Światowi liderzy gratulują Donaldowi Trumpowi – nawet jeśli niektórzy nie całkiem szczerze – i przygotowują się do nowej ery w amerykańskiej polityce. Ery zaskoczeń i niestabilności.
Nie inaczej jest w Afryce, gdzie ten wybór wpisuje się w szereg trwających od lat procesów.
Afrykańscy dyktatorzy witają Trumpa z radością
Z radością powrót Trumpa witają ci, którzy widzą w nim polityka-biznesmena i nadzieję na własne interesy bez zobowiązań. Czyli takie „deale”, w których celują dyktatorzy.
W Ugandzie przewodnicząca parlamentu (objęta sankcjami Departamentu Stanu USA za korupcję i naruszenia praw człowieka, m.in. ustawę karzącą homoseksualizm śmiercią) stwierdziła, że wraz z tym wyborem „sankcje zostaną zniesione”. Z gratulacjami pośpieszył też niegdysiejszy laureat pokojowego Nobla Abiy Ahmed z Etiopii, dziś zamieszany w zbrodnie wojenne. Liczy, że dzięki nowej administracji USA uda mu się uzyskać uznanie międzynarodowe dla Somalilandu – separatystycznego regionu Somalii. Dla Ahmeda to istotny cel: niepodległy Somaliland zapewniłby wspierającej go Etiopii dostęp do morza.
W Sudanie, gdzie trwa największa współczesna katastrofa humanitarna, liderzy obu walczących stron ochoczo gratulowali Trumpowi. Choć, jak to określił jeden z lokalnych dyplomatów w rozmowie z pismem „Middle East Eye”, ten „prawie na pewno nie umiałby wskazać Sudanu na mapie. Ale lubi stawać po którejś ze stron”.
Afrykańskie społeczeństwo obywatelskie patrzy na USA z obawą
Cieszy się też część społeczeństw. W RPA ekscytują się Trumpem środowiska niechętne imigracji, a w Afryce Zachodniej sympatią darzą go ewangeliccy kaznodzieje. Znalazł on nietypowych sojuszników nawet wśród nigeryjskiej diaspory: samozwańczy „premier” Biafry, żyjący w Finlandii, wyraził nadzieję, iż Trump pomoże zrealizować sięgające lat 60. XX w. marzenie o secesji tego regionu.
Wygląda na to, że Trump to dziś przede wszystkim nośnik dla – w zasadzie dowolnego – wyobrażenia tych, którzy pragną wierzyć w jego konserwatyzm, antysystemowość czy biznesowy geniusz.
Powodów do radości nie ma za to społeczeństwo obywatelskie Afryki. Trump utnie zapewne finansowanie szeregu programów: od walki z wirusem HIV, przez edukację, po wolne media. Nowa administracja Białego Domu może uznać, że – o ironio – organizacje krzewiące idee praw człowieka nie służą jej interesom.
Tymczasem światowy marsz populistów już mocno nadwyręża budżety pozostałych darczyńców – czy to publicznych, jak UE i Norwegia, czy prywatnych, jak Open Society Foundation George’a Sorosa. Natomiast pieniądze będą zapewne dalej płynąć od konserwatystów z USA: tych, którzy są odpowiedzialni np. za falę anty-LGBT w Afryce.
Co z Afryką, jeśli Trump zacznie wojnę handlową?
Choć w niektórych analizach wybrzmiewa obawa o los handlu Stanów z Afryką, to przyszłość Kairu, Lagos czy Pretorii nie zależy dziś od niego. Mimo prób, Waszyngton nie zbudował trwałej i wartościowej wymiany handlowej z Afryką. Dziś USA ustępują pod tym względem nie tylko Chinom, ale też niektórym średnim gospodarkom Europy.
Wprowadzony jeszcze za Billa Clintona African Growth and Opportunity Act wprawdzie pozwala omijać cła, ale porozumienie to nie okazało się sukcesem na miarę pokładanych nadziei, a wielką część tej wymiany stanowią nadal surowce.
Trump niesie za to nadzieję pokoju między Ukrainą a Rosją. Choćby nietrwały, dawałby szanse na stabilizację handlu zbożem z Europy Wschodniej i spadek cen żywności. Te mocno urosły za sprawą inwazji Putina i popandemicznej inflacji. ONZ podaje, że w ciągu ostatnich pięciu lat czterokrotnie (do 55 mln) wzrosła w Środkowej i Zachodniej Afryce liczba ludzi zagrożonych głodem.
Co jednak, jeśli Trump zacznie wojnę handlową? Afryka ma to do siebie, że w zwielokrotniony sposób przeżywa światowe szoki gospodarcze. Ubogim państwom, a mamy tam do czynienia niemal tylko z takimi, trudniej obsługiwać dług, gdy świat się chwieje, ryzyko rośnie, a inwestorzy wolą stawiać na duże waluty, co winduje ich kurs. Niedawno skok kursu dolara niemal uniemożliwił Kenii spłatę zobowiązań. Schłodzenie światowej gospodarki też zaszkodziłoby zwłaszcza Afryce, gdzie gospodarki opierają się często na surowcach i niskich kosztach pracy.
Jeśli Donald Trump i Xi Jinping pójdą na wojnę celną, to możliwe, że najwyższą cenę zapłacą nie Amerykanie i Chińczycy, lecz Egipcjanie, Nigeryjczycy i Kongijczycy.
Zmiany klimatu mocno dotykają Afrykę, która nie jest na nie gotowa
Prezydentura Trumpa budzi ogromne obawy wśród osób zajmujących się zapobieganiem i adaptacją do zmian klimatu. Afryka zaś to kontynent nie tylko najbardziej dotknięty tymi zmianami, ale i najbardziej na nie niegotowy. Mało prawdopodobne, by nawet producent aut elektrycznych, Elon Musk, przekonał Trumpa do zielonej transformacji.
Mimo to w stolicach Afryki prawdopodobnie nie zaprzątają sobie głowy najbliższymi latami, gdy idzie o klimat. I to wcale nie jest dobra wiadomość.
Dobrą byłoby to, że już pierwsza kadencja Trumpa pokazała, iż zielonej transformacji nie da się po prostu zatrzymać. Biznes regulował się sam, zresztą z istotną rolą Unii Europejskiej, której standardy wiele afrykańskich firm chciało spełniać, by mieć dostęp do jej rynków.
Złą wiadomością jest jednak ta, że nawet z Demokratami w Białym Domu naukowcy i ekolodzy mieli niewiele powodów do radości. Globalne emisje są dziś wyższe niż kiedykolwiek, dyskusje o regulacjach stały się zakładnikiem sporu o powstrzymywanie Rosji, a słabe próby Bidena zmierzające do zahamowania boomu na gaz łupkowy z USA (zdaniem naukowców ze Stanforda może on przyśpieszać zmiany klimatu) spełzły na niczym.
Trump będzie zapewne głośny, ale jego kolejne cztery lata nie zmienią tu wiele, bo poprzeczka nie jest ustawiona wysoko. Liderzy w Afryce muszą tymczasem radzić sobie z problemami codzienności: elektryfikacją, stałością dostępu do prądu czy – jak w RPA – dekarbonizacją gospodarek.
Rosja coraz bardziej zwiększa swoją obecność w Afryce
Bez parasola ochronnego NATO i dziesiątek lat wspólnej polityki gospodarczej, państwa Afryki mają pełną świadomość, że USA i Zachód nie poświęcały konfliktom na południe od Zwrotnika Raka choćby odrobiny tej uwagi, którą skierowały na Ukrainę.
Tymczasem Rosja stale zwiększa tu swoje zaangażowanie. Proces ten zbiegł się już z pierwszą kadencją Trumpa i jego wizją America First. Dziś rosyjscy żołnierze-najemnicy (wielu to pogrobowcy Grupy Wagnera) obecni są w Mali, Nigrze, Burkina Faso, Republice Środkowej Afryki, Sudanie, Mozambiku, Madagaskarze i Zimbabwe.

To nie koniec. Moskwa właśnie wysłała „instruktorów wojskowych” do Gwinei i nie przepuści okazji, by objąć mackami jeszcze więcej kontynentu. Przestrzeń do działań ludzi Putina pojawi się zaś wkrótce w jeszcze większej skali – i w sposób nieoczywisty.
Po pierwsze to legitymizacja. Z chwilą, gdy Trump usiądzie z Putinem do negocjacji, wyśle do Afryki sygnał: era izolowania Rosji dobiegła końca. Odtąd interesy z nią będą niosły małe ryzyko odwetu ze strony USA, czemu więc nie otworzyć się bardziej?
Wzrośnie też zapewne rosyjska, ale i chińska działalność dezinformacyjna. Raporty specjalizujących się w tym think tanków z ostatnich lat pokazują szereg dezinformacyjnych fal, które Rosja i Chiny generowały w Afryce – zwłaszcza w okresach wyborczych.
Znając niechęć Trumpa do fact checkingu, o swoje posady mogą obawiać się pracownicy Global Engagement Center: mało znanej agendy, która monitoruje dezinformację. Bez niej, a także z osłabionym społeczeństwem obywatelskim, fabryki trolli z Kremla i Pekinu mogą wejść na nowy poziom skuteczności.
Z kim Afryka ma budować sojusze, jeśli zabraknie Zachodu?
Zanim europejscy przywódcy spotykają się z nowymi afrykańskimi rządami, pytają swoje resorty spraw zagranicznych o wiarygodność rozmówców. Na ile można wierzyć, że politycy ci mówią (choćby w obrębie konwencji dyplomatycznej gry) to, co zamierzają robić.
Dziś afrykańscy politycy zadają sobie to pytanie w drugą stronę. Widzą zmiany w Europie, kryzys przywództwa Niemiec, wojnę u granic Unii i co najmniej dyskusyjną postawę Europy wobec izraelskich poczynań w Gazie i Libanie. Wiedzą też, że nowa administracja USA nie będzie zainteresowana trwałymi relacjami z Afryką.
Jak i z kim zatem mają je budować? Na łamach szeregu pism, w tym „Jeune Afrique” (to czołowe medium frankofońskiej części Afryki), analitycy oferują dziś różne scenariusze. Może Afryka mogłaby wręcz skorzystać na amerykańskim izolacjonizmie i deglobalizacji? Może, zmuszona do porzucenia dawnych partnerstw, musiałaby dążyć do większego zjednoczenia politycznego i ekonomicznego, budując własną siłę?
To ładna opowieść, ale i myślenie życzeniowe. Powiązania ekonomiczne wewnątrz kontynentu są słabe, zdecydowana większość handlu wychodzi na zewnątrz. Nie pomaga też fakt, że łączne PKB całej Afryki jest mniejsze niż PKB Francji. Paryż służy tu zresztą nie tylko za porównanie – to Francuzi gwarantują stały kurs walutowy (oparty na euro) piętnastu krajom Afryki.
Również jakość inicjatyw politycznych pozostawia wiele do życzenia. Na światowych forach głos Afryki wciąż nie „waży”, a ostatnio lokalne organizmy polityczne borykają się z kryzysami. Przykładem Wspólnota Gospodarcza Państw Afryki Zachodniej (ECOWAS): po serii zamachów stanu, cztery z piętnastu państw wspólnoty zostały zawieszone, z czego trzy wkrótce ją opuściły.
Niezależność pod opieką BRICS i świat o wielu biegunach
Niezależność to zatem pieśń przyszłości. A skoro tak, impetu nabierają dwa inne koncepty.
Pierwszy to pomysł – już realizowany m.in. przez RPA – bliższych relacji z krajami grupy BRICS. Dominujące w tej grupie Moskwa i Pekin, silne dziś w Afryce, łatwo przedstawiają się jako wygodni sojusznicy, którzy wyznają wspólne wartości (cokolwiek ma to znaczyć) i stoją przed podobnymi wyzwaniami.
Nie jest przypadkiem, że jak dotąd jedynym względnie udanym projektem tej wciąż mało formalnej wspólnoty jest New Development Bank. Ta alternatywa dla Banku Światowego mogłaby kiedyś rzucić wyzwanie prymatowi dolara, który były prezydent RPA Thabo Mbeki nazwał w 2023 r. „narzędziem politycznym Zachodu” (to w kontekście inwazji Rosji na Ukrainę).
Drugi koncept to niuansowanie polityki wobec partnerów z Zachodu. Kraje Afryki dostrzegają, że liczą się już nie tylko Waszyngton, Paryż i Berlin – i coraz częściej wysyłają delegacje także do innych krajów, przede wszystkim z Unii Europejskiej. Rośnie też świadomość, jak duża część Europy nie ma przeszłości kolonialnej.
To z jednej strony duża szansa także dla Polski, która coraz sprawniej buduje relacje w Afryce. Ale z drugiej zagrożenie: taki wielobiegunowy świat oznacza, że pojedyncze państwa Europy będą wprawdzie znaczyć więcej jako soliści w relacjach z Afryką, za to głos organizacji politycznych, które współtworzą, będzie przez to brzmieć ciszej.
Co łączy Elona Muska z afrykańskimi politykami
Jeszcze przed wyborami w USA amerykańska socjolożka Brooke Harrington na łamach „The Atlantic” określiła otoczenie wspierających Trumpa miliarderów mianem „broligarchii”. Termin, dotąd używany żartobliwie, opisuje grupę kumpli skupionych na alkoholu, sporcie i męskich zabawach (bro to slangowo bracia, brachy).
Nikt nie jest twarzą tego zjawiska bardziej niż Elon Musk, urodzony w RPA miliarder i osobowość medialna. Jednak, nomen omen, nikt nie odkrył tu Ameryki. Musk wnosi bowiem do swojej nowej amerykańskiej ojczyzny najstarsze – i najgorsze – wzorce znane z historii Afryki.
Właściciel platformy X (dawnego Twittera) zaprzyjaźnia się z przywódcą, wspiera go i dzięki temu funkcjonuje w dwóch światach jednocześnie: biznesu i polityki. Od RPA, przez Zimbabwe, po Ghanę ta metoda przyjmuje rozmaite kształty (niekiedy w postsowieckim stylu: najpierw relacja z władzą, a potem przejście do biznesu). Ale skutki tego procesu są podobne: następuje zatarcie granicy między tym, co publiczne, a tym, co prywatne. Biznes staje się narzędziem władzy, a władza narzędziem biznesu.
Wiele afrykańskich fortun to efekt takich bliskich relacji. Dziś zaś „Afrykanin” Musk zadomawia się w ramach tego modelu w Białym Domu. Dodajmy: „Afrykanin” wychowany w czasach apartheidu, absolwent szkoły tylko dla białych chłopców, który lubi publikować posty o rzekomym ludobójstwie białych w RPA i naśmiewać się z polityki różnorodności Netfliksa.
***
Ani Musk, ani Trump, ani ludzie z otoczenia przyszłego prezydenta – nikt z nich nie będzie adwokatem Afryki. Za to jej liderzy doskonale znają i rozumieją ten sposób działania.
Rzecz w tym, że to model daleki od wartości, które Zachód próbuje dotąd promować. Dla Afrykanów to kolejny już sygnał do przeanalizowania: w jaki sposób – i z kim – budować przyszłość.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















