Wojna z Iranem ratuje reżim. Jak atak USA i Izraela zatrzymał ostatni bunt w Teheranie

Izraelsko-amerykański atak na Iran miał osłabić władzę ajatollahów, ale pomógł jej przetrwać. Naloty na Teheran, śmierć cywilów i retoryka Trumpa sprawiają, że wielu Irańczyków porzuciło myśl o buncie.
Czyta się kilka minut
Toksyczne chmury nad stolicą Iranu w trakcie nalotu na rafinerię, położoną w północno-zachodniej części Teheranu. 7 marca 2026 r. // Fot. Sasan / Middle East Images / AFP / East News
Toksyczne chmury nad stolicą Iranu w trakcie nalotu na rafinerię położoną w północno-zachodniej części Teheranu. 7 marca 2026 r. // Fot. Sasan / Middle East Images / AFP / East News

Ta noc w Teheranie, mieście prawie 10-milionowym, przypominała apokalipsę. Izraelskie samoloty zbombardowały trzy potężne magazyny ropy oraz rafinerię pod miastem. Huk wybuchów, ogromne słupy ognia, cuchnący spalenizną dym, a następnego poranka mroczne ciężkie chmury, z których spadł nasączony sadzą czarny deszcz – metropolia wyglądała jak plan zdjęciowy filmów katastroficznych.

Ogromne ilości uwolnionego tlenku węgla, metali ciężkich, węglowodorów, siarki i azotu sprawiły, że deszcz stał się ekstremalnie kwaśny i szkodliwy dla płuc, zwłaszcza u dzieci, astmatyków i osób starszych. Na szybach, elewacjach i maskach samochodów utworzyły się tłuste plamy. Z czasem zniknęły, ale woda, gleba i rośliny pozostały skażone. 

Zdaniem ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), mieszkańców stolicy Iranu czekać mogą teraz choroby układu oddechowego, skóry oraz zaburzenia krążenia, a w dłuższej perspektywie postępujący wzrost przypadków białaczki i innych nowotworów, a także problemów neurologicznych. 

Od końca II wojny światowej nie doszło do podobnej katastrofy na tak gęsto zaludnionym obszarze.

Irańczycy między reżimem a bombami USA i Izraela

Gdy służby ratownicze wciąż walczyły z pożarami, izraelski premier Beniamin Netanjahu wygłaszał kolejne ze swych oświadczeń, w których nawoływał Irańczyków do protestów i obalenia reżimu. 

Jednocześnie trwały bombardowania demolujące kolejne budynki administracji państwowej, bazy Korpusu Strażników Rewolucji, wyrzutnie i ufortyfikowane magazyny rakiet balistycznych. Skala nalotów była (i jest nadal) tak wielka, że mimo precyzyjnych ostrzałów ucierpiało wiele budynków mieszkalnych oraz kilka szpitali.

– Gdy w styczniu reżim strzelał do nas na ulicach, zabijając w dwa dni tysiące ludzi, coś we mnie pękło – wspomina dni niedawnej rewolty Samaneh, 43-letnia teherańska nauczycielka, z którą rozmawiam przez WhatsApp. 

– Chciałam, by ktokolwiek nam pomógł, zaakceptowałabym nawet amerykański desant z synem szacha na pokładzie – mówi Samaneh. 

– Dziś czuję, jakbym była uwięziona między dwoma obozami religijnych szaleńców. Moja kamienica drży od wybuchów, słyszę huk izraelskich myśliwców nad głową, wybuchy i brzęk wybitych szyb. Teheran się zapada, a mnie jest powoli wszystko obojętne.

Religijna wojna w telewizji i sieci: Iran patrzy na Trumpa, Hegsetha i Netanjahu

Tymczasem w irańskiej państwowej telewizji Samaneh widzi rozemocjonowanych generałów, którzy przywołują imiona kolejnych szyickich męczenników. Z kolei w internecie, gdy ten akurat jest dostępny, widzi zadziwiające filmy z USA: sekretarz wojny Pete Hegseth mówi o „wojnie dla Jezusa” oraz o tym, że „Pan zaprawia moje ręce do wojny” (to cytat z Psalmu 144).

Na kolejnym nagraniu prezydent Donald Trump w Gabinecie Owalnym modli się z grupą protestanckich duchownych „za nasze wojska”, a premier Netanjahu zapowiada po zwycięskiej wojnie powrót Mesjasza. 

– Chciałabym się z tego koszmaru obudzić. Albo zasnąć i tak pozostać – mówi mi Samaneh.

Gdy kończymy rozmowę, irańska telewizja IRIB w pierwszej wiadomości serwisu pokazuje zniszczenia w obiektach z listy światowego dziedzictwa UNESCO: XVIII-wiecznej części królewskiego Pałacu Golestan w Teheranie oraz w XVII-wiecznym Pałacu Czterdziestu Kolumn w Isfahanie, dawnej stolicy imperium Safawidów. Potem są kolejne dwa newsy: zniszczony szpital i tłumy zwolenników władzy na ulicach. 

Trump zmienia narrację o Iranie i grozi zniszczeniem kraju

Wśród ludzi, którzy w styczniu byli gotowi ginąć na irańskich ulicach za swoją wolność, dziś panuje przygnębienie.

Donald Trump już nic nie mówi o dzielnych Irańczykach, którym należy nieść pomoc; w jego ustach teraz to naród „terroru i nienawiści”. Prezydent USA grozi, że zbombarduje wszystkie elektrownie w kraju i sprawi, że jego odbudowa będzie „prawie niemożliwa”. Buntuje Kurdów i zapowiada zmianę granic Iranu albo sugeruje, że byłby w stanie zniszczyć cały kraj „jednego popołudnia”.

Podczas tego samego spotkania Trump komentuje też zatopienie u wybrzeży Indii irańskiego okrętu, formalnie wojennego, faktycznie prawie nieuzbrojonego. Prezydent jest wyraźnie rozbawiony, gdy stwierdza: „Zapytałem naszych wojskowych, dlaczego go nie przejęliśmy? Odpowiedzieli, że zatopienie go było zabawniejsze”. 

Wraz z okrętem na dno poszło 87 członków załogi. Tego samego dnia na profilu Białego Domu pojawia się klip, w którym wojna z Iranem ukazana jest jako animowana gra w kręgle.

Naloty zatrzymały bunt w Iranie. Teheran nie chce dziś nowej rewolucji

Ten pogardliwy język i ataki na infrastrukturę cywilną sprawiły, że Irańczycy stracili ochotę na nowe protesty przeciw reżimowi ajatollahów.

Pracujący w małej firmie doradczej Peyman, który gościł mnie w Teheranie w 2009 r., podczas Zielonej Rewolucji, twierdzi wręcz w rozmowie przez komunikator, że naloty zawróciły islamską republikę znad przepaści. – Oni nie pociągnęliby już długo. Nawet moi bardzo religijni krewni byli oburzeni bezmyślnym terrorem i strzelaniem do protestujących ludzi – mówi Peyman. – Dziś jednak czułbym się jak zdrajca, wychodząc na ulicę.

W czwartek 12 marca Peyman widział na portalu X premiera Netanjahu, jak mówił do Irańczyków: „Stworzymy warunki, w których będziecie mogli przejąć kontrolę nad swym losem. Kiedy nadejdzie właściwy czas, przekażemy wam władzę”. 

– Nad czym, nad ruinami? – pyta Peyman.

Gdy w Iranie wybuchła rewolta, on i jego przyjaciele zaczęli słuchać uważnie syna szacha, który z Waszyngtonu wspierał protesty, prezentując się jako emisariusz wolności, marzący o demokracji, a nie o restauracji monarchii, oraz pragnący pojednania z Żydami.

Dziś Reza Pahlavi wraz ze środowiskiem emigracyjnych monarchistów jest w oczach Peymana osobą skompromitowaną: widzą w nim oderwanego od realiów figuranta, który bezwarunkowo wsparł Trumpa i wygłasza groteskowe orędzia.

W ostatnim nakazał Irańczykom siedzieć w domach i czekać na jego „ostateczne wezwanie do walki”. – Ani razu nie wspomniał o Minab. Gardzę nim za to – mówi Peyman.

Minab: atak na szkołę i śmierć dzieci, która obciąża Amerykę

Tragedia w Minab, 60-tysięcznym mieście na południu Iranu, zdarzyła się już pierwszego dnia tej wojny. Rakieta trafiła w szkołę podstawową, zabijając 168 osób, w zdecydowanej większości dziewczynek i chłopców w wieku 7-12 lat. Podejrzenia od razu padły na armię USA, która operowała na południu Iranu, Izraelczykom zostawiając zachód i centralną część kraju.

Szkoła znajdowała się niedaleko – zaatakowanej w tym samym czasie – bazy Strażników Rewolucji; jeszcze dziewięć lat wcześniej jej budynki stanowiły jej część. W dniu ataku była jednak wyraźnie oznaczona jako szkoła, od bazy oddzielało ją ogrodzenie, obok budynku było boisko dla dzieci, a na elewacji – kolorowe murale.

Zbombardowanie szkoły pełnej dzieci to zbrodnia wojenna. Media z USA twierdzą, że uderzenie w nią to pomyłka wynikająca z nieaktualnych informacji wywiadu. Można by to przyjąć, gdyby nie bezduszna reakcja władz USA. 

Gdy pojawiły się pierwsze nagrania dowodzące, że w szkołę uderzyła rakieta Tomahawk, Trump wmawiał dziennikarzom, że uczniów zabiła nieprecyzyjna irańska rakieta, a jedynymi ludźmi mordującymi dzieci na świecie są Irańczycy, którzy „obcinają im głowy, a kobiety rozrywają na pół”.

Następnego dnia Trump stwierdził, że nie tylko USA mają Tomahawki. Kolejnego, gdy kongresmenom zaprezentowano wstępny raport z dochodzenia armii USA, potwierdzający przebieg zbrodni, stwierdził, że „nic o nim nie wie”.

Obejrzałem reportaż o tragedii w Minab. Kobieta, która straciła dwoje dzieci, mówiła, że gdy dotarła do zbombardowanej szkoły, zobaczyła inne matki, które z rozpaczy drapały ziemię, i ojców, którzy nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. „Mogę z tym żyć” – to ostatnie słowa Trumpa na temat zbrodni w Minab.

Dlaczego USA zaatakowały Iran? Wojna zaczęła się mimo negocjacji atomowych

Atak na Iran, w porównaniu do interwencji w Afganistanie i Iraku, jest bardzo niepopularny w USA. Może dlatego, że decyzji o nim nie podyktowały wnioski z raportów wojska, a zwłaszcza wywiadu, którego szefowa Tulsi Gabbard jeszcze przed inwazją znikła ze sceny. Może nieprzypadkowo. Rok temu podczas przesłuchania w Kongresie oświadczyła, że Iran nie prowadzi aktywnych prac nad bombą atomową, czym rozzłościła Trumpa. Później prostowała swój „błąd”, ale jej obecne milczenie jest znaczące.

Amerykanom nie wyjaśniono wiarygodnie, dlaczego do wojny doszło akurat w środku atomowych negocjacji z Iranem. Sekretarz stanu Marco Rubio tłumaczył, że skoro Izrael zdecydował o nalotach na Teheran i zabiciu Alego Chameneiego, to USA musiały się dołączyć, bo i tak zostałyby zaatakowane w odwecie.

Zabytkowy Pałac Golestan, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i przez lata pełniący funkcję centrum administracyjnego dynastii Kadżarów, został uszkodzony w atakach Izraela i Stanów Zjednoczonych na stolicę Iranu, Teheran, 3 marca 2026 r. // Fot. Fatemeh Bahrami / Anadolu / AFP / East News

Trump poszedł dalej, przyznając, że wysłał wojsko na wojnę po wysłuchaniu zięcia Jareda Kushnera i zaufanego Steve’a Witkoffa, którzy negocjowali z Iranem. Na tej podstawie zyskał „poczucie”, że Irańczycy kłamią, są na progu uzyskania broni jądrowej i nie zawahają się jej użyć przeciw USA. Dlatego połączył siły z Izraelem i uderzył z wyprzedzeniem. 

Ogromne znaczenie miała też opinia Netanjahu, który od 30 lat ostrzega USA, że Iran jest na progu uzyskania broni jądrowej. Tym razem wreszcie osiągnął swój cel.

Trump żąda kapitulacji Iranu, ale wojna może słono kosztować świat 

Z kolei oświadczenia Pentagonu i Białego Domu w kwestii celów operacji w Iranie od początku były niespójne; najczęściej wskazywano anihilację programu atomowego i balistycznego oraz zniszczenie floty. Po kilku dniach, mimo że reżim ajatollahów i strażników rewolucji nie rozpadł się, a nawet zablokował skutecznie cieśninę Ormuz, Trump zażądał bezwarunkowej kapitulacji. 

Zażądał także swojego udziału w wyborze Najwyższego Przywódcy kraju od pół wieku wrogiego Ameryce, czterokrotnie większego i dużo silniejszego niż Irak, w zdecydowanej większości górzystego i w zasadzie niemożliwego do podbicia na drodze operacji lądowej.

Iran można wprawdzie „wdeptać w ziemię” nalotami i cofnąć w rozwoju o dziesięciolecia, choć dla samej Ameryki będzie to bardzo kosztowne (tylko pierwszych sześć dni inwazji kosztowało ponad 11 mld dolarów) i mocno ryzykowne. Ale jeśli Iran ma iść na dno, to zapewne wystawi za to całemu światu ogromny rachunek. 

Co dalej z Iranem i Zatoką Perską? Wojenne scenariusze 

Już sam wybór Modżtaby Chameneiego na nowego przywódcę Iranu jest tu znaczący. Niemal cała jego rodzina – nie tylko ojciec, także matka – została zabita pierwszego dnia inwazji, trudno więc sobie wyobrazić, by dopuszczał kompromis i ograniczał zapędy dowódców Korpusu Strażników, którzy od lat są jego zapleczem i równie długo przygotowywali się do konfrontacji z USA. 

Z ich perspektywy ważna jest nie tylko walka z armiami USA i Izraela, ale wywołanie ogólnoświatowego kryzysu przez wciągnięcie do konfliktu krajów arabskich na drugim brzegu Zatoki Perskiej. Atakowanie rakietami balistycznymi i dronami infrastruktury naftowej tych państw ma sprawić, by pożałowały współpracy z USA, wymogły korzystny dla Iranu rozejm odblokowujący cieśninę Ormuz, a potem usunęły bazy USA z regionu.

Silna Arabia Saudyjska zapewne przetrwa ten kryzys, jednak mniejsze państwa, jak Bahrajn, Kuwejt, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie są bardziej zagrożone. Z jednokierunkową gospodarką, delikatną strukturą społeczną, słabym i pozbawionym doświadczenia wojskiem – mogą sobie nie poradzić. 

Emiraty już są na skraju upadku: opustoszały hotele, korporacje i banki zamknęły swe oddziały, wydobycie ropy i gazu oraz produkcję paliw wstrzymano. Dubaj przypomina dziś miasto duchów. Nie wiadomo, kiedy znowu stanie się rajem i czy stanie się to w ogóle. 

Nie wiadomo też, jak wtedy będzie wyglądać Teheran.

Tekst ukończono 13 marca.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Czarny deszcz