Jestem osieroconym rodzicem

Większość z nas stara się żyć, jakby nic się nie zdarzyło. Rodzina i znajomi mówią, żeby poronieniem się nie przejmować i jak najszybciej zapomnieć. Ze mną było inaczej.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Martyna Wójcik-Śmierska
/ Fot. Martyna Wójcik-Śmierska

Jestem mamą trójki dzieci: dziesięcioletniej Helenki, która jest zdrową dziewczynką, ośmioletniej Marysi, której serduszko przestało bić parę godzin przed planowanym terminem porodu, i sześcioletniego Kuby, który był z nami tylko chwilę, by odejść z powodu – jak mówi współczesna medycyna – „wczesnego poronienia”. W narracji współczesnego świata mam jedno dziecko. Tak zresztą odpowiadam na pytanie: ile masz dzieci? Mam jedno dziecko. Mam troje dzieci.
Nie jestem jedyna.

Masz prawo się złościć na Boga

Statystycznie sześć Polek dziennie traci dziecko albo w wyniku poronienia, albo przedwczesnego porodu, czyli śmierci po 20. tygodniu. 30 proc. zapłodnień nie kończy się porodem. Oznacza to, że każdy z nas zna przynajmniej jedną kobietę, która nie donosiła ciąży.

Nazywamy się rodzicami aniołków – ta nazwa jest jednak niefortunna. Sentymentalizuje. Brzmi jak z religijnego folkloru. Odwołuje się do mitycznej przestrzeni, przez co pozbawia moje dzieci osobowości.
Ja tego nie chcę. Ja chcę słów, które urealnią Maryśkę i umieszczą ją w porządku, do którego należy: w rzeczywistości. Kłopot w tym, że dzieci, które zostały poronione, nie zagościły w naszej świadomości w sposób fizyczny. Dowodem na ich istnienie są dwie kreski w teście ciążowym albo badanie USG. Nikt, łącznie z samą matką, ich nie widział, nie dotykał, nie przytulał. Są i ich nie ma.

Większość z nas, za zachętą swoich bliskich, stara się żyć, jakby się nic nie zdarzyło. Rodzina czy znajomi, zapewne w dobrej wierze, pokazują poronienie jako zdarzenie, którym nie warto się przejmować, bo „przecież tyle kobiet traci dzieci”. Mówią, żeby jak najszybciej zapomnieć.

Dzień Dziecka Utraconego

Ze mną było inaczej. Kiedy zmarła Marysia, od razu poprosiłam o pomoc. Dostałam ją, bo mieszkam w dużym mieście i wiedziałam, do kogo się zwrócić. Znałam psychologów i osoby duchowne.
Dzień po jej śmierci, jeszcze w szpitalu, odwiedziła mnie znajoma psychoterapeutka. Dzień po powrocie do domu przyszedł zaprzyjaźniony ksiądz, który poprowadził później pogrzeb. Siedzieliśmy w kuchni. Ks. Paweł powiedział, że mam prawo się złościć na Boga, bo „porządek życia i śmierci jest taki, że najpierw umierają rodzice, a potem dzieci”.                 

15 października przypadał Dzień Dziecka Utraconego. W wielu miastach Polski z inicjatywy rodziców dzieci utraconych odbywały się z tej okazji msze. Działają Stowarzyszenie Rodziców po Poronieniu i Grupa Wsparcia dla Rodziców po Stracie Dziecka.

Istnieją portale, choćby dlaczego.org.pl czy poronienie.pl, na których zamieszczane są teksty dotykające problemu z różnych perspektyw: religijnej, biologicznej czy psychologicznej.

Na stronie dlaczego.org.pl znajduje się „Lista życzeń osieroconych rodziców”. Wybrałam z niej kilka punktów, by zbudować fundament tego, co chcę powiedzieć na temat utraty dziecka.

Chciałabym, aby moje dziecko nie umarło. 

Dlatego wciąż analizuję, kiedy serce Marysi przestało bić. Czy stało się tak, bo prowadziłam samochód z zapiętymi pasami? A może spałam na złej stronie? Tak. Szukam racjonalnego wytłumaczenia, choć wiem, że nigdy go nie dostanę. I nie pociesza mnie informacja, że są kobiety, które w ciąży ciężko pracują i rodzą zdrowe dzieci. Dbałam o siebie, a moje dzieci nie żyją.

Pragnę o tym mówić, bo samo mówienie jest oswajaniem i przynosi coś na kształt ulgi. Kiedy słyszę: „tak miało być”, „przestań o tym myśleć”, „to się mogło zdarzyć każdemu”, czuję sprzeciw, a czasem agresję. Zamykasz mi usta, jakbyś chciał powiedzieć: nie zawracaj mi głowy swoimi sprawami. Wiem, że chcesz mi w ten sposób pomóc.

Ale uwierz: nie pomagasz. Pomożesz, jak pozwolisz mi ponazywać to, co się we mnie kotłuje. Natłok sprzecznych myśli jest przecież odpowiedzią na tę absurdalną sytuację. Bo absurdalne jest dla mnie to, że zdrowa ciąża kończy się śmiercią.

Nie ma żadnego medycznego powodu śmierci Marysi, pozwól mi więc poszukać innego. Szukam w religii: może Bóg tak chciał? W racjonalności: może tak miało być? W statystyce: wiele kobiet tego doświadczyło... Żadna odpowiedź nie przynosi ulgi. Co więcej: budzi złość, bo kim jest ten Bóg zabierający dziecko rodzicom, którzy go tak bardzo pragnęli?

Złoszczą mnie opowieści o alkoholiczkach, które urodziły żywe dzieci. O aborcjach, zabitych noworodkach, oddanych dzieciach. Te kobiety ich nie chciały, a mają. A ja? A my?
Doświadczam czegoś granicznego. I to, czego najbardziej od świata potrzebuję, to emocjonalnej przestrzeni na przeżywanie trudnych emocji.

Nie pocieszaj mnie – to nie przyniesie ulgi. Pozwól mi mówić, jak chcę. Pozwól mi milczeć, jak potrzebuję. Ale bądź przy mnie, chociaż domyślam się, jakie to może być dla ciebie trudne. Pamiętaj: dla mnie moja tragedia jest największa na świecie. Przypominanie, że inni też cierpią, odbieram tak, jakbyś chciał umniejszyć moje cierpienie.

Moja córka miała na imię Marysia - chcę, żebyś go używał

To dla mnie, jako matki, jest najtrudniejsze. Marysia ma grób. Jest. Inaczej z Kubą. To moje poczucie, że był chłopcem, i moja potrzeba nadania mu imienia. Irracjonalna. Rozumiem, że dla wielu to tylko fantazja. Ale Marysia jest ochrzczona jako Marysia. Używaj jej imienia w mojej obecności. Wymawiając je, dajesz mi sygnał, że jest w tobie zgoda na jej istnienie. Ona była. Żyła we mnie dziewięć pełnych miesięcy. Kuba – kilka tygodni. Tymczasem często słyszę określenia typu: „no wiesz, jak się wydarzyło... wiesz co”, „jak byłaś... no wiesz, w tej ciąży”...

Gdy ktoś w mojej obecności używa imienia mojej zmarłej córki, czuję, że nadaje jej podmiotowość albo wręcz prawo do bycia. Imię jako zgoda na jej bycie. Przemilczenie jako udawanie, że jej nie było...
Jakiś czas temu jeden z naszych kotów wpadł pod samochód. Helenka miała wtedy dziewięć lat. Najpierw płakała, a wieczorem przed snem powiedziała: „teraz Kitka pewnie bawi się razem z Marysią”. A ja poczułam w niej zgodę na to, że jej siostra nie żyje.

Rodzice dzieci utraconych - żałoba nie jest zaraźliwa

Potrzebuję cię teraz bardziej niż kiedykolwiek. Wiem, że moim mówieniem dotykam twojego strachu przed bólem i przemijaniem. Że drżysz o zdrowie naszych najbliższych, szczególnie zaś własnych dzieci. Ale jak to zamykasz radą: „weź się w garść”, to cierpię jeszcze bardziej. 

Nie bój się mówić mi, jak tobie jest z tym ciężko – otwierając się, równocześnie dajesz mi prawo do mówienia o swoich uczuciach. I ja się dobrze z tym czuję. 

Nie baw się w psychologa amatora. Nie potrzebuję Twoich uwag w stylu: „jesteś w drugiej fazie żałoby, teraz powinien nastąpić etap negacji”. Mam wtedy poczucie, że nie jesteś uważny na mnie jako mnie, tylko że wpisujesz mnie w schemat. Chcesz, żebym była poważna, ale zrównoważona, wyciszona, ale w kontakcie z tobą, smutna, ale nie płacząca. Nie chcę spełniać twoich oczekiwań. I nie potrzebuję żadnych „powinnam”, „trzeba”, „należy”.

Żałoba to stan naturalny

Możesz spodziewać się złości i depresji. Proszę więc, wybacz, że czasem jestem cicha i wycofana, innym zaś razem irytuję się i zachowuję ekscentrycznie. Pozwól mi zachowywać się nielogicznie. Pozwól mi nie rozumieć, dlaczego tak się zachowuję. Płaczę, bo tęsknię i nie umiem sobie poradzić. Śmieję się, bo szukam dystansu, choć na dystans jeszcze za wcześnie. Mimo to nie przeszkadzaj mi w podejmowaniu prób.

Miesiąc po śmierci Marysi spotkałam się ze znajomymi. Siedzieliśmy w restauracji i w pewnym momencie dostałam napadu głupawki. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Śmieszył mnie każdy drobiazg. Ktoś się potknął. Ktoś powiedział coś zabawnego, a ja śmiałam się w głos. Próbowałam to powstrzymać, ale to było silniejsze ode mnie.

Jestem mamą Maryśki i Kuby. Doświadczyłam tego, co przerasta każde wyobrażenie: moje dzieci umarły przede mną. Pozwól mi tego w pełni doświadczać. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2015