowe garnki na miejscowym cotygodniowym targu, wieczorami prowadziła próby parafialnego chóru, w soboty – ubrana w tradycyjny strój ludu Akan, z którego się wywodziła – często jechała reprezentować swój królewski ród podczas rozmaitych lokalnych wydarzeń i uroczystości w regionie. A w niedziele, wcześnie rano przed rozpoczęciem mszy, pojawiała się na placu budowy parafialnego kościoła, aby przypilnować, czy rozstawione są plastikowe krzesła i rozpięte brezentowe baldachimy, które podczas wielogodzinnego rozśpiewanego i roztańczonego nabożeństwa miały chronić wiernych przed skwarem słońca (w porze suchej) lub gwałtownymi opadami (w porze deszczowej).
Gdy przed paru laty po kilku miesiącach nieobecności w Ghanie podróżowałam z Akry do środkowej części kraju, aby kontynuować badania etnograficzne, ze ściśniętym sercem dowiedziałam się, że „wracam w sam raz na pochówek Wiktorii”. Szokująca okazała się nie tylko jej nagła śmierć, ale też po cichu i z trwogą powtarzane pogłoski o tym, że „okazała się czarownicą”.
Rodzinne posądzenia
O czary kilka tygodni wcześniej publicznie oskarżył ją jej niedomagający brat, który wkrótce zmarł – jak podkreślali moi rozmówcy – tuż przed pobraniem swojej pierwszej emerytury z dobrej państwowej posady. Co gorsze, najstarszy syn Wiktorii, który wstawił się za nią podczas rodzinnej debaty, zginął w tragicznym wypadku, jadąc na motorze do nieodległej wioski, gdzie był nauczycielem. Ten ciąg dramatycznych zdarzeń szybko został zinterpretowany jako dowód na działanie czarów.
Nagłą śmierć Wiktorii część osób przyjęła z ulgą, zakładając, że oznacza to koniec złych zdarzeń w rodzinie i sąsiedztwie. Niektórzy jednak nie dowierzali w opowieści o tym, że przed śmiercią Wiktoria miała przyznać się do czarownictwa. – Wiesz, starsi rodu i cała rodzina zabrali ją do lokalnego kapłana [religii tradycyjnej] i ona tam miała wyznać, że w dzieciństwie, gdy miała około dziesięciu lat, stary dziadek przekazał jej moc czarów – powtarzane przez ludzi historie przytoczył Salomon, jeden z moich znajomych, nauczyciel z sąsiedniego miasta, w którym mieszkają liczni krewni Wiktorii. To dzięki czarom Wiktoria miała zajść tak daleko, mimo iż porzucił ją mąż i samotnie wychowywała dzieci. – Ale tego nigdy nie wiesz, czy tak było, z tym przyznaniem się u kapłana. Bo rodzina może specjalnie mówić takie rzeczy, gdy jest z tobą w konflikcie – dodał Salomon.
Fenomen oskarżeń o czary rozpowszechniony w całej Ghanie oraz w wielu innych krajach Afryki Subsaharyjskiej wydaje się pełen sprzeczności. Jak bowiem wyjaśnić to, że w kulturach, w których relacje rodowe i rodzinne oraz wspólnotowe formy egzystencji są bardzo intensywnie celebrowane i pozytywnie wartościowane, oskarżenia o czary z reguły dotyczą członków najbliższej rodziny czy mieszkańców domostwa?
Antropologowie i socjologowie, często afrykańscy, a zatem głęboko osadzeni w rodzimych wyobrażeniach filozoficznych oraz kulturowych, podkreślają wagę relacyjności, solidarności i wzajemności w dominujących na kontynencie koncepcjach osoby. Jestem – bo jestem spokrewniony, jestem – gdyż jestem częścią określonej grupy: to nadal bardzo mocne przekonania, które znajdują odzwierciedlenie w życiu codziennym wielu współczesnych Afrykanów. Stąd taka popularność rozlicznych oddolnie zakładanych stowarzyszeń i grup – sąsiedzkich, religijnych, zawodowych oraz szacunek dla tradycji rodowych i etnicznych. To na nich opierają się rozbudowane systemy wymiany pieniędzy i usług.
Można powiedzieć, że z jednej strony grupa daje siłę – bo wspiera w sytuacji kryzysu. Lecz z drugiej strony grupa ma moc kontroli swoich członków. Ostracyzm i wykluczenie ze wspólnoty to nierzadko śmierć nie tylko społeczna, lecz również po prostu ekonomiczna i biologiczna, bo związana z podstawami egzystencji. Czy Wiktoria okazała się zbyt niezależna z punktu widzenia jej rodu? Czy jej zaangażowanie w wiele różnych grup i relacji – kościelnych, handlowych, społecznych – stanowić mogło transgresję rodzinnych reguł i hierarchii?
Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź. Wśród Akanów – gdzie obowiązuje matrylinearny system dziedziczenia, rola kobiet jest stosunkowo wysoka, a sukces osoby z danego rodu przynosi splendor wszystkim jego członkom. Wielu badaczy wskazuje jednak, że to właśnie rodzinna zażyłość i intymność staje się często polem narastania bolesnych konfliktów, kłótni i zawiści wśród najbliższych. Dodatkowo, współczesna dynamika i szybko zmieniające się warunki życia w Ghanie, rosnąca populacja, pogłębiające się ekonomiczne nierówności, ograniczona przepustowość ścieżek awansu społecznego – wzmagają napięcia pomiędzy „tradycyjnymi” a „nowoczesnymi” ideałami i wartościami. Wbrew oczekiwaniom niektórych obserwatorów życia społecznego, postępująca globalizacja bynajmniej nie zakończyła fenomenu oskarżeń o czary w Afryce.

Obozy czarownic
Współczesne debaty i pytania o czarownictwo najwyraźniej widać i słychać na północy kraju. To zdecydowanie biedniejsza część Ghany, o słabszej infrastrukturze i suchszym, zbliżonym do obszarów Sahelu klimacie. Tamtejsze wioski zamieszkują rolnicy i hodowcy bydła z kilkunastu grup etnicznych. Mimo wielkiej różnorodności etnicznej dominuje dziedziczenie w linii męskiej, a w patriarchalnych rodach zdarza się, że nadal stosuje się tzw. płatności małżeńskie – czyli system posagu w formie „wykupu żony” przez rodzinę męża za krowy lub równowartość kilku lub kilkunastu zwierząt w pieniądzach.
W tradycyjnym systemie przyjęło się, że po zawarciu małżeństwa kobiety zasadniczo przenosiły się do rodziny męża. W razie konfliktu, rozwodu czy wdowieństwa ich powrót do własnych krewnych bywał niemile widziany, gdyż wiązałby się z komplikacjami dotyczącymi rozliczenia „posagu” oraz koniecznością pozostawienia dzieci przy rodzinie biologicznego ojca. Niektórzy badacze właśnie w tych tradycyjnych układach rodowych i ekonomiczno-społecznych dopatrują się przyczyn powstania – prawdopodobnie nawet ponad sto lat temu – specjalnych „osad dla czarownic”.
„Osady” to miejsca, do których rodziny z północnej części Ghany cały czas przywożą podejrzane o czary osoby – w dużej mierze są to kobiety, nierzadko gorzej sytuowane wdowy. Dziś szacuje się, że w kilku takich osadach ulokowanych głównie w północno-wschodniej części kraju mieszka około tysiąca osób, najczęściej pochodzących z dominujących na tym obszarze grup etnicznych Dagombów i Konkombów. Schemat oskarżenia zawsze jest zbliżony – nagła śmierć członka rodziny, nieszczęście wśród sąsiadów, susza, epidemia są tłumaczone jako wynik działania czarów. Czarownika lub – najczęściej – czarownicę trzeba wskazać, wyeliminować z grupy i pozbawić mocy.
To właśnie możliwe jest poprzez wywiezienie do „obozu”, gdzie po złożeniu ofiary i „odczarowaniu” przez lokalnego kapłana czarownica ma tracić swoją moc – gdyby chciała jej użyć, sama od razu by umarła. – Dla nas, Afrykanów, każde zdarzenie ma swoją przyczynę, która powinna zostać poznana i wyjaśniona, by świat wrócił do harmonii – tak jeden z ghańskich znajomych tłumaczy mi szerszy ideologiczny kontekst mechanizmów sprzyjających obwinianiu o czary.
Wykorzystywane
We współczesnej debacie publicznej na temat osad, czy też jak się mówi: „obozów dla czarownic”, dominuje dyskurs o łamaniu praw człowieka, zacofaniu i przesądach. Międzynarodowe organizacje pomocowe prezentują te miejsca niemal jako więzienia, w których o losie oskarżonych decyduje składana u lokalnego kapłana ofiara z kurczaka oraz sposób, w jaki zwierzę ułożyło się przed śmiercią. Przykładem takiej opowieści jest choćby dobrze znany i pokazywany także w Polsce film dokumentalny „Czarownice z Gambagi” („The Witches of Gambaga”, 2011). Jego autorka, ghańsko-brytyjska dziennikarka, skupia się na tym, iż oskarżone o czary kobiety przywożone do Gambagi żyją bardzo biednie i by przetrwać ekonomicznie, zmuszane są do pracy na rzecz lokalnego wodza, wykorzystującego fakt ich bezbronności. W takim kontekście pojawiają się apele o zamknięcie „obozów”, które co jakiś czas wystosowują organizacje broniące praw człowieka, niektórzy ghańscy politycy, działacze społeczni, a nawet miejscowi katoliccy biskupi.
Tymczasem, jak mówi mi o. Phanuel Myers Agudu, ghański werbista pracujący wśród osób posądzonych o czary, „problemem nie są obozy, lecz oskarżenia”. To oskarżenia powodują, że ludzie muszą uciekać ze swoich domów lub są wywożeni ze swoich wiosek, aby uniknąć prześladowania, a nawet śmierci. – O obozach należy myśleć raczej w kategorii obozów dla uchodźców, a nie więzienia, to coś na kształt schronienia, w którym oskarżone osoby ratują swoje życie.
Wtóruje mu Saibu Mutaru, antropolog z Uniwersytetu w Cape Coast. W swojej pracy doktorskiej, którą napisał sześć lat temu na podstawie wielomiesięcznych badań etnograficznych wśród „starszych pań” (ang. old ladies) – jak eufemicznie określa się „czarownice” – zauważa, że rozpowszechniony w dyskursie publicznym i międzynarodowym angielski termin camp (obóz) nie oddaje znaczenia lokalnych nazw. Miejscowe języki wskazują raczej na „osadę”, „dzielnicę” czy „wioskę”.
Obydwaj moi rozmówcy przyznają, że oskarżone mają rzeczywiście trudne warunki ekonomiczne – wyrwane ze swoich dużych rodzin, często niemłode i nie w pełni sprawne, z reguły muszą pracować ponad siły za zaniżone wynagrodzenie dla przyjmujących je wodzów, kapłanów czy sąsiadów z miejscowości, w których ulokowane są „osady”. Jednak w nowych domach towarzyszą im wnuki lub inne dzieci z rodziny – pomagające przy przynoszeniu wody czy gotowaniu, a same „czarownice” chodzą na miejscowe targi, do kościołów, a nawet jeżdżą w odwiedziny do swoich rodzinnych wiosek (gdzie mają status tymczasowych gości, a nie stałych domowników).
– Oskarżone kobiety nie chcą zamknięcia obozów – podkreśla o. Phanuel i dodaje: – Dobrze wiedzą, że powrót na stałe do ich społeczności bez zapewnienia odpowiedniej ochrony oznaczałby dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Jak same mówią, musiałyby się modlić, by nikt nie umarł ani nie zachorował, by nic złego nie stało się w okolicy… Każda choroba, śmierć, wypadek w wiosce od razu byłyby im przypisane.
Jak zauważają moi ghańscy rozmówcy, osoby, które mówią o likwidacji obozów, nie rozumieją całego systemu – często są to obcokrajowcy patrzący z zewnątrz i widzący ubóstwo, z którym zmagają się old ladies. Z kolei miejscowi politycy, postulując likwidację „obozów”, w łatwy sposób chcą poprawić wizerunek Ghany jako „cywilizowanego” kraju. – Ale to działanie na skróty – mówi ojciec Phanuel. – Zamknięcie obozów nie rozwiąże problemu. Bez dodatkowych działań jedynie ukryje go w wioskach i w rodzinach, gdzie osoby oskarżone będzie czekać prześladowanie, a nawet śmierć.
Edukować, ale jak?
Co zatem można zrobić? Pytając, sięgam do moich obserwacji i doświadczeń z centralnej części Ghany oraz wiedzy o południu kraju. Nie ma tu „obozów dla czarownic”, a postęp gospodarczy widać niemal na każdym kroku. Tymczasem internet, radio, telewizja pełne są opowieści o czarach. W popularnych ghańskich produkcjach serialowych z nurtu tzw. Ghallywood („ghańskie Hollywood”) nieustannie pojawia się postać „złej czarownicy” – kogoś, kto w sekretny sposób szkodzi innym. Na grupach whatsappowych ludzie wzajemnie ostrzegają się, by nie odbierać pewnych numerów telefonów – mają należeć do czarownic, które w ten sposób szukają nowych ofiar – nie tylko wśród Ghańczyków na miejscu, lecz również wśród tych, którzy wyjechali do Europy czy Ameryki.
Na powszechną opowieść o czyhającym złu i na potrzebę jego demaskacji, nazwania, poradzenia sobie z nim – zdaje się odpowiadać gigantyczny wprost rozwój charyzmatycznego i pentekostalnego chrześcijaństwa. W przeciwieństwie do historycznych Kościołów, które unikały jakichkolwiek skojarzeń z „pogańskością” i lokalnymi wierzeniami, współczesne afrykańskie chrześcijaństwo zdaje się adaptować rodzime wyobrażenia o złu. Egzorcyzmy, myślenie o praktykach religijnych jako ochronie przed „Szatanem” oraz o przedmiotach materialnych (ubraniach, oliwie, wodzie) jako o amuletach i zabezpieczających substancjach to tylko niektóre elementy charakterystyczne dla licznych Kościołów neopentekostalnych, ale też dla nurtów charyzmatycznych w Kościołach postmisjonarskich, takich jak katolicki, prezbiteriański czy metodystyczny.
– Na południu kraju nie ma obozów dla czarownic, za to są obozy modlitewne – zauważa o. Phanuel.
Rzeczywiście, niezwykle popularne w całej Ghanie „obozy modlitewne” – prowadzone przez rozmaite Kościoły, a czasem po prostu przez pojedynczych pastorów czy pastorki obdarzonych „mocą Ducha” – to miejsca, gdzie rodziny przywożą osoby, których choroba określana jest jako „duchowa”. Często trafiają tu też ci, których wprost lub w szeptanych plotkach oskarżono o czary. Egzorcyzmy, modlitwy nad taką osobą nie tylko mają pomóc oskarżonym, lecz są także postrzegane jako zabezpieczenie innych przed negatywnymi skutkami czarów.
Obserwując taką religijność i widząc w niej źródło „nieracjonalności”, Leo Igwe, nigeryjski działacz na rzecz praw człowieka, bardzo mocno opowiada się za świeckim światopoglądem jako jedynym rozwiązaniem problemu oskarżeń o czary w Afryce. Jednak wielu moich rozmówców w Ghanie jest sceptycznych wobec tej propozycji. W rozmowach z ghańskimi przyjaciółmi słyszę, że „my, Afrykanie, mamy inne niż wy w Europie spojrzenie na duchowość” i trudno zakładać szybki światopoglądowy przewrót. W Ghanie – zresztą podobnie jak w Nigerii i innych krajach regionu – to, co „kulturowe” i „społeczne”, ściśle zazębia się z tym, co „religijne”, a same definicje tych obszarów i pojęć są bardzo niejasne. Czarownictwo to element szerokiego systemu wyobrażeń duchowo-religijnych pochodzących i z rodzimych religii, i z chrześcijaństwa, niekiedy też z islamu, oraz ściśle złączonych z miejscowymi kulturami i systemami społeczno-rodzinnymi.
Poszukując rozwiązań, o. Phanuel mówi raczej o potrzebie długofalowej edukacji związanej z zaangażowaniem i współpracą różnych grup osób – młodzieży, starszych wiosek, kobiet i mężczyzn. Przyjęcie zasady „nie szkodzić” i dostrzeżenie krzywdy posądzonych oraz zgoda na to, by osobiście nie oskarżać, to pierwsze kroki powolnego procesu. Ważne, by stworzyć poczucie, że można myśleć poza formatem oskarżeń o czary i że różne grupy w społeczności są w stanie to zaakceptować. – Jeżeli tego nie zrobimy, to dzisiejsza mała dziewczynka jutro może stać się kolejną oskarżoną o czary starszą kobietą – zauważa ojciec Phanuel.
ANNA NIEDŹWIEDŹ jest etnografką i antropolożką kulturową, zatrudnioną jako profesor na UJ, obecnie pełni funkcję dyrektor Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej. Z Ghaną związana od 2009 r. Tekst powstał w wyniku projektu „Pomiędzy marginalizacją a umocnieniem. Kobiety w katolicyzmie afrykańskim (przypadek Ghany)”, finansowanego przez Narodowe Centrum Nauki (nr grantu 2018/31/B/HS3/03863).
Imię głównej bohaterki zostało zmienione ze względu na wrażliwość tematu. Mimo tej zmiany, tekst dedykowany jest jej pamięci.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















