Zdarzało mi się wysiadać na stacji kolejowej Karviná hlavní nádraží, zwiedzałem sympatyczne miasteczko, później opowiadałem znajomym o urokach leżącej na czeskiej części Górnego Śląska Karwiny. I dopiero z książki Karin Lednickiej „Krzywy kościół” dowiedziałem się, że nigdy w żadnej Karwinie nie byłem.
Najkrócej można wytłumaczyć to tak: tuż po wojnie w jeden organizm miejski łączą się dwa miasta, Karwina i Frysztat – od Karwiny otrzyma on nazwę, od Frysztatu herb. Kilka lat później Karwina zacznie znikać, aby po kilkudziesięciu latach zniknąć niemal zupełnie. Niemal – bo po starej Karwinie, w pustym miejscu po mieście, pozostał jeden niemy świadek: kościół św. Piotra z Alkantary. Świątynia zapadła się o blisko 40 metrów – stała na wzgórzu, teraz stoi w dolinie – i przechyliła o 6,8 stopnia (to więcej niż wynosi krzywizna wieży w Pizie – 5,1 stopnia).
Obok kościoła jest jeszcze tablica informacyjna z wyjaśnieniem tego, co się tutaj stało, oraz zdjęciem Karwiny sprzed stulecia. Bo najłatwiej byłoby powiedzieć, że to historia „czeskiej Miedzianki”, ale w porównaniu do Karwiny Miedzianka była maleństwem. Dawna Karwina była natomiast sporym i pięknym miastem z zamkiem, browarem, urokliwym rynkiem. Zamieszkiwało ją przeszło 20 tys. osób, więc pod względem wielkości przypominała dzisiejszą Pszczynę albo Sandomierz.
Fikcja mówi prawdę. Lednická jak Elena Ferrante czy Oksana Zabużko
Na czeskim rynku wydawniczym (a tak naprawdę rynku czesko-słowackim, gdyż wielu Słowaków wciąż chętnie sięga po książki w czeszczyźnie) trylogia „Krzywy kościół. Kronika powieściowa utraconego miasta” okazała się wielkim fenomenem. Jak dotąd kupiono ponad 500 tys. egzemplarzy trzech tomów (te szacunki obejmują również e-booki i audiobooki). Dla porównania: duże polskie wydawnictwa za świetny wynik uznają sprzedaż powieści na poziomie 10 tys. egzemplarzy, a rynek czeski jest do tego znacznie mniejszy od polskiego.
W Polsce nakładem wydawnictwa Znak Horyzont i w przekładzie Joanny Goszczyńskiej jesienią ukazał się pierwszy tom (wydawnictwo zdradza, że ukaże się również drugi). Dotyczy on lat 1894-1921, kolejne tomy obejmą okresy odpowiednio 1921-1945 oraz 1945-1961. To znakomita literatura i dzieło monumentalne, liczące około 1700 stron. Opowiada o losach miejscowych rodzin górniczych, skupiając się głównie na historiach kobiet.
To ważne, bo w opowieściach z regionów górniczych bohaterami na ogół bywali mężczyźni. A na kobiety spadał każdorazowo ciężar, gdy zostawały same po kopalnianych tragediach czy wojnach (w Polsce z tego nurtu wyłamała się ostatnio m.in. Monika Glosowitz z ciekawą książką „Pamiętniki kobiet z rodzin górniczych”).
Lednická o tym wie: sama jest z rodziny górniczej, urodziła się w Karwinie, dorastała w Hawierzowie (hawierz to po zaolziańsku „górnik”, a Hawierzów to zaolziańska Nowa Huta, socjalistyczne miasto przemysłowe), dziś mieszka w Ostrawie. Fabularyzuje miejscową historię, nie zmyśla jej. W ten sposób dołącza do takich autorek jak Nino Haratischwili, Elena Ferrante czy Oksana Zabużko, które – opowiadając swoje ojczyzny i kreśląc wielopokoleniowe freski – zdają się wierzyć, że „fikcja to kłamstwo, które mówi prawdę”.
– To miejsce od zawsze mnie przyciągało – mówi mi Karin. – W dzieciństwie, wracając ze szkoły, czasem wysiadałam z autobusu i chodziłam tam bez celu, chłonąc beznadzieję tej przestrzeni, a jednocześnie jej niezwykle silną energię. Był tam zrujnowany kościół, który również chciano zburzyć – na szczęście ówczesny polski proboszcz potrafił temu zapobiec – opowiada.
Miasto skazane na zagładę. „Oddaję Karwinie jej opowieść”
Karin Lednická, rocznik 1969, widziała schyłek starej Karwiny. Jej biografia rozpościera się pomiędzy Karwiną i nie-Karwiną. Na początku XXI w. stała tam jeszcze część domów oraz zabudowań kopalń. Wszystko jednak niszczało, bo uważano, że w starej Karwinie nie ma już sensu czegokolwiek ratować. Ktoś powie, że winne były szkody górnicze, a ktoś inny, że ludzka chciwość. Miasto skazano na zagładę, gdyż władze wyżej ceniły zysk niż dobro miejscowych. Karwina zaczęła upadać w latach 50.
Niektórzy wyprowadzili się od razu, inni długo ignorowali decyzje rozbiórkowe i woleli nadal mieszkać w podkopanych domkach, gdzie np. musieli podpierać przechylone meble deskami. Mimo wszystko zostawali tam, gdzie mieli swoje korzenie i groby. Jeden czytelnik napisał jej, że starą Karwinę opuścił jako ostatni, w roku 2000. Kiedy w 2015 r. zdecydowała się pisać „Krzywy kościół”, zostały już tylko ostatnie, puste domy. Dziś i one są zburzone.

– Z biegiem lat jeździłam tam coraz częściej – mówi pisarka. – Chodziłam jak opętana, ze starymi mapami w ręku, żeby chociaż w swojej głowie odbudować zaginione miasto. Całkowicie się mu oddałam. Z czasem zaczęłam widzieć tam ulice, domy i ludzi. I coraz mocniej uświadamiałam sobie, że jako społeczeństwo mamy wobec nich ogromny dług – który swoimi książkami próbuję choć trochę spłacić, oddaję starej Karwinie jej opowieść.
Tereza Ondrušová jest przewodniczką po starej Karwinie. Pytam ją, czy miejscowi wiedzieli, co stało się z miastem.
– Często nie mieli pojęcia. Większość moich rówieśników nie znała historii regionalnej. Mogli o tym usłyszeć jedynie w rodzinach – tłumaczy Ondrušková.
Jak można tak szybko zapomnieć? Są miejsca, gdzie przychodzi to łatwiej. Bo tutaj państwo nie chciało upamiętnić tej tragedii. Bo Frysztat istnieje do dziś i podszywa się pod Karwinę. Bo to region przemysłowy, zawsze w przeciągach, do którego najpierw się przyjeżdżało, a potem wyjeżdżało. Skądinąd region w oczach wielu niepewny, głównie narodowościowo (na Zaolziu Karin była krytykowana m.in. za fragmenty dotyczące konfliktu polsko-czeskiego, jednak wówczas z radą przyszedł jej historyk Daniel Korbela, który powiedział: „Jeśli obie strony obrzucają cię wyzwiskami w równym stopniu, to znaczy, że zbliżasz się do prawdy”).
Nie można też zapomnieć, że miejscowi w XX w. pięciokrotnie zmieniali przynależność państwową, w tym trzykrotnie w wyniku rozlewu krwi: były tu Austro-Węgry, Czechosłowacja, Polska po aneksji Zaolzia w 1938 r., nazistowskie Niemcy, ponownie Czechosłowacja, wreszcie Czechy.
Dzięki lekturze „Krzywego kościoła” ludzie odkrywają swoje korzenie
Ondrušová opowiada mi o „efekcie Lednickiej” podkreślając, że od ukazania się pierwszego tomu „Krzywego kościoła” jesteśmy świadkami czegoś niesamowitego. Widać to w liczbie turystów odwiedzających starą Karwinę (a tak naprawdę oprowadzanych, bo takich jak ja, którzy przyjeżdżają tam na własną rękę, jest znacznie więcej).
Tomy trylogii ukazywały się w latach 2020, 2021 i 2024. W tym czasie, mówi mi Ondrušová, liczba turystów wzrosła przeszło pięciokrotnie, z trzech do ponad 16 tys. rocznie.
– Dzięki lekturze książek Karin sporo osób mieszkających na Karwińsku odkrywa swoje korzenie, zaczyna rozumieć przodków i własną tożsamość, wreszcie: odzyskuje dumę z miejsca swojego pochodzenia – kontynuuje Ondrušová.
Karin zaś opowiada mi tak:
– Przyjęcie książki przez ludzi mających więź ze starą Karwiną było poruszające. Musiałam nauczyć się przyjmować słowa o „odzyskanym poczuciu tożsamości” czy „przywróconej godności”. Czasem aż mnie to onieśmielało: jak głęboko moje książki dotknęły czegoś, co w tym regionie, budzącym się z wymuszonej amnezji, było uśpione – opowiada.
Myślę, że rzeczywiście dotknęła miejscowego nerwu. Po raz pierwszy siłę rażenia jej opowieści widziałem w Teatrze Cieszyńskim w Czeskim Cieszynie. Od paru lat grana jest tam adaptacja „Krzywego kościoła”. Czułem, że miejscowi z Orłowej, Stonawy czy Hawierzowa przeżywają zbiorowe katharsis. Bo to opowieść o nich – Lednická dzieliła ten sam los, wie np., czym jest „syndrom dzwoniących filiżanek w kredensie”: gdy zaczynały grać swoją złowróżbną muzykę, domownicy wiedzieli, że tąpnęło i ich bliskim mogło się coś „na szachcie”, jak się tu mówi, stać.
Bo Lednická odpamiętuje Karwińsko, przywraca pamięć. Na jednym ze spotkań autorskich pytanie o swoim wstydzie zadał jej 16-latek: „Co můžu udělat proto to, abych se přestal stydět, že jsem odsud?”. „Najlepiej zrozumieć miejsce, w którym się żyje” – odpowiedziała. Myślę zresztą, że w tamtej chwili Karin dobrze rozumiała, co czuje nastolatek. Sama przyznawała nie raz, że długo czuła brak związku ze swoim regionem: „Z dětství si pamatuju trvalý pocit, že nikam nepatřím”. Że do niczego nie przynależę.
Karwińsko należy do Śląska, ale Czesi tego nie rozumieją
Ale sukces „Krzywego kościoła” to sukces ogólnokrajowy. Lednická odkrywa dla współobywateli Śląsk, nawet jeśli wcześniej niezbyt wiele im się z nim kojarzyło: w najlepszym razie Jaromír Nohavica i Ewa Farna, a na ogół bieda, gruboskórność, konflikt.
– Ludzie z Pragi nie rozumieją mieszkańców Śląska, a ja chcę walczyć z bohemocentryczną perspektywą – mówi mi Karin. – Regiony Ostrawsko i Karwińsko zajmują w Czechach pozycję podobną do tej, co Górny Śląsk w Polsce. Zresztą, poza częścią Ostrawy, jest to obszar należący do historycznego Śląska.
– Tak, należy do Śląska, ale Czesi tego nie rozumieją – dodaje mieszkający w Ostrawie socjolingwista i śląskoznawca z Instytutu Slawistyki PAN Kamil Czaiński. – Popularna rymowanka mówi: „Čechy, Morava a Slezsko – to je naše Česko”, wszyscy wiedzą, że na narodowym herbie są herby trzech regionów składających się na państwo czeskie, ale gorzej, gdy trzeba te frazy wypełnić treścią.
Kamil Czaiński podkreśla, że od stu lat Śląsk nie stanowi odrębnej jednostki administracyjnej, a Ostrawa długo była stolicą kraju północnomorawskiego. Tak więc cały czeski Śląsk znajdował się pod administracyjną etykietą Moraw Północnych, tak jak teraz w Polsce Sosnowiec znajduje się pod administracyjną etykietą Śląska.
– To doprowadziło do zupełnego pomieszania porządków i jednoczesnego istnienia „Śląska” i „Północnych Moraw” w tym samym miejscu w przestrzeni. Czasami w jednej gazecie potrafią być wydrukowane obok siebie artykuły, gdzie w jednym pisze się o jakiejś miejscowości „na Śląsku”, a w drugim tę samą albo sąsiednią określa się jako leżącą „na północnych Morawach”. I nie pomaga mu fakt, że każdy z subregionów czeskiego Śląska, od Těšínska przez popruski Hulczyn po Ostrawę i Opawę, są zupełnie innymi światami – wyjaśnia Czaiński.
Lednická poruszyła tematy przez dziesięciolecia wypierane
Ja tymczasem twórczość Lednickiej czytam w dużej mierze jako Ślązak. Górny Śląsk od 1742 r. nie leży w jednym państwie, dziś podzielony między Polskę i Czechy. Zaolziańska śląskość jest inna niż polska – nie wybiła się na niezależność jako suwerenna tożsamość: u jednych, tych ducha polskiego, jest etykietą dla konserwatywnej polskości i podkreśleniem odrębności od czeskości, u drugich, tych ducha czeskiego, jest deklaracją związku z regionem. Ślązakom z Polski nie jest łatwo poruszać się w gąszczu tutejszych znaczeń, odmiennej wyobraźni. To śląskość poaustriacka, nie poniemiecka, składają się na nią inne doświadczenia, wypiętrzała się pod naporem innej orogenezy, innych płyt tektonicznych: galicyjskości, czeskości, habsburskości.
Staram się czerpać jednak z zaolziańskiego zdroju, bo wiem, że bez takich twórców jak Lednická, ale też Óndra Łysohorski czy Ota Filip moja śląskość będzie uboższa. A „Krzywy kościół” to najlepsza śląska powieść od czasu „Dracha” Szczepana Twardocha. Bo c.k. Śląsk to też Śląsk. A to, że Karin mieszka dziś po śląskiej, a nie po morawskiej stronie Ostrawy – cieszy mnie.
Początkowo niewiele przepowiadało jednak tak wielki sukces: autorką „Krzywego kościoła” była debiutantka po pięćdziesiątce, książka ukazała się w niewielkim nakładzie 2 tys. egzemplarzy w niszowym wydawnictwie należącym do Karin, a dwa tygodnie po premierze wybuchła pandemia i zamknięto księgarnie. Książce groziło skończenie na półkach w centrach informacji turystycznej.
O przyczyny sukcesu „Krzywego kościoła” pytam krytyka literackiego Tomáša Fojtíka.
– Jej sukces można porównać do fenomenu „Harry’ego Pottera”: początkowo była to stosunkowo niepozorna książka dla ograniczonego grona odbiorców, która z czasem stała się masowym fenomenem czytelniczym – słyszę od Fojtíka. – Ważne było także dobre wyczucie czasu.
Lednická pisząc o regionie, który do tej pory był w literaturze pomijany, trafiła w moment, gdy stopniowo słabło pragocentryczne spojrzenie na czeską literaturę, a zaczęło rosnąć zainteresowanie historią regionalną. Krytyk dodaje, że Lednická poruszyła tematy, które przez dziesięciolecia były wypierane lub zamknięte w pamięci regionalnej. Tematy, które nie zostały przepracowane i które do dziś pozostają bolesne. Podkreśla, że pod tym względem jej twórczość można porównać np. z powieściami Kateřiny Tučkovej (po polsku ukazały się jej świetne „Wypędzenie Gerty Schnirch”, „Boginie z Žítkovej” oraz „Bílá Voda”). A dziś Tučkova i Lednická to wraz z Petrą Soukupovą, Aleną Mornštajnovą i Leošem Kyšą najlepiej sprzedający się autorzy literatury pięknej w Czechach.
Ale Lednická zafascynowała mnie też jako osoba. Poznaliśmy się kilka miesięcy temu na kawie w kultowym cieszyńskim Kornelu, byliśmy siebie ciekawi. I ledwie drugi raz w życiu spotkałem autorkę, która potrafiła z drugim człowiekiem tak rozmawiać i tak dobrze współbyć. Pierwszy raz blisko 20 lat wcześniej – była to Swietłana Aleksijewicz. Gdybym miał ją „otagować”, napisałbym: swojskość, ciepło, „pierwszorepublikańska elegancja” (dla Czechów retrotopią, tym czasem wyobrażonym-najlepszym, jest Pierwsza Republika Czechosłowacka Masaryka i Beneša).
Rogata dusza, z wyobraźnią. Jako panienka chodziła do hospody Lučina w pobliżu hotelu dla pracowników tymczasowych.
– Tam zrobiłam swój pierwszy interes – wielu z tych mężczyzn było półanalfabetami, więc za wypełnienie druku pocztowego kupowali mi piwo. Lubiłam z nimi rozmawiać. Ich logika! Na przykład Laco z Vihorlatu wyjaśnił mi kiedyś, że nie zmywa czarnego pyłu wokół oczu, aby kobiety wiedziały, że jest górnikiem i ma pieniądze – opowiada mi.

Pierwszy sukces literacki odniosła w szkolnym konkursie za sprawą rozprawki „Jak boję się amerykańskiej bomby neutronowej”. Przerażało ją, że po wybuchu po ludziach zostaną jedynie cienie na ścianie, opisała swoje lęki. Wygrawszy, musiała włożyć pionierski strój i pojechać do Karwiny, gdzie sfotografowano ją jako przedstawicielkę „najmłodszej generacji walczącej słowami z amerykańskim imperializmem”.
„Dostałam kilka wstrętnych anonimowych ostrzeżeń”. Walka o Karwinę
Dziennikarz pisma „Reportér”, Tomáš Poláček, pisał: „Opowiadała mi o tutejszych Cyganach i zrozumiałem, że ich zna, że się nimi interesuje, że czasem chętnie pójdzie z nimi na piwo z butelki – co bardzo cenię”. I dodaje, że nie jest ona kimś, kto „skrupulatnie upiera się przy terminie Romowie, a jednocześnie z równą skrupulatnością tych ludzi unika”.
Po szkole krótko pracowała fizycznie oraz jako dziennikarka, a następnie przeniosła się do Pragi. Za dnia plotła warkoczyki turystom na Moście Karola, a wieczory spędzała w Jo Barze. Po dwóch latach znów spakowała swoje życie i ruszyła do Londynu, aby zdobyć wykształcenie. Po powrocie założyła wydawnictwo, a w międzyczasie została matką dwóch synów. Gdy jeden z nich, Davča, dorastał, wpadł na pomysł, że chciałby zobaczyć świat. Zapakowała go do samochodu, usiadła za kierownicą i pojechała na Wschód: przez Ukrainę, Kaukaz, Syberię, Azję Centralną.
Następnie, osiem lat temu, zaczęła pracę nad „Krzywym kościołem”. Ale buntowniczką, zdaje się, pozostała.
– Kościół św. Piotra z Alkantary to pomnik arogancji. Władza skazała Karwinę na zagładę w imię „świetlanej przyszłości”, która nigdy nie nadeszła. I niestety nie skończyło się to ani po 1989 roku, ani gdy przestano wydobywać węgiel – mówi mi Karin.
Dziś włącza się w walkę o zachowanie starej Karwiny. Poza kościołem i działką wokół niego, teren po mieście został po upadku komuny sprywatyzowany – jak słyszę od miejscowych, przejęty w duchu transformacyjnym, legalnie, acz niemoralnie. Miejscowy oligarcha zamierza zbudować tam strefę przemysłową – 400 metrów od krzywego kościoła. Spór sprowadza się do ontologicznego pytania, co to znaczy nic? Czy każda pustka jest pusta? Bo jedni mówią: nic tam nie ma, można budować. A inni: no właśnie, siłą tego miejsca jest to, że nic tam nie ma, a dawniej było.
– Tak, dostałam kilka wstrętnych anonimowych wiadomości i ostrzeżeń, a pewnego razu nocą jechało za mną dziwne auto – mówi mi Karin. – Ale odpowiem słowami jednej z postaci z trzeciego tomu: „Jeśli będziemy się ich bali, przegrywamy sami ze sobą”.
Historia krzywego kościoła i starej Karwiny wciąż trwa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















