„Niektórzy mówią, że był to drugi cud nad Wisłą” – historyk Andrzej Paczkowski wspomina swój osobisty 4 czerwca 1989 r.

Prof. ANDRZEJ PACZKOWSKI: W 1988 i 1989 roku władze PRL prowadziły politykę dwutorową. Podejmowały rozmowy z Solidarnością, a równocześnie potajemnie przygotowywały opcję siłową: powtórkę stanu wojennego. Na szczęście na koniec przeważyła opcja polityczna.
Czyta się kilka minut
Tablica z wynikami wyborów na placu Konstytucji w Warszawie, czerwiec 1989 r. // Fot. Chris Niedenthal / Forum
Tablica z wynikami wyborów na placu Konstytucji w Warszawie, czerwiec 1989 r. // Fot. Chris Niedenthal / Forum

PATRYCJA BUKALSKA: Gdy w 2009 r. rozmawialiśmy w „Tygodniku” przed 20. rocznicą wyborów z 4 czerwca 1989 r., mówił Pan: „Bardzo często jest tak, że historycy czy niehistorycy oglądają przeszłość z miejsca, w którym tkwią w danym momencie. Jeśli za 10 lat Polska będzie krajem stabilnym i rozwijającym się, otoczenie będzie nieagresywne, a my nie będziemy czuli zagrożenia, to wtedy Okrągły Stół nabierze kształtów powabnych jako dobry początek drogi”. Dziś jesteśmy w groźnym momencie historii. Czasem myślę, że to, co udało się Polsce osiągnąć w 1989 r., to cud.

Andrzej Paczkowski: Wydarzenia roku 1989, w tym Okrągły Stół i wybory czerwcowe, wyrastały z czegoś zupełnie przeciwnego niż to, co dzieje się dziś, zwłaszcza na Ukrainie. Rok 1989 w Europie Środkowej był możliwy, bo osłabł Związek Sowiecki. To był warunek generalny zmian w krajach zależnych do Moskwy. Teraz Rosja pokazuje światu, że wyszła ze swojej „smuty”.

Patrząc w perspektywie historycznej, Putin chce odwrócić czas?

Dziś jest odwrotnie niż wtedy: Ameryka słabnie, a Rosja się wzmacnia. Wtedy Moskwa wyprowadzała wojska z Afganistanu, dziś atakuje Ukrainę. Rok 1989 oznaczał zwycięstwo Ameryki w najważniejszej konfrontacji, tej ze Związkiem Sowieckim. Wtedy wydawało się nam, że tak będzie już do końca świata, nastanie pokój, a demokracja jeśli nawet nie zapanuje wszędzie, to będzie narzucać całemu światu wzór do naśladowania.

Po 1989 r. miałam wrażenie, że tworzy się nowy świat. Zachłysnęliśmy się możliwościami. Wydawało się, że może być tylko lepiej. Dziś patrzę na moich synów i myślę czasem, czy ten świat się rozpada. Nasz rok 1989 był wąskim „oknem możliwości”, które wykorzystaliśmy?

Z pewnością. Dla Polski i innych krajów zależnych od Moskwy, a nawet dla samego państwa sowieckiego nastał wówczas pozytywny zbieg okoliczności. Z jednej strony w Związku Sowieckim pogłębiał się kryzys ekonomiczny i tożsamościowy, a jego władze podejmowały nieskoordynowane próby znalezienia odpowiedzi na ten kryzys. Z drugiej strony USA były zdecydowane, gdy idzie o ich politykę zagraniczną, i konsekwentnie wspierały wszystko, co osłabiało Moskwę. Z jednej strony mający twarde poglądy Ronald Reagan, z drugiej strony Michaił Gorbaczow, chaotycznie szukający rozwiązań. No i „szeryf” wygrał.

Co równie ważne: kraje Europy Środkowej, dla których otworzyło się to „okno możliwości”, wskoczyły w nie. Polacy byli przygotowani najlepiej: była opozycja, która wiedziała, czego chce, był Kościół, potężny i autonomiczny, a z drugiej strony Jaruzelski, który tak jak Gorbaczow chaotycznie konfrontował się z próbami reform. Gdyby w Moskwie zamiast Gorbaczowa był wtedy jakiś „sowiecki Reagan”, byłoby nam ciężej.

Podobno Jaruzelski namiętnie wczytywał się wtedy w sondaże opinii publicznej i tym się kierował?

Jaruzelski rzeczywiście rozbudował swój aparat ekspercki, władze prowadziły w miarę bezstronne badania. Rzecz jasna, tylko na swoje potrzeby. Natomiast czy on kierował się wynikami tych badań? Nie wiem. Miał dużo różnych źródeł, w tym wewnętrzne z MSW, z bezpieki. Inna sprawa, jak je interpretowano.

Jaruzelski miał jeszcze jedno ciekawe źródło: bezpiece udało się spenetrować placówki USA w Polsce, a Departament Stanu poważnie traktował swoje placówki zagraniczne i wysyłał do nich mnóstwo informacji: o wydarzeniach w świecie, zamiarach Waszyngtonu itd. Od połowy lat 80. Służba Bezpieczeństwa, przy pomocy sowieckich ekspertów, miała dostęp do materiałów, które docierały do konsulatów w Poznaniu i Krakowie.

Dlaczego to było tak ważne?

Jaruzelski i jego otoczenie uważali, że podstawą ich kłopotów jest gospodarka, i że jeśli ona się podniesie, nastąpi realna stabilizacja systemu. Widzieli, że gospodarka musi być poważnie zreformowana, ale nie mogli tego zrobić własnymi siłami, a Moskwa nie mogła już pomóc. Pozostawał Zachód i zachodnie koła ratunkowe: przyjęcie PRL do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, dogodne kredyty, nieoprocentowane pożyczki. A skoro to USA decydowały wtedy o polityce finansowej Zachodu, Jaruzelski wsłuchiwał się w głos Amerykanów. Chciał mieć z nim jak najlepsze stosunki. Trudno powiedzieć, kiedy ten sposób myślenia utrwalił się w kierownictwie partii. W każdym razie starania o wejście do MFW podjęto już w 1981 r.

Ale wprowadzono stan wojenny.

Stan wojenny to przekreślił. Reagan sformułował jednak trzy warunki, które miały umożliwić poprawę relacji amerykańsko-polskich, przede wszystkim gospodarczych i finansowych: zniesienie stanu wojennego, uwolnienie więźniów politycznych i wznowienie rozmów z Solidarnością. Na przełomie 1988/89 r. te warunki były już wypełnione. Otworzyła się furtka na pomoc amerykańską, która nie była jednak tak duża, jak Warszawa chciała. Wymuszało to kolejne zmiany, w tym rozmowy o gospodarce, jak ją przekształcać.

Dlaczego uważa Pan, że Polska była wtedy najlepiej przygotowana do zmian?

Istniała zorganizowana, świadoma i mająca program opozycja, natomiast w aparacie władzy była frakcja, która uważała, że coś trzeba w kraju zmienić, że nie można wrócić do stalinizmu, do więzień, pięcioletnich planów gospodarczych itd. No i był Kościół, w tym ten najważniejszy, watykański.

Czy to siła opozycji uniemożliwiła przeprowadzenie w PRL tzw. wariantu chińskiego, czyli reformy gospodarczej bez zmiany politycznej?

Moja teza jest taka, że powstały jesienią 1988 r. rząd Mieczysława Rakowskiego był próbą jakiegoś wariantu „drogi chińskiej”. Nie mówię oczywiście o wyprowadzaniu czołgów na ulice, jak w Pekinie w czerwcu 1989 r., ale o pomyśle na głęboką reformę gospodarczą przy zachowaniu monopolu władzy partii komunistycznej. Rakowski miał zapewne taki pomysł. Nie był wcale zwolennikiem ustępstw wobec Solidarności, choć był politykiem elastycznym i nie mógł sprzeciwiać się Jaruzelskiemu. Ślady takiej próby istnieją. Jednak w Polsce droga chińska była niemożliwa do realizacji.

Na tamten rok 1989 patrzył Pan i jako historyk, i jako opozycjonista, uczestnik wydarzeń. Wynik wyborów z 4 czerwca zaskoczył obie strony. Pana też?

Kilku czołowych działaczy PZPR zrobiło wtedy zakład, jakie będą wyniki. Aleksander Kwaśniewski uważał, że Komitet Obywatelski Solidarności będzie miał 78 mandatów w Sejmie, czyli połowę tego, co faktycznie dostał. Z kolei Rakowski sądził, że w stuosobowym Senacie opozycja będzie mieć 38 miejsc. Sam miałem nadzieję na dobry wynik, ale nie liczyłem na aż taką miażdżącą przewagę opozycji.

Z czego ta przewaga wynikała?

Ze sprawności opozycji w kampanii wyborczej, a także z takich „gorbaczowowskich” klimatów w kierownictwie PRL, gdzie chaos sąsiadował z zadufaniem. Nie mieli pomysłu na te wybory, a zarazem byli optymistycznie nastawieni. Pewien działacz Biura Politycznego PZPR miał powiedzieć: „Musimy uważać, żebyśmy za bardzo nie wygrali, bo wybory będą niewiarygodne”. Skończyło się to dla nich katastrofą.

Przypomnijmy wyniki: Komitet Obywatelski zdobył 161 mandatów do Sejmu – wszystkie, jakie podlegały wolnemu głosowaniu. Oraz 99 na 100 mandatów w Senacie.

Jednak, o czym często się zapomina, frekwencja wyniosła wtedy tylko 62 proc., nieoczekiwanie mało. Oczywiście nikt nie liczył na 99 proc., ale jednak okazało się, że w społeczeństwie jest bardzo duża grupa, która albo nie interesuje się polityką, albo nie chciała głosować z jakichś innych powodów. A skoro frekwencja była niewiele powyżej 60 proc., oznacza to, że tylko ok. 40 proc. ogółu Polaków zagłosowało za „listą Wałęsy”. Tylko tylu opowiedziało się za realną zmianą.

W drugiej turze – w praktyce brali w niej udział tylko ci kandydaci strony rządowej, którzy w pierwszej turze nie przekroczyli progu 50 proc. głosów, jak np. Kwaśniewski – frekwencja była jeszcze niższa, tylko 25-procentowa. Dla rządzących to był blamaż. Dowód na brak zaufania społeczeństwa do partii komunistycznej. Obraz klęski.

Strona solidarnościowa była lepiej zorganizowana?

Siła wyborcza Komitetu Obywatelskiego polegała na tym, że była „drużyna Wałęsy” i żelazna zasada: jeden kandydat na jedno miejsce. Prawie wszyscy kandydaci mieli swoje zdjęcie z Wałęsą. To był pomysł Andrzeja Wajdy. Bo wielu wyborców nie znało swoich lokalnych kandydatów, a Wałęsę znali wszyscy. Czegoś takiego PZPR nie mogła zrobić. Bo z kim mieli sobie robić zdjęcia? Z Jaruzelskim w ciemnych okularach?

Komuniści zgłaszali też wielu kandydatów. W niektórych obwodach na jedno miejsce przeznaczone dla koalicji komunistycznej było po dziewięciu chętnych. Oni się nawzajem znosili. Ponadto w tej części, która była przeznaczona de facto dla opozycji – te 35 proc. miejsc w Sejmie – mogli się zgłaszać bezpartyjni, o ile zebrali 3 tys. podpisów. Tak startował Jerzy Urban w Warszawie. 4 czerwca byłem mężem zaufania w komisji w Londynie, gdzie głosowano na kandydatów z obwodu nr 1, i pamiętam, jak zliczano karty: kupka Andrzeja Łapickiego z „drużyny Wałęsy” szybko rosła, a kupka Urbana nie za bardzo.

Po stronie władz nie było też takiej spójnej kampanii, jaką zrobił Komitet Obywatelski. Nie pomyślano o kulturze popularnej. Przecież Jane Fonda przyjechała, Yves Montand i Stevie Wonder przyjechali, popierając Solidarność. A kto miał przyjechać do Jaruzela? No i ten jeden plakat, wspólny: Gary Cooper jako szeryf zamiast pistoletu ma kartę do głosowania i znaczek Solidarności, i idzie zrobić porządek. To było genialne, przemawiało do wyobraźni.

Zjednoczona opozycja z dobrą, przemyślaną kampanią, wygrała z rozchwianą i niespójną stroną komunistyczną?

W zasadzie tak, choć nie zapominajmy, że część opozycji sprzeciwiała się częściowo wolnym wyborom. Były też niezależne listy opozycyjne, np. Konfederacja Polski Niepodległej wystawiła 16 kandydatów w 16 obwodach, z których żaden się jednak nie dostał. Były też grupy opozycyjne, które wzywały do bojkotu wyborów, np. Solidarność Walcząca.

Prof. Andrzej Paczkowski na zdjęciu z 1990 r. // Fot. Andrzej Iwańczuk / REPORTER

Czy idąc rano 4 czerwca londyńskimi ulicami do komisji wyborczej w ambasadzie PRL, zastanawiał się Pan, jak ten dzień się skończy?

O tym, jak się skończył, dowiedzieliśmy się właściwie dopiero następnego dnia rano! Ze względu na różnicę czasu wyniki głosowania w obwodach za granicą spływały w bardzo różnym momencie. Pierwsza była chyba Mongolia czy Japonia.

W Londynie frekwencja nie była porażająca, głos oddało chyba ok. 1,5 tys. osób. Ale ruch przed ambasadą był. Był też stolik Solidarności Walczącej, wzywającej do bojkotu wyborów. Atmosfera była rozluźniona, piknikowa, prowadzono dyskusje. Niedziela, ładna pogoda. Kolejka jakaś stała, choć oczywiście nie taki tłum jak w październiku 2023 r.

Pamiętam, jak przyszedł starszy pan i oddał głos, legitymując się przedwojennym indeksem Politechniki Lwowskiej. Bo spora część głosujących to była jeszcze emigracja wojenna, weterani II wojny światowej. Byli też ludzie z emigracji solidarnościowej.

Jakiś moment utkwił Panu w pamięci?

Jedna scena, wstrząsająca. Wyszedłem na papierosa przed ambasadę i widzę, że ulicą idzie w milczeniu jakiś pochód. Gdy się zbliżyli, okazało się, że to Chińczycy. Kilkaset osób. Niektórzy nieśli tekturowe trumny. Szli pod ambasadę chińską. To było już po Tiananmen. Do tamtej masakry doszło tego samego dnia, 4 czerwca, tyle że w Londynie było dopiero południe, a tam już było po wszystkim... Cisza wśród nas zapanowała, ci od stolików wstali. Podeszliśmy wszyscy do krawężnika, wyciągnęliśmy palce na znak zwycięstwa. Niektórzy Chińczycy też podnieśli palce, choć pewnie nie wiedzieli, co to za ludzie im się przyglądają. Do dziś czuję wzruszenie, gdy to wspominam. Nam się udało.

Może to za sprawą Tiananmen i naszych powyborczych dyskusji – czy władze uznają wynik, czy jednak unieważnią wybory i wyprowadzą wojsko – tamto polskie zwycięstwo wydawało się nam takie kruche?

Trzeba tu powiedzieć o czymś, co wiemy od niedawna, a o czym napisał historyk Piotr Hac w książce „Rzeczywistość równoległa”. Dotarł on do dokumentów, głównie MSW i SB, a także wojskowych, dotyczących wprowadzenia stanu wyjątkowego, czegoś w rodzaju stanu wojennego...

W roku 1989?

To zaczęło się wcześniej. Pierwsze przygotowania ruszyły na przełomie 1986/87 r. w MSW: organizacyjne, logistyczne. Jesienią 1987 r. do przygotowań włączono Komitet Obrony Kraju i Sztab Generalny: ustalano, jakie jednostki wojska i milicji mają wziąć w tym udział. 29 kwietnia 1988 r. – to ważna data, wtedy trwała już pierwsza wiosenna fala strajków – gen. Czesław Kiszczak, minister spraw wewnętrznych, wydał polecenie i nastąpiła intensyfikacja przygotowań. Już 4 maja przygotowano dokument zatytułowany „Zamiar i myśl przewodnia wprowadzenia stanu nadzwyczajnego”, co jest kalką tytułu dokumentu dotyczącego stanu wojennego przyjętego w marcu 1981 r. Ten dokument przesłano do Komitetu Obrony Kraju i Sztabu Generalnego.

Czyli taka opcja była w 1989 r. realna? Brali ją pod uwagę?

Dziś widać, że władze PRL prowadziły dwutorową politykę. Z jednej strony w tym samym czasie, maju-czerwcu 1988 r., pojawiają się sygnały o chęci rozmów: profesor Stelmachowski spotyka się z ministrem Czyrkiem, minister Ciosek ma kontakty z ludźmi Solidarności. Latem 1988 r. Ciosek poufnie zapowiada, że mogą być wybory kontraktowe, że opozycja dostanie jedną trzecią miejsc. Czyli: była przygotowywana część polityczna, częściowo jawna, i była przygotowywana część siłowa, tajna. 20 sierpnia 1988 r., gdy zaczęła się druga fala strajków, na zebraniach Komitetu Obrony Kraju i sztabu MSW podsumowano stan przygotowań. Oraz, co istotne, ustalono tzw. tabelę sygnalizacyjną.

Co to takiego?

Wykaz haseł, które odpowiadają poszczególnym etapom działań. To było ustalane i chowane w zalakowanych kopertach, a następnie rozsyłane do Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych i wojewódzkich komitetów obrony. Na dane hasło koperty się otwiera i tam jest zapisane, że np. o godzinie 4.30 rano to i to ma się zdarzyć. W 1981 r. taka tabela sygnalizacyjna nazywała się „Synchronizacja”. W sierpniu 1988 r. przygotowano podobną tabelę pod kryptonimem „Horyzont”. Na to hasło wywoławcze należało wykonać zawarty w kopercie rozkaz. Istniała więc opcja siłowa, o której Jaruzelski ani Kiszczak nigdy potem publicznie nie mówili. Choć Kiszczak przecież to wszystko podpisał i rozesłał!

Na koniec przeważyła jednak opcja polityczna.

Wcześniej jednak to szło równolegle. W tych samych dniach, gdy przygotowywano i rozsyłano koperty, Kiszczak spotyka się z Wałęsą – to ich pierwsza rozmowa. Mamy więc taką sytuację, że równocześnie mówi się o Okrągłym Stole, we wrześniu 1988 r. jest spotkanie w Magdalence strony rządowej i Solidarności, rejestrują się jawne komitety zakładowe Solidarności, a jednocześnie cały czas jest gotowość do rozwiązania siłowego. Zomowcy ćwiczą, przygotowywane są listy do internowania... Według tych dokumentów przewidywano udział 62 tys. żołnierzy. To niewiele mniej niż w grudniu 1981 r.

Skończyło się, jak się skończyło... Ktoś mógłby powiedzieć, że było to działanie standardowe, że każdy system oparty na przemocy chce być przygotowany do jej użycia. Jednak to była już potencjalna gotowość – nie ogólna możliwość, ale już gotowość. Wszystko zależało od ostatecznej decyzji politycznej. I ważne, abyśmy dziś wiedzieli, że coś takiego było rozpatrywane.

To utwierdza mnie w przekonaniu, że mieliśmy nadzwyczajne szczęście, że w 1989 r. nam się udało.

Tak, finalny efekt zależał od bardzo wielu czynników. I wbrew pozorom nie tylko od postawy Gorbaczowa i Jaruzelskiego, nie tylko od stanowiska Reagana, ale też od tego, jak postępowała opozycja w Polsce. Że nie dała pretekstu do wprowadzenia stanu wojennego.

Warto też pamiętać, że zmiana zaczęła się – gdyby szukać jej źródeł – wcześniej: od powstania opozycji demokratycznej w końcu lat 70. Bez tej opozycji Solidarność albo by nie powstała, albo by powstała, ale miała inny charakter. Wtedy zaczęła się ta długoletnia polska droga do wolności. Tak, nam się udało, także w tym sensie, że w kolejnych latach po tamtym przełomie schroniliśmy się w NATO i Unii Europejskiej. Nie udało się to Ukraińcom.

W roku 1989 myślał Pan już jako historyk o znaczeniu tego, czego jest Pan świadkiem i uczestnikiem?

Przyznam, że wtedy nie patrzyłem na to okiem historyka. Zajmowałem się Mikołajczykiem i przedwojennym Stronnictwem Ludowym! Może dlatego, że nie sądziłem, że aż tak to się skończy. W 1999 r., w dziesiątą rocznicę Okrągłego Stołu, zapytałem Lecha Kaczyńskiego, kiedy po raz pierwszy pomyślał, że coś może się w Polsce zmienić. Odparł, że chyba dopiero w 1986 r. Ja jeszcze tak nie myślałem, miałem widok z dołu, na pierwszym planie była jakaś dłubanina konspiracyjna, protesty, praca. Ale że za chwilę przełoży się to na historię kraju? Nie, tak nie myślałem.

Także dlatego patrzę na to jak na nasz cud i nadzwyczajne szczęście.

Niektórzy mówią o „drugim cudzie nad Wisłą”. Ale tak jak w roku 1920, tak i przed 35 laty to ludzie go sprawili. Żołnierze i ich dowódcy najpierw, a społeczeństwo obywatelskie i jego liderzy 69 lat później.

Prof. ANDRZEJ PACZKOWSKI (ur. 1938) jest historykiem. W PRL działał w opozycji demokratycznej, m.in. redagował podziemne Archiwum Solidarności. Autor wielu książek o dziejach Polski w XX wieku, w tym: „Droga do »mniejszego zła«. Strategia i taktyka obozu władzy, lipiec 1980 – styczeń 1982”, „Wojna polsko-jaruzelska”, „Trzy twarze Józefa Światły”. W przeszłości był członkiem Kolegium i Rady IPN. Zapalony wspinacz, w latach 1974-95 był prezesem Polskiego Związku Alpinizmu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nam się udało