Za górami, za lasami: bielskie poszukiwania tożsamości

Bielsko-Biała to jedna z największych w kraju białych plam. Tego miejsca nie niesie żadna z wielkich polskich fal tożsamościowych, mieści się w wielu zbiorach, ale zawsze na obrzeżach i na swoich zasadach.
Czyta się kilka minut
Bielsko-Biała, lipiec 2024 r. // Fot. Hotomaster / Shutterstock
Bielsko-Biała, lipiec 2024 r. // Fot. Hotomaster / Shutterstock

To fenomen. Choć leży w województwie śląskim, nie obejmuje go tocząca się w Katowicach czy Rybniku rewolucja górnośląska. Bielsko-Biała nie ma wiele wspólnego z językiem śląskim czy śląską mniejszością, a w przeszłości np. zamiast powstań śląskich miejscowi żyli tu wojną polsko-czechosłowacką. Dla aglomeracji górnośląskiej Bielsko leży – dosłownie – za górami i za lasami, jest słabo obecne w aglomeracyjnym imaginarium.

Dalej: choć istnieje tu względnie duża społeczność protestancka, a przy miejscowym kościele stoi jedyny w Polsce pomnik Lutra, ustępuje Wiśle czy Cieszynowi jako stolicom polskiego luteranizmu. I wreszcie: choć przed 1945 r. większość mieszkańców stanowiła ludność niemieckojęzyczna – Niemcy, Żydzi, inni – miasto już po I wojnie światowej trafia do II Rzeczypospolitej, więc nie jest uznawane za Ziemie Odzyskane i nie dzieli ich historii.

– W Bielsku ponad 80 proc., a w Białej ponad 65 proc. mieszkańców przed 1918 r. było niemieckojęzycznych – mówi mi Łukasz Giertler, miejscowy historyk i lider mniejszości niemieckiej. – Po I wojnie ich odsetek spadł odpowiednio w Bielsku do ponad 55 proc., a w Białej do ok. 26-27 proc. Z kolei po 1945 r. w obu miastach została w sumie 1/6 przedwojennej ludności. Reszta się wymieniła, a dodatkowo po 1973 r., gdy działalność rozpoczęła Fabryka Samochodów Małolitrażowych, liczba mieszkańców wzrosła do niemal 200 tys. Wówczas pozostałe w mieście 10 tys. niemieckich mieszkańców stanowiło już niewielki, acz zauważalny procent.

Tutaj znane hasła nabierają więc innych znaczeń. Nie można bowiem o Bielsku-Białej powiedzieć np., że jest miastem poniemieckim w tym sensie, w jakim mówimy tak o Wrocławiu czy Szczecinie. Tutejsi Niemcy w XIX czy XX w. nie żyli w Niemczech, a w Austrii, a potem w Austro-Węgrzech. Od połowy XVIII w. i wojen śląskich Górny Śląsk był podzielony między Wiedeń i Berlin. Do dziś na Ślązaków poniemieckich mówi się Prusoki, a na poaustriackich – Cysoroki.

Bielitzer, Cysarŏk i Europejczyk – czyli kim jest bielszczanin

Bielsko-Biała to miejsce osobne, swoiste, które stara się być centrum samym dla siebie. Składa się z dwóch historycznych miast: śląskiego Bielska i galicyjskiej Białej. To dwumiasto tak samo peryferyjne jako miasto śląskie wobec Katowic czy Opola, jak i jako miasto galicyjskie wobec Krakowa czy Tarnowa. Zawsze na końcu, choć – dlaczego nie – na początku.

Stare Bielsko to miasto schodów, wąskich uliczek i podcieni – miejsce, o którym nie da się myśleć płasko płasko. Tam zawsze człowiek porusza się we wszystkich trzech wymiarach. // Fot. Michał Sowiński

– O Doppelstadt mówimy faktycznie już od XIX w. – tłumaczy Giertler. – Mieszkańcy doskonale wiedzieli, że miasta muszą się w przyszłości połączyć. Nawet Ochotnicza Straż Pożarna w XIX w. nie była „bielska” czy „bialska”, lecz od razu nazywano ją – oczywiście po niemiecku – Bielsko-Bialską Ochotniczą Strażą Pożarną.

Ta hybryda małopolskości i śląskości szuka dziś swojej tożsamości. Kilka lat temu na łamach regionalistycznego portalu „Wachtyrz” językoznawca Kamil Czaiński w eseju „Na marginesie każdej mapy, czyli o tożsamości Bielska-Białej” pisał: „Pod pokrywką się gotuje. W sinusoidzie dziejów znowu nastały czasy tożsamościowe, a Bielsko-Biała jest jak pudełko czekoladek – możesz być, kim chcesz. Możesz być góralem, możesz być polskim narodowcem (...), możesz być bezideowym ogólnopolakiem, możesz na bazie genius loci »Małego Wiednia« bez problemu zbudować sobie tożsamość środkowoeuropejskiego kosmopolityzmu”. Sam Czaiński pod tekstem określa siebie jako „Bielitzer, Cysarŏk i Europejczyk”.

Tak, Bielszczanie nie ustają w tożsamościowych sporach. Z miast powojewódzkich Bielsko-Biała należy do tych, które po reformie administracyjnej poradziły sobie najlepiej – choć wciąż odczuwa bóle fantomowe po dawnym statusie. Może dlatego stara się wymyślić region, którego mogłoby być stolicą.

I tak jednym z najbardziej rozpalających miasto i okolice jest pomysł na region zwany Podbeskidziem. Koncepcja ta pojawiła się za PRL, a dziś jej głównym nośnikiem jest klub piłkarski Podbeskidzie Bielsko-Biała. Mało kto chce jednak z Bielskiem taki region tworzyć: ani myślący o sobie jako o stolicy Księstwa Cieszyńskiego Cieszyn, ani Czechowice-Dziedzice, ani jedno z bardziej wyjątkowych miejsc w kraju, Wilamowice. Podbeskidzie nie zrobiło dotychczas tak oszałamiającej kariery jak inne wyłaniające się powoli w głowach wielu regiony, np. Opolszczyzna czy Lubuszczyzna.

Stare Bielsko to miasto schodów, wąskich uliczek i podcieni – miejsce, o którym nie da się myśleć płasko płasko. Tam zawsze człowiek porusza się we wszystkich trzech wymiarach. // Fot. Michał Sowiński

Utracona tożsamość miasta. Jak ją odzyskać?

Od średniowiecza do 1945 r. istniała tu tzw. bielsko-bialska wyspa językowa – było to kilkanaście mówiących niemieckim dialektem miejscowości (dziś większość należy do Bielska-Białej), otoczonych przez żywioł słowiański. Koniec II wojny światowej przyniósł wyspie kres.

Skumulowanej tu wiekami energii landszaftu i geszeftu nie udało się jednak zupełnie zdusić i teraz ta sama energia, genius loci, każe co śmielszym Bielszczanom samodzielnie odkopywać tutejszą Atlantydę. Zrobił to m.in. reżyser Dariusz Tomalak, który 10 lat pracował nad filmem dokumentalnym „Śmierć wyspy. Bielitz-bialaer Sprachinsel”.

Premiera w 2023 r. okazała się wielkim sukcesem. Film chciało zobaczyć tak wiele osób, że miejscowy multipleks udostępnił pierwszego dnia sześć sal, a w premierowym dniu obejrzało go ponad 1200 osób. Od miejscowych słyszę, że produkcja złamała panujące w mieście tabu dotyczące historii miasta sprzed 1945 r. i była kamieniem milowym w odkrywaniu tutejszej przeszłości.

Miasto bez miejsca na mapie polskiej wyobraźni

Kolejnym ważnym wydarzeniem ostatnich lat była publikacja książki Carla Hoinkesa „Horn i synowie. Powieść z miasta sukienników Bielska-Białej”. Urodzony w 1882 r. autor pochodził ze starej, bielskiej rodziny niemieckich przemysłowców – zajmowali się głównie tkactwem, które rozwinęło się w mieście w XIX w. Podczas II wojny światowej był dyrektorem miejscowego muzeum, w 1945 r. uciekał z miasta. Umarł kilkanaście lat później, a jego książka ukazała się w Niemczech w latach 70.

Monumentalna, licząca ponad 700 stron powieść to – zachowując proporcje – bielsko-bialska „Lalka” z domieszką „Ziemi obiecanej”. Opowiada historię jednego zakładu i jednego rodu, a akcja toczy się od schyłku XVIII w. po drugą połowę XIX stulecia. W tle przewijają się najważniejsze wydarzenia tamtych czasów: wojny napoleońskie, Wiosna Ludów czy wojna austriacko-pruska 1866 r.

Książkę własnym sumptem wydał Łukasz Giertler, a z niemieckiego przełożył ją historyk z IPN, dr Sebastian Rosenbaum. „Horn i synowie” spotkali się z dużym zainteresowaniem – dziś to biały kruk, w ciągu kilku miesięcy wyprzedał się cały nakład. Giertler przekonał się, że miejscowi łakną literatury, która wypełni lukę, powstałą w 1945 r. w tutejszej pamięci.

– W przyszłości z Rosenbaumem zamierzamy wydać inną książkę Hoinkesa o mieście, ale najpierw ukażą się podania, bajki i legendy z Bielska, Białej i okolic. Dotarłem do przekazów z XIX w. i starszych, teraz je tłumaczę, aby późną wiosną oddać do druku – mówi mi Giertler. – A później? Trzecią pozycją, jaką wydam, będzie następna powieść historyczna o Bielsku-Białej, jeszcze starsza niż „Horn i synowie”, ale szczegółów jeszcze nie mogę zdradzić.

Bielsko-Biała mogłaby spocząć na laurach i zadowolić się atrakcyjnymi symbolami, które ma. To tutaj istnieje Studio Filmów Rysunkowych, to tutaj istniała FSM, gdzie produkowano Fiata 126p. Nie wiem, czy jakiekolwiek inne miasto w Polsce ma tak atrakcyjny zasób popkulturowy jak Reksio i „maluch”. Do tego dorzucić domieszkę góralskości i wyszłaby z tego naprawdę ciekawa tożsamość. Dla wielu Bielszczan to jednak za mało i starają się odpamiętać zapomniane.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Za górami, za lasami