Zanim nastał 4 czerwca 1989 roku, Kraków zapłonął gniewem

Edward Nowak, działacz opozycji antykomunistycznej: Niczego wówczas nie byłem pewien. Zostałem posłem, ale myślałem sobie, że miną dwa, trzy miesiące, i znowu będę siedział. A jednak nam się udało.
Czyta się kilka minut
Protesty studentów domagających się legalizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz reformy edukacji i usunięcia z Polski wojsk radzieckich. Kraków, 20 kwietnia 1989 r. // Fot. Jerzy Ochoński / PAP
Protesty studentów domagających się legalizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz reformy edukacji i usunięcia z Polski wojsk radzieckich. Kraków, 20 kwietnia 1989 r. // Fot. Jerzy Ochoński / PAP

MAREK KĘSKRAWIEC: Wiosna 1989 r. okazała się w Krakowie wyjątkowo gorąca. Młodsi działacze opozycji byli źle nastawieni do porozumień zawartych przy Okrągłym Stole i chcieli bojkotować wybory 4 czerwca. Dla Pana, który wziął w nich udział, a jednocześnie nie raz dał dowód bezkompromisowości, zarzuty o układanie się z komunistami musiały być wyjątkowo przykre.

Edward Nowak: W żadnym innym polskim mieście nie było takiego natężenia manifestacji kwestionujących ugodę z władzą, jak w Krakowie. Czułem się z tym źle, bo po drugiej stronie stali moi koledzy z podziemia, a ja byłem przecież wtedy kandydatem na posła w wyborach czerwcowych. Mieliśmy trudną sytuację: młodzież „dymiła”, krzyczała: „Sowieci do domu”, żądała rejestracji Niezależnego Zrzeszenia studentów, której odmówił sąd. Najgorsze było to, że ja się szczerze utożsamiałem z tymi hasłami. Tyle że trwała już kampania wyborcza, a my musieliśmy dotrzymać słowa, bo kompromis zawieraliśmy jako Solidarność. Doszło więc w krakowskim środowisku do zderzenia, choć nie tak ostrego, jak mogłoby się wydawać. Nie byliśmy przecież sobie obcy.

Był Pan wielokrotnie zatrzymywany przez SB, wyrzucano Pana z pracy, a sąd wojskowy skazał Pana w stanie wojennym na 3,5 roku; karę zredukowaną potem dzięki amnestii. Nie było łatwo zrobić z Pana zdrajcę.

Dla młodszych działaczy opozycji byliśmy doświadczonymi kolegami, którzy w najtrudniejszych momentach wykazali się odwagą, więc mieliśmy u nich autorytet. Siedzieliśmy w więzieniach, strajkowaliśmy w 1980 r. i w stanie wojennym, gdy nas spacyfikowano, a także w 1988 r., kiedy poza Hutą im. Lenina i Stocznią Gdańską nikt się w Polsce nie ruszył. Wiedzieliśmy, że opowieści o narodowym powstaniu przeciwko komunistom to mrzonki. W narodzie nie było energii i przekonania do walki, więc musieliśmy z władzą iść na kompromis. 

Czy można powiedzieć, że był to dla Pana konflikt między sercem a rozsądkiem?

Tak. I był on dla mnie szczególnie trudny: utożsamiałem się z działaczami Wolności i Pokoju, Federacji Młodzieży Walczącej, NZS czy bardzo aktywnej w Krakowie młodzieżówki Konfederacji Polski Niepodległej, a zarazem musiałem w pewnym sensie stanąć przeciwko nim. Ale to, co zrobiłem, to był świadomy wybór pewnej drogi. Konsekwentnie stawiałem na opór metodami pokojowymi; od początku, od porozumień sierpniowych. Mimo wielu szykan starałem się być pozytywistą, który szuka ugody i pola do rozmowy, także dlatego, że zawsze byłem realistą. Uważałem też, że walka kiedyś musi się skończyć i że trzeba będzie zejść z barykady.

Edward Nowak podczas negocjacji z milicją w dniu konfrontacji pod konsulatem sowieckim w Krakowie. 15 maja 1989 r. // Fot. Ryszard Kornecki

Pamiętajmy też, że nikt z Was wówczas nie wiedział, że dwa lata później zawali się Związek Sowiecki. Stąpaliście po kruchym lodzie.

Stacjonowały u nas przecież wojska sowieckie. A poza tym, jaką mieliśmy alternatywę? Dalsza walka wcale nie musiała oznaczać zwycięstwa, a musiała oznaczać ofiary. Jednak niektórym ludziom się wydawało, że cały ten komunistyczny kolos runie, jeśli się go trochę popchnie.

Z drugiej strony, nawet te nieudane strajki z 1988 r. dawały nam nadzieję. Władza zobaczyła, że mamy wciąż siłę, żywe struktury, że jednak potrafimy mobilizować społeczeństwo, więc nie zdołają nas łatwo pokonać. Obie strony zdawały sobie sprawę, że są zmęczone, i że jakoś musimy się dogadać. 

Wierzył Pan, że komuniści dotrzymają umów i że wszystko potoczy się w stronę wolnej Polski?

To też ważny aspekt w kontekście postawy młodszej części opozycji. My mieliśmy świadomość, że z tej drogi komuniści mogą zawrócić. Oni bali się stracić władzę, bali się o swe bezpieczeństwo. W PZPR były zresztą różne frakcje, także takie, które domagały się siłowej rozprawy z nami, bez liczenia się ze skutkami. Tam jednak ogromną rolę odegrał gen. Jaruzelski, który był niekwestionowanym liderem i twardo postawił sprawę pójścia drogą kompromisu, łamiąc opornych na plenum KC. Podziały istniały więc nie tylko w opozycji – oni też mieli swoich radykałów. Dlatego apelowałem, byśmy w maju 1989 r. nie bili się już z milicją i nie rzucali w nią kamieniami.

A było wtedy w Krakowie ciekawie, miał Pan pewnie pełne ręce roboty. Urodziny Lenina, marsz KPN 3 Maja, zamieszki pod konsulatem sowieckim i na placu Dominikańskim. Nigdzie w Polsce nie doszło do tak ostrych starć.

Tak, młodzi szli na ostro, ale u nich też był podział. Część wiedziała, że kompromis jest konieczny, a część była uparta. Poglądy niektórych ludzi z tej ostatniej grupy nadal są podobne, nigdy nie ewoluowały, jakby zatrzymały się w czasie, jakby ci ludzie nie do końca dorośli. Być może to kwestia charakteru, że ktoś dobrze się czuje w walce, ale z budowaniem, które wymaga współdziałania, jest już gorzej. 

Czasem też za oceną 4 czerwca stoją osobiste życiowe porażki. Nie wszyscy odnaleźli się w nowej Polsce.

Są ludzie, którzy potrzebują zrzucić winę i odpowiedzialność za swe własne błędy na kogoś innego. Wiosną 1989 r. starsi działacze opozycji mieli już doświadczenie życiowe i zawodowe, jakieś kwalifikacje, rodziny, coś do stracenia. Nasi młodsi koledzy byli często studentami, u progu dorosłości. Niektórzy tak głęboko się zaangażowali w podziemie, że ostatecznie nie pokończyli szkół, nie zdobyli dobrego wykształcenia, doświadczenia zawodowego. 

Kiedy więc przyszedł nowy czas i trzeba było zabrać się do roboty i skorzystać z nowych możliwości, oni postanowili, że zostaną w tym lesie i nadal będą w nim walczyć, bo niewiele więcej umieją. Ale z drugiej strony, to są wciąż ludzie, których darzę szacunkiem, choćby za odwagę.

Na zdjęciach fotografa Ryszarda Korneckiego z tamtego maja widać, że próbował Pan w gorących momentach dyskutować nie tylko z młodszymi radykalnymi kolegami, ale też z milicjantami.

Z nimi też miałem trudne przeprawy. Część zomowców była pobudzona i rwała się do bitki, bo dostali na głowę furę kamieni i zrobiła się z tego dla nich osobista sprawa, która codziennie się nakręcała. Musiałem tonować również ich emocje. Pamiętam rozmowę z jednym z ich dowódców, tęgim facetem, który chciał, by wpłynąć na demonstrantów. To były prawdziwe negocjacje, żeby milicjanci się cofnęli i nie odpowiedzieli siłą. Potem z Mietkiem Gilem pobiegliśmy zatrzymywać demonstrantów na Plantach. 

Nie mieliśmy łatwego zadania, bo poprzedniego dnia tłum nie posłuchał Tadeusza Piekarza, Stefana Jurczaka, Krzysztofa Kozłowskiego i Jana Rokity. Na szczęście nam udało się zapobiec największym eskalacjom, choćby atakowi na konsulat sowiecki. Może dlatego, że mieliśmy opinię ludzi z pierwszej linii, którzy wcześniej wiele razy ryzykowali podczas strajków w hucie. Koledzy wiedzieli, że ich uspokajamy nie ze strachu, ale dlatego, że taka jest racja historyczna. 

Był Pan jej wtedy pewien?

Wówczas niczego nie byłem pewien. Zostałem posłem, ale myślałem sobie, że miną dwa, trzy miesiące, a ja znów będę siedział. Że z każdym miesiącem, gdy będziemy podejmować kolejne działania, których władza nie zdoła zatrzymać – system, na czele z Moskwą, na to w końcu agresywnie zareaguje. A jednak nam się udało.

Edward Nowak – inżynier, wielokrotnie represjonowany działacz opozycji demokratycznej, organizator słynnych strajków w Hucie im. Lenina. W wolnej Polsce pełnił funkcję wiceprezydenta Krakowa, a także podsekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu oraz w Ministerstwie Gospodarki. Jest jednym z bohaterów projektu: krakow89.pl, który ma przywrócić pamięć o uczestnikach wydarzeń tamtej wiosny, także tych nieznanych.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”