Piotr Dumała, reżyser: Śmierć rodziców była dla mnie wielką lekcją rozumienia życia

Coraz wyraźniej czuję, że zbliżam się do tej granicy, za którą albo coś jest, albo nie ma nic. A co miałoby być? Nad tym nie główkuję – mówi Piotr Dumała.
Czyta się kilka minut
Kadry z filmu w produkcji „Czarny Kapturek w Ameryce”, reż. Piotr Dumała // Fumi Studio
Kadry z filmu w produkcji „Czarny Kapturek w Ameryce”, reż. Piotr Dumała // Fumi Studio

Katarzyna Kubisiowska: Najpierw na podstawie „Ameryki” Franza Kafki planowałeś film animowany.

Piotr Dumała: Wycofałem się, kiedy dotarło do mnie, ile to lat pracy. Chciałem, by powstał pełny metraż i kino akcji. Myślałem o technice rysowania postaci ołówkiem na papierze, potem wycinaniu ich komputerowo i wklejaniu w tła zrobione na innych kartkach. Ponad 100 tys. ręcznie robionych klatek.

Żmudna praca.

I wymagająca skomplikowanej postprodukcji. Zrealizowałem nieco ponad minutę, było piękne. Ale do ukończenia potrzebowałbym oddanego zespołu techników-artystów pracujących ze mną kilkanaście lat. A każdy rysunek musiałbym robić sam. Podrabianie rysunków groziło powstaniem jakiegoś monstrualnego kiczu.

Screeny z trailera nieukończonego filmu Ameryka, reż. Piotr Dumała // Fumi Studio

Dlaczego?

Pracując sam, każdym nerwem czuję akcję i postać – jej bryłę, wyraz twarzy, błysk w oku, napięcie mięśni, rozwichrzenie włosów. Pomyślałem też, że nawet jeśli zrobię ten film za dwadzieścia lat, to będę miał prawie dziewięćdziesiątkę. Komu wówczas będzie on potrzebny? Jakiemu światu go pokażę? Czy będzie jeszcze istnieć kino?

Komiks okazał się realnym wyzwaniem.

Bohaterem „Zaginionego” Franza Kafki, bo tak brzmi pierwotny tytuł „Ameryki”, jest szesnastolatek – Karl Rossmann. Kiedy wpadłem na pomysł adaptacji tej powieści, moja córka zbliżała się do wieku głównego bohatera. Automatycznie wyczuwałem ten naelektryzowany czas, bo w trakcie pracy towarzyszyłem doświadczeniu młodości mojego dziecka. I równolegle zbliżałem się do samego siebie.

Komiks AMERYKA na motywach powieści Franza Kafki, scenariusz i rysunki Piotr Dumała, wydawnictwo NAGLE! // materiały prasowe

Siebie sprzed lat?

Zależało mi, by pokazać sprawczość mojego Karla. W odróżnieniu od bohatera Kafki – poniekąd cierpiącego na syndrom sztokholmski, „współwinnego” swoich nieszczęść – ja chciałem go wyrwać z pułapki, stopniowo wyposażając w zdolność do podejmowania decyzji, buntu.

U Kafki w sumie nie wiadomo, kim Karl jest: jako nastolatek zostaje ojcem, ale nie poczuwa się do tej roli. Spłodził dziecko z 37-letnią służącą rodziców, a ci za karę wyrzucają go z domu. Z kilkoma dolarami zaszytymi w marynarce płynie więc do Ameryki, gdzie czeka na niego bogaty wuj z trzcinką bambusową w ręku. Od razu wiadomo, że to typ kapo. Początkowo wuj polubi Karla, potem da mu kopniaka za rzekome nieposłuszeństwo i wyrzuci z domu.

Brutalne dorastanie do samodzielności.

Zafascynowało mnie, jak Karl z chłopca przemienia się w mężczyznę. Co oznacza, że musi stracić niewinność. Nie tylko przez to, że uwiodła go służąca, ale dlatego, że przestaje być „dobrym chłopcem”. Zaczyna kombinować, walczyć o siebie, rodzi się w nim świadoma seksualność. Staje się twardzielem.

Ty taki byłeś?

Karla z komiksu wyposażyłem w cechy, które we mnie objawiły się znacznie później.

Mówisz o pewności siebie?

Nie umiałem się bronić, wykazywałem daleko posuniętą łagodność, chociaż narastały we mnie napięcie, złość, agresja. Może bałem się eksplozji, którą w sobie nosiłem. Nikt tego nie widział, mój profesor mówił o mnie „niespotykanie spokojny człowiek”. 

To źle?

Kiedy w liceum plastycznym na pytanie, skąd jesteś, odpowiedziałem, że z Woli, to usłyszałem szydercze: „no tak, z Woli”. Facet z Woli uchodził za bandytę – palił papierosy, pił wódkę, w kieszeni nosił nóż. Ja natomiast byłem piętnowany przez „prawdziwych” chłopaków z Woli. Nie byłem bandziorem, choć oczywiście trochę chciałem nim być.

Jakim sposobem?

Zapisywałem się na sztuki walki: karate, kung-fu, tai chi... W  pewnym momencie ćwiczyłem kyokushin, najbardziej agresywny styl karate. I rzecz jasna piłem. W czasach licealnych pisałem też okrutne powieści, trup ścielił się gęsto, na każdej stronie kilkudziesięciu zabitych. Albo taka scenka: idzie gromada dzieci, wesołe, rozkrzyczane niemiłosiernie, a potem cichutkie jak trusie. Tylko jedna dziewczynka charczy nieprzyzwoicie i szef bandy musi uspokoić ją krótką serią z broni maszynowej.

Makabreska.

Rękopisy krążyły po całej szkole. Dwa lata starszy Maciek Kobyliński, syn słynnego Szymona, który był guru nas wszystkich, poklepał mnie po ramieniu mówiąc: „stary, niezłe”.

Uznanie grupy w tym czasie jest nie do przecenienia.

Ja w siebie z tamtego czasu mam wgląd też dzięki dziennikom. Uzbierało się z osiemdziesiąt zeszytów. Odkąd pamiętam, była we mnie potrzeba notowania refleksji, snów. Kiedyś bardziej żaliłem się w ten dziennik, pisałem, bo byłem zły na kogoś, zawiedziony, niekochany. Takie lustereczko, w którym przeglądały się moje negatywne stany ducha. Z czasem pojawiło się więcej spokoju. Zapiski zaczęły być rozmową ze sobą, jakby z mądrzejszym przyjacielem.

To musi być kopalnia wiedzy.

Zaskoczyło mnie w tych najwcześniejszych dziennikach, jak bardzo starałem się być bliski faktów. Pod datą 27 sierpnia 1973 roku piszę: „Zdarzył się jakiś cholerny wypadek kolejowy pod Kielcami, matka na pewno nie pozwoli mi na wyjazd...”. To był czarny dzień Polskich Kolei Państwowych. Doszło do katastrofy pod Radkowicami koło Kielc. Nocny pociąg osobowy relacji Zakopane–Warszawa, jadący z prędkością 90 km na godzinę, wjechał na porzucone na torach nieoświetlone 20 wagonów, które wykoleiły się z pociągu towarowego. W konsekwencji lokomotywa wyleciała w górę, zmiażdżeniu uległy pierwsze wagony, 14 osób zginęło, 24 były w stanie ciężkim. 

Kiedy niedawno obejrzałem reportaż o tym wydarzeniu, łzy popłynęły mi z oczu. Ale wtedy myślałem tylko o sobie i swoim pragnieniu wyjazdu do dziewczyny do Opola. Jako nastolatek byłem bezduszny. Tak jakbym chciał powiedzieć: nie mogli sobie zginąć później albo gdzie indziej? Teraz widzę, jaką świadomość ma chłopiec siedemnastoletni, jak jest kompletnie niesocjalny.

A te granice kiedy nauczyłeś się stawiać?

Ciągle się uczę. Ostatnio zostałem okradziony. Facet mnie zagadnął, jak dojechać na jakąś tam ulicę. Niby Słowak. W pewnym momencie wręcza mi perfumy, a ja czuję, że to zmierza w złym kierunku, że będzie chciał o wiele więcej. Potem mówi, bym dał mu pieniądze na benzynę, bo oni z kolegami przyjechali z Bratysławy i stoją teraz przy stacji benzynowej, mają pusty bak, nie mogą ruszyć. Że my, bracia Słowianie, musimy sobie pomagać.

Ściskał mnie za rękę kilka minut, z portfela wyciągnąłem dwie dychy, a on mówi, że to mało, że chce stówę. W tym momencie przebudziłem się, bo cały czas grałem w jego grę, wspólnie z nim starałem się udawać, że on jest w porządku. 

Udawać?

To charakterystyczne, że kiedy ktoś cię robi w konia, przez długi czas bronisz tego człowieka, myśląc, że może źle go oceniasz, że on na pewno jest porządny. I próbujesz mu pomagać, by w twoich oczach pozostał dobry. Więc obaj gracie w tę grę... W końcu jednak powiedziałem: „Pan mnie nabiera, to jest nie fair”. Ale te 20 złotych w jego ręku zostało, nie chciało mi się o nie upominać. Sama widzisz: na karku mam prawie 70 lat, a wciąż trudno mi uwierzyć w to, że świat jest zły.

Mnie też.

A to ułuda. Mówi się, że przyroda jest taka piękna, że gdyby nie człowiek, świat byłby rajem. I zachwycamy się łagodnymi wzniesieniami z gęstym lasem. A przecież w tym lesie właśnie toczy się bitwa, tam się napieprzają wszyscy ze wszystkimi – o światło, żarcie, wodę. Czy istotą tego świata nie jest mordowanie się? Wszyscy wszystkich próbują zjeść. Uśmiechamy się do słodkich kropeczek na biedroneczkach, a to przecież jeden z największych drapieżników, w jeden dzień może zjeść kilkadziesiąt mszyc. Ogrodnicy zwęszyli w tym interes i napuszczają jedne owady na drugie, by pomogły ludziom. 

A ludzie?

Wychowano mnie w religii katolickiej, wierzyłem w istnienie duszy i w to, że jesteśmy podobni do Boga, że cząstka nas może być dobra. Że to możliwe. Tyle że ja wkoło widziałem i widzę triumfujące zło. 

Choć jestem na tym etapie życia, że złapałem dystans. Dawniej nie umiałem, wszystko traktowałem śmiertelnie serio. Teraz się z tego potrafię śmiać. I nauczyłem się bawić własnymi lękami, gram nimi jak w piłkę. I jeszcze na nich zarabiam.

Kafka też pokazał Amerykę jako świat wrogi.

A sam w Ameryce nie był. Za to mieszkali tam jego krewni, którzy regularnie przysyłali do Pragi kartki pocztowe z wizerunkami amerykańskich metropolii. Ważna była dla Kafki lektura przewodnika Artura Holitschera „Ameryka: dziś i jutro”. Niemal wszystkie opisy amerykańskich krajobrazów, które znajdują się w „Ameryce”, mają źródło w zdjęciach zreprodukowanych przez Holitschera. Kafka stworzył swoją Amerykę zaludnioną niemal wyłącznie przez Żydów i Niemców.

Natomiast kiedy rysowałem komiks, zacząłem przypominać sobie własne wyjazdy do Stanów. W sumie spędziłem tam trzy razy po pół roku jako visiting lecturer na Harvardzie.

I co myślisz?

To był jeden z najlepszych okresów mojego życia. Ale poprzedzony trudnym czasem, w którym odchodzili moi rodzice. Najpierw zmarł ojciec, potem mama. Jej pogrzeb odbył się tydzień przed moim wylotem. W Polsce zostawiałem grób pełen świeżych kwiatów.

Jak się odnalazłeś w Ameryce?

W Harvardzie dostałem pracownię z sufitem z matowego szkła, wysoką na 15 metrów, z rurami, które wyciągały zapachy rozpuszczalników i innych chemikaliów. Początkowo nie chciałem jej wziąć. Myślałem: po co mi jakaś tam pracownia, ja tu przyjechałem uczyć, po godzinach pracy będę chodził po ulicach, zwiedzał, siadał na ławce i pisał. Ale ktoś mi poradził: „Człowieku, weź ten klucz i przynajmniej otwórz drzwi, zobacz, jak to wygląda”. Posłuchałem i oniemiałem. 

Potem nie było dnia, bym nie był w tej pracowni. Do dziś pamiętam jej zapach – stare drewno, rdza – pracownie mieściły się w dawnych magazynach teatru Gilbert & Sullivan. I jeszcze pamiętam zakupy we wspaniale wyposażonych sklepach z materiałami dla plastyków. W Ameryce zrobiłem kilkaset rysunków i obrazów. Najlepsze moje prace powstały właśnie tam.

Prawdziwa ziemia obiecana.

Cambridge to piękne miasto, pełne młodych ludzi. Miałem tam swoją ulubioną księgarnię – Harvard Bookstore, gdzie godzinami przesiadywałem, oglądając albumy, i kawiarnię Toscanini, w której była pyszna gorąca czekolada. Codziennie ćwiczyłem jogę – nigdy wcześniej ani później nie robiłem kwiatu lotosu. Przechodziłem samego siebie.

I uczyłem studentów o różnych kolorach skóry – Rosjanina, Kubankę, Irlandczyka, Ormianina, Polaka, Hinduskę, Japonkę, Koreankę, kilku białych Amerykanów i Afroamerykanów. To nie byli wyłącznie artyści, ale ludzie studiujący geografię, mitologię, psychologię, filozofię, computer science

Nie wszyscy byli wybitnie uzdolnieni plastycznie, po prostu chcieli wziąć udział w eksperymencie i stworzyć swój film animowany. Realizowali marzenia, pracowali niezmordowanie, nawet w największe upały, a wydział mieścił się na poddaszu. Ameryka dawała mi poczucie niesamowitej energii.

A dzisiaj skąd się bierze Twoja artystyczna energia?

Wracam do starych wątków i autorów. Przecież pierwszą animację wokół Kafki zrobiłem ponad 30 lat temu... To działa na zasadzie korzystania ze złóż zbieranych całe życie, one transformują w coś nowego. Jak miliardy ton drzew i dinozaurów, które zapadały się w bagnie i zamieniały przez tysiące lat w węgiel czy ropę naftową. 

Co robisz teraz?

Pracuję nad 25-minutową animacją pt. „Czarny Kapturek w Ameryce”.  Rysuję wszystko sam, po prawie dwóch latach pracy zbliżam się do 10 minut. Na stole piętrzy się stos 7 tys. rysunków.

Kadry z filmu w produkcji „Czarny Kapturek w Ameryce”, reż. Piotr Dumała // Fumi Studio

Poniekąd to kontynuacja „Czarnego Kapturka”, mojego filmu z 1983 r. Uruchamiam też własne, dziecięce rysunki zachowane w kilku zeszytach. Moja córka powiedziała, że to niesamowite, że jako czterolatek robiłem projekty do filmu, który realizuję teraz, ponad 60 lat później.

W Twoim starym filmie Kapturek nie tylko zmienia kolor nakrycia głowy, ale też z ułożonej panienki przemienia się w rozwydrzoną dziewuchę.  

Mój „Czarny Kapturek” to bardziej chłopiec. I przez wiele lat ten bohater pojawiał się w różnych moich króciutkich filmach reklamowych, między innymi w czołówce Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. Ale teraz, w nowym filmie, wraca jako główny bohater, gra Karla Rossmanna. Tytuł jest nawiązaniem do Kafki, bo chodzi o jego „Amerykę”.

To zupełnie gagowe i crazy, ten Kafka. Podkładam sam roboczo głosy postaci, więc mam ubaw po pachy.

Powroty do przeszłości mają jakiś inny cel?

Może też taki, że coraz wyraźniej czuję, że zbliżam się do tej granicy, za którą albo jest coś innego, albo nie ma nic.

To jest czy nie ma?

Nad tym nie główkuję.  

Nie?

To przecież jedna z tych kwestii, która pozostaje poza rozumieniem, ona jest sama z siebie potężniejsza od myślenia. Wiesz, ja w ostatnich pięciu latach całkiem sporo chorowałem i miałem poważne wypadki, do szpitala trafiłem z siedem albo osiem razy, więcej niż przez całe wcześniejsze życie.

A przechodząc próg szpitala, robisz się innym człowiekiem, stajesz się określonym przypadkiem chorobowym. Tam nikt do mnie nie mówił „panie profesorze”. Chociaż... Kiedy w Wigilię leżałem z covidem i narzekałem, że nie mam światła do czytania, bo lampka przy moim łóżku była popsuta, to jedna fajna lekarka powiedziała: „Profesorze, to prezent dla ciebie”. I podarowała mi super lampkę.

Wigilijny cud.

Ale pewnego razu przyszedł inny lekarz, stanął przy moim łożu i pyta: „Od kiedy pan ma covida?”. Ja: „Chyba siódmy dzień”. On: „A, to jutro i pojutrze będzie ten najbardziej newralgiczny moment. Bo wie pan, jeżeli dojdzie do burzy cytokinowej, to wtedy tracimy kontrolę i następuje zgon”. Jeszcze spojrzał w jakieś kartki i dodał: „Wyniki ma pan fatalne”. Po czym odwrócił się do pacjenta z sąsiedniego łóżka: „No, a co tam u pana, panie Stasiu”?

Teraz mnie zatkało.

Nie miałem pojęcia, co to jest ta burza cytokinowa, w życiu nie słyszałem o czymś takim. Ale raczej nie myślałem, że ma coś wspólnego z kinem. Tego samego dnia wzięli mnie na tomograf, jechałem na wózku, nie wolno mi było iść samemu. Siedziałem w poczekalni, z nikim nie rozmawiałem, zostałem w takiej ciszy sam ze sobą. I nagle miałem wrażenie, że siedzę na samej krawędzi cypla, a przede mną rozpościera się nieskończona otchłań. Jedyne w swoim rodzaju z uczucie.

I scena jak z Kafki.

Dawniej do śmierci zbliżałem się poprzez sztukę. Choćby oglądając filmy Bergmana. W „Tam, gdzie rosną poziomki” jest scena, w której profesor Isak Borg we śnie widzi trumnę, ona się przewraca, otwiera, a w środku leży on sam. 

Kiedy pisałem te swoje okrutne opowiadania, śmierć była dla mnie jakimś rodzajem ekspresji, nie zdawałem sobie sprawy, co to właściwie znaczy. Nawet jak umarł dziadek, a byłem wtedy w piątej klasie, to przeżywałem to dość banalnie: płakałem, napisałem wiersz, ale jednocześnie nie bardzo czułem coś głębszego. I bałem się zimnego ciała, nie chciałem dotknąć trupa.

Kiedy mój ojciec rok wcześniej pocałował swego zmarłego brata w czoło, myślałem: jak on się go nie boi? Ale kiedy po latach żegnałem się z ojcem na cmentarzu, to też go pocałowałem. A wcześniej zrobiłem jego portret. Tak samo portret mamy. Rysowałem go w chłodni, pozostawiony sam, pośród wielu trumien z ciałami zmarłych. Śmierć rodziców była dla mnie wielką lekcją zrozumienia życia. Nie było tam miejsca na strach.

A Ty?

O śmierci nie myślę z lękiem, bardziej z ciekawością. Jest przecież rzeczą najbardziej powszechną, niezbędną częścią całości. Nawet jeśli nic tam nie ma. Nic – w sensie naszego intelektu, który zniknie. Więc co jest oprócz niego? 

Kafka w ostatnich zdaniach swoich dzienników napisał: „Każde słowo przekręcone w ręku upiorów – ten rozmach ręki to ich charakterystyczny ruch – staje się ostrzem zwróconym przeciw mówiącemu... Więcej niż pociechą jest stwierdzenie: ty też masz broń”.

Sztuka jest bronią?

Dla artysty to kwestia przetrwania. Ja w dzieciństwie i w wieku dojrzewania przetrwałem dzięki sztuce. I to dzięki pisaniu właśnie, nie plastyce. Szczęśliwie psychoterapia nie wykurzyła ze mnie sztuki, raczej mnie umocniła, bym zajmował się nią właśnie, ale już racjonalnie, nie desperacko. Ujrzałem w niej moją siłę na całe życie. Więc tak, poczułem w sobie tę broń, jak Kafka.

Piotr Dumała // Fot. Bartek Barczyk dla Gazety Festiwalowej „Na Horyzoncie”

PIOTR DUMAŁA (ur. 1956 r.) – reżyser, scenarzysta i scenograf filmów animowanych i fabularnych. Autor plakatów, ilustrator, pisarz. Profesor zwyczajny PWSFTViT w Łodzi, profesor gościnny Konstfack College of Art w Szwecji oraz Harvard University w USA. Laureat ponad setki nagród za twórczość filmową i graficzną. Autor filmów animowanych, m.in. „Łagodna”, „Franz Kafka”, „Zbrodnia i kara”, „Hipopotamy” oraz filmów fabularnych: „Las”, „Ederly”, „Fin del mundo?”. W wydawnictwie Nagle! ukazał się jego komiks „Ameryka” na motywach powieści Franza Kafki. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wielka lekcja