Muniek Staszczyk: Dzień, w którym bardzo potrzebowałem, żeby ktoś mnie przytulił

Moje piosenki są dla mnie często publicznym pamiętnikiem. Skoro wiara jest istotną częścią mojego życia, to logiczne jest, że co jakiś czas w mojej twórczości się przebija – mówi lider T.Love.
Czyta się kilka minut
Muniek Staszczyk, zdjęcia z sesji zdjęciowej do książki "Chłopaki (nie) płaczą. Muniek Staszczyk bez ciemnych okularów w rozmowie z Piotrem Żyłką" // Fot. Sebastian Nycz / wydawnictwo Emocje Plus Minus
Muniek Staszczyk, zdjęcia z sesji zdjęciowej do książki "Chłopaki (nie) płaczą. Muniek Staszczyk bez ciemnych okularów w rozmowie z Piotrem Żyłką" // Fot. Sebastian Nycz / wydawnictwo Emocje Plus Minus

Piotr Żyłka: Muniek Staszczyk. Wychowany w cieniu Jasnej Góry.

Muniek Staszczyk: Można tak powiedzieć. Jak człowiek się rodzi w Częstochowie, to trudno całkowicie ignorować klasztor Paulinów. Nawet jeśli się do niego nie pała wielką miłością. Stoi na wzgórzu, na końcu alei, w centrum miasta. Siłą rzeczy jest pewnym punktem orientacyjnym.

Pamiętasz, kiedy byłeś tam pierwszy raz?

Nie pamiętam, kiedy to było dokładnie, ale w dzieciństwie bywałem tam często. Zabierała mnie tam moja kochana babcia. Kiedy mówiłem, że mam ochotę iść na spacer, ona odpowiadała: „Dobrze, Zygmusiu, zabiorę cię na Wały”.

Nuda. Zwłaszcza dla młodego chłopaka.

No właśnie wręcz przeciwnie! Lubiłem tam chodzić, bo z Wałów przy klasztorze jest super widok na miasto. Obok jest też spory park, czyli też fajna przestrzeń. A na samej Jasnej Górze najbardziej podobała mi się droga krzyżowa. Ta poprowadzona wokół klasztoru.

Czemu akurat ona?

Rzeźby są ciekawie wykonane. To przykuwało moją uwagę, więc lubiłem z babcią chodzić między kolejnymi stacjami i się im przyglądać. Jednak największą atrakcją były dla mnie bażanty. Na dole, jakby na tyłach klasztoru, paulini mieli cały zwierzyniec. W latach 70. trzymali tam kury, świnie, chyba też króliki, no i te bażanty. Ich widok mnie fascynował i ekscytował, dlatego zawsze prosiłem babcię, żebyśmy koniecznie poszli je zobaczyć.

Z Twojego liceum, słynnego IV LO imienia Henryka Sienkiewicza, któremu poświęciłeś jeden ze swoich utworów, też niedaleko do klasztoru.

Dosłownie kilka minut z buta. Budynek naszej szkoły stoi przy Alei Najświętszej Maryi Panny, więc te wszystkie pielgrzymki, które ciągną do Matki Boskiej Częstochowskiej z całej Polski, przechodziły nam pod oknami. A my z nich szydziliśmy.

Dlaczego?

Taki to był etap w życiu. Jak się jest dojrzewającym nastolatkiem i co chwila pod twoją budą przechodzą rozmodlone tłumy, to raczej ich widok nie wywołuje w tobie głębszej refleksji lub sympatii. Na pewno nie w nas. Rechotaliśmy z tych wszystkich pobożnych ludzi, którzy nie wiadomo po co szli – czasem przez wiele kilometrów – żeby stanąć przed jakimś obrazem. Wtedy wydawało nam się, że to coś na maksa obciachowego.

Dziś myślisz inaczej.

Zdecydowanie. Jeśli ktoś idzie na Jasną Górę przez pół Polski, to znaczy, że jest to dla niego ważne, i nawet jeśli ja podchodzę do tego tematu inaczej, to trzeba uszanować wrażliwość innych ludzi.

Już sobie nie robisz jaj z pielgrzymów?

Byłbym skończonym głąbem, gdybym to robił jako dorosły człowiek i dojrzały facet. Powiem więcej – dziś mam do tych wszystkich ludzi ogromny szacun. Szczególnie porusza mnie widok starszych osób idących w stronę klasztoru. Mimo wieku, chorób i zmęczenia pielgrzymują. Modlą się za swoich bliskich. Te wszystkie babuleńki z różańcami w dłoniach. One są solą naszej ziemi.

Co wpłynęło na taką zmianę myślenia?

Mówiąc najprościej i najkrócej – życie się wydarzyło. Człowiek kilka razy porządnie wyrżnął i topił się w błocie – to po pierwsze. A po drugie – miałem to szczęście, że na swojej drodze spotykałem ludzi, którzy pomogli mi odkryć w sobie potrzeby duchowe.

Mówisz o nich, że to emisariusze od Pana Boga.

Całkiem serio tak myślę. W kilku ważnych momentach mojego życia, takich związanych z bardzo poważnymi kryzysami, pojawiały się zupełnie niespodziewanie osoby, które ciągnęły mnie w górę. Dla przykładu – wiele lat temu, już po czymś, co można by pewnie nazwać moim pierwszym etapem nawrócenia, mocno się pogubiłem. W konsekwencji myślałem, że straciłem też wiarę. I wtedy kumpel mi polecił, żebym sobie „strzelił pompejankę”.

Wyjaśnijmy, co to jest.

To taka modlitwa oparta na różańcu. W gruncie rzeczy bardzo prosty koncept. Tylko że tego różańca odmawiasz dużo, wszystkie części dziennie. Nie brzmi to może jakoś bardzo zachęcająco, ale mi wtedy pomogło.

Wydaje mi się, że Bóg czasem do nas stara się dobić, wykorzystując proste narzędzia – choćby spotkanie z drugim człowiekiem i rozmowę na jakiś głębszy temat. Albo właśnie to, że ktoś ci zaproponuje praktykę duchową, której nigdy wcześniej nie próbowałeś. To są takie liny, po których możemy się wciągać. Ale nie musimy. Bóg wykonuje ruch w naszą stronę, ale do niczego nas nie zmusza. Zostawia nam wolność wyboru i to od nas zależy, czy i jak odpowiemy na Jego propozycję.

A jak Ci konkretnie pomogło to odmawianie pompejanki?

Na pewno odciągało mnie od używek, bo to był taki etap w moim życiu, w którym zdałem sobie sprawę, że jestem uzależniony od alkoholu, i próbowałem coś z tym zrobić.

W jaki sposób odciągała?

Wiesz co, miałem jakieś minimum przyzwoitości i nie chciałem się modlić po pijaku. Przestrzeń wiary stawała się dla mnie coraz ważniejsza, więc pojawiał się moment wyboru: butelka czy różaniec? No i kiedy zacząłem odmawiać nowennę pompejańską, to nadawało fajny rytm każdemu dniowi. Bo żeby odmówić trzy części różańca dziennie, trzeba to sobie jakoś zaplanować. I to było spoko, taki element porządkujący rzeczywistość. Dla alkoholika to jest pomocne. Nawet tak technicznie i praktycznie patrząc.

Kiedy nagrywaliśmy rozmowy do naszej książki „Chłopaki (nie) płaczą”, wspomniałeś o zabawnej sytuacji z Gdańska.

Pracowaliśmy tam nad dwiema piosenkami na reedycję albumu „Luksus” projektu Szwagierkolaska. I tam się wokół tego mojego modlenia na różańcu trochę groteskowo zrobiło.

Kitrałeś się z modlitwą przed kumplami.

Tak jakoś wyszło. Wiesz, trochę głupio mi było im mówić: „Sorry, panowie, mam kolejną część różańca do walnięcia, robimy przerwę”, więc delikatnie jakiś tam kit im wciskałem, że muszę iść do pokoju sobie odpocząć czy dokądś zadzwonić, i wtedy się modliłem.

A oni cierpliwie czekali?

Nie do końca. Były takie momenty, że ja sobie siedziałem w tym pokoju z różańczykiem – lubię tak pieszczotliwie mówić o tym „narzędziu” modlitwy – w rękach, a oni się niecierpliwili, pukali do drzwi i wołali: „Muniek, roboty dużo mamy, kończ już tę przerwę! Muniek! No chodź, bo poprawiamy wokale!”. A ja na to: „Zdrowaś, Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą… Zaraz przyjdę! Błogosławionaś między niewiastami… Jeszcze chwila!”.

Faktycznie komedia.

Brzmi to komicznie, ale ja wtedy naprawdę potrzebowałem pilnowania tego rytmu modlitwy. On mi pomagał się nie rozsypywać i nie wracać do picia.

A coś na głębszym poziomie też się w Tobie zmieniało?

Tak jak wspomniałem, to był też czas, w którym przeżywałem kryzys wiary. Dlatego te różańce to nie było mechaniczne klepanie paciorków, ale modliłem się całkiem serio i świadomie: „Boże, znowu mam wątpliwości. Pomóż mi je przezwyciężyć. Sam nie dam rady”.

Warto też może podkreślić – o czym często się zapomina – że w różańcu jest ukryta mądrość modlitwy kontemplacyjnej. Niby powtarzamy w kółko to samo, ale to pozwala oczyścić myśli i skierować uwagę na Boga.

Zaczynasz brzmieć jak poważny rekolekcjonista!

Zdaję sobie sprawę, że tak może być. Dlatego staram się za często o swojej wierze publicznie nie opowiadać. To jest delikatny i bardzo intymny temat. Nie chcę się ze swoją wiarą za bardzo obnosić, a już na pewno nie chcę nikomu nic narzucać.

Muniek Staszczyk, zdjęcia z sesji zdjęciowej do książki "Chłopaki (nie) płaczą. Muniek Staszczyk bez ciemnych okularów w rozmowie z Piotrem Żyłką" // Fot. Sebastian Nycz / wydawnictwo Emocje Plus Minus

W naszym kraju są ludzie wierzący i niewierzący, poszukujący i wątpiący. W samym Kościele są ludzie bardziej konserwatywni, bardziej centrowi i bardziej lewicowi. Staram się szanować drogę każdego z nich. I nie bombardować ich własnymi doświadczeniami i przemyśleniami z zakresu wiary i duchowości.

Ale jednak co jakiś czas piszesz utwory, które dotykają tej rzeczywistości. „Bóg”, „Lucy Phere”, „Pielgrzym”, „Siedem”, „Niewierny patrzy na krzyż”. To są utwory z duchowym przesłaniem.

Moje piosenki są dla mnie często takim publicznym pamiętnikiem, w którym zapisuję rzeczy i doświadczenia dla mnie ważne. Skoro wiara jest istotną częścią mojego życia, to logiczne jest, że co jakiś czas w mojej twórczości też się przebija.

Z drugiej strony bronisz się przed łatką muzyka chrześcijańskiego.

Bo to nie mój styl. Nie będę wychodzić na scenę i ewangelizować na maksa. Nie mówię, że to jest coś złego, ale to nie jestem ja. Nie czuję tego. Ja wolę dzielić się swoimi poszukiwaniami i odkryciami bardziej subtelnie i niezbyt często.

Tak jak w „Bogu”, który powstał w ciekawych okolicznościach.

To był początek lat 90. Byłem już po ślubie z Martą i mieliśmy dwójkę dzieci – Jasia i Marysię. Mieszkaliśmy na Żoliborzu. Tego dnia obudziłem się w naszym mieszkaniu po grubej imprezie. Pamiętam, że był piękny, słoneczny czerwcowy dzień. Córka miała wtedy półtora roku, a syn cztery lata. Marta chciała wyjść z dzieciakami na podwórko i prosiła, żebym też z nimi poszedł. A mi się nie chciało.

Czemu?

No bo byłem potężnie skacowany.

Oni poszli, a Ty zostałeś sam w domu?

Tak. Ale coś mnie tknęło i przykryty kocem obserwowałem ich przez okno. Marta stała tam z innymi rodzicami, a dzieciaki się bawiły. Fajny obrazek. Miła atmosfera.

A Ty sam w pokoju...

I to jeszcze cały rozedrgany, bo poza grubym piciem poprzedniej nocy jeszcze jakąś amfetaminę wciągnąłem, więc naprawdę w kiepskim stanie byłem.

Patrzyłem na nich przez to okno i nagle złapał mnie taki przejmujący smutek, i pomyślałem: „Dlaczego mnie tam nie ma? Przecież ja jestem mężem, ojcem. Powinienem tam być. Dlaczego mnie tam, k...a, nie ma? Co ja robię?”. I w tym przygnębiającym momencie włączyłem kasetę z linią melodyczną, którą mieliśmy z zespołem nagraną, bo pracowaliśmy nad nową płytą. Od dłuższego czasu próbowałem, ale nie mogłem do niej napisać tekstu. Nie planowałem tego, to był odruch.

I kolejna myśl się pojawiła w mojej głowie: „Panie Boże, dlaczego taki jestem? Dlaczego nie mogę tam być, na tym podwórku, z moją rodziną? Czemu siedzę tu sam, sponiewierany?”. Nagle przyszedł mi do głowy ten wers: „Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym”. Zacząłem go sobie powtarzać, ale nie wiedziałem jeszcze, o co chodzi: że niby czyim kumplem? Chwilę później wskoczyły mi kolejne słowa: „daleko tak, daleko, daleko tak”.

Rezonowało to jakoś z moim stanem emocjonalnym, kiedy siedziałem zdołowany w tym pokoju i patrzyłem przez szybę na rodzinę, z którą nie potrafiłem być tak, jak powinienem. Powtarzałem sobie te słowa i nagle mnie olśniło. Zrozumiałem, że to może być moje wołanie do Boga.

Czyli „Bóg” powstał na kacu i z poczucia bezsilności?

Tak. Tamtego dnia bardzo potrzebowałem, żeby ktoś mnie przytulił jak dobry kumpel. Na tamtym etapie, to był dokładnie 1994 roku, nie miałem za wiele wspólnego z wiarą i Kościołem, ale pomyślałem sobie, że jeśli ktoś jeszcze może mieć do mnie cierpliwość, to chyba tylko On. Poczułem, że mogę się Bogu wyżalić, opowiedzieć Mu, co się we mnie dzieje, czego nie ogarniam i za czym tęsknię.

Powiedziałeś, że sfera duchowa pomagała Ci, kiedy zacząłeś się mierzyć ze swoimi demonami. Co jeszcze było pomocne?

Bardzo kojąco działała na mnie muzyka. Ale teraz nie mówię o jej tworzeniu, tylko słuchaniu. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że była ona w wielu trudnych sytuacjach lekarstwem dla mojej duszy. W najgorszym okresie życia – kiedy zdałem sobie sprawę, że jestem w rozsypce, że krzywdziłem swoją rodzinę, że niewiele brakowało do tego, żebym znalazł się sam na dnie – kupiłem sobie gramofon, zamawiałem winylowe płyty w sieci i zamiast znowu uderzać na imprezę w miasto i znieczulać się alkoholem, godzinami siedziałem w domu i słuchałem kolejnych nagrań. Zrobiłem sobie prywatną muzykoterapię.

W pewnym momencie było z Tobą bardzo kiepsko, zmagałeś się z ciężką depresją, pojawiła się nawet w Twojej głowie myśl o skończeniu ze sobą.

Tak. Któregoś poranka stanąłem przy lustrze i przyłożyłem sobie do gardła nóż. Pamiętam zimno jego ostrza. Patrzyłem na siebie i w myślach mówiłem: „Przecież to, k...a, jeden ruch. Jeden ruch i ch..., po wszystkim”. Niewiele brakowało i byłoby po mnie. Na szczęście w decydującym momencie przyszło opamiętanie.

Biorąc pod uwagę ciężar problemów, z którymi musiałeś sobie poradzić, modlitwa i słuchanie muzyki to chyba jednak trochę za mało.

Zdecydowanie za mało. Dzięki Bogu w odpowiednim momencie trafiłem na fantastycznych specjalistów. Mój psychiatra, dwie terapeutki i terapeuta uzależnień odwalili ze mną ogromną robotę. Ich profesjonalne wparcie było niezbędne w stopniowym procesie dochodzenia do siebie.

Chciałbym to mocno podkreślić – jeśli ktoś mierzy się z poważnymi życiowymi i emocjonalnymi kryzysami – nie ma się co wahać, tylko trzeba uderzać po pomoc do tych, którzy się na niej najlepiej znają.

Ważną osobą i równocześnie impulsem do wielu zmian w Twoim życiu była Marta.

I nadal jest. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdyby nie moja kochana żona. Prawdopodobnie byśmy w ogóle tej rozmowy nie prowadzili, bo najzwyczajniej w świecie mnie by już nie było.

Mówisz o niej często, że jest Twoim aniołem stróżem.

No bo tak jest. Wiesz, ja jej wyrządziłem dużo krzywd, zdradzałem ją, obiecywałem, że nie będę pić i dalej piłem, miała pełne prawo kopnąć mnie w dupę i mnie zostawić. Nie tylko tego nie zrobiła, ale też pomogła mi wyjść z najtrudniejszych sytuacji. Marta jest po prostu dobrym człowiekiem, dużo lepszym ode mnie i dzięki temu, że mogę z nią dzielić życie, a jesteśmy parą prawie 40 lat i małżeństwem z ponad 35-letnim stażem, ja też – co prawda z dużymi oporami – idę w dobrą stronę.

Kiedy ją zapytałem o to określenie – anioł stróż – to szybko odpowiedziała, że na pewno nim nie jest.

Bo to bardzo skromna kobieta jest. Cieszę się, że udało ci się z nią przeprowadzić rozmowę do naszej książki. Bez jej głosu brakowałoby w niej czegoś bardzo ważnego. Ona stroni od mediów, więc tym bardziej to jej odsłonięcie się jest wartościowe.

Oczywiście ona może mówić, że nie jest aniołem, ale ja swoje wiem. Powiem to jeszcze raz – gdyby nie ona, już by mnie na tym świecie nie było. Wiesz, ja kilka lat temu cudem przeżyłem udar. Takie doświadczenia pomagają w nazwaniu sobie na nowo tego, co w życiu jest najważniejsze i najcenniejsze. No więc ja dziś bez najmniejszego wahania mogę powiedzieć, że nie ma dla mnie nic ważniejszego niż moja rodzina, a Marta jest dla mnie najważniejszym człowiekiem na świecie.

I lubicie sobie razem odmawiać w domu różaniec.

Spokojne śniadanie we dwoje, a po nim wspólny różańczyk. To nasz przepis na najlepszy poranek.

Skoro przy różańcu znowu jesteśmy, to wróćmy jeszcze na Jasną Górę. Bywasz tam?   

Jasna sprawa. Jak tylko jestem w Częstochowie, wpadam w odwiedziny do klasztoru. To już taka moja mała, prywatna tradycja. Wizyta Kinga u Czarnej Madonny.

I co tam robisz?

Jak to co? Modlę się. Proszę o różne rzeczy, ale przede wszystkim dziękuję.

Za co?

Za rodzinę, żonę, dzieci, wnuczkę, za moją 86-letnią mamę, która, dzięki Bogu, jest w bardzo dobrej formie. Bardzo ich wszystkich kocham. I za to, że mimo udaru dalej żyję i mam siły grać na scenie. Dawniej głównie prosiłem, ale od jakiegoś czasu częściej wyrażam wdzięczność.

Człowiek się starzeje i coraz lepiej rozumie, co ma naprawdę znaczenie. Również w życiu duchowym. 

Muniek Staszczyk, Piotr Żyłka, "Chłopaki (nie) płaczą. Muniek Staszczyk bez ciemnych okularów w rozmowie z Piotrem Żyłką", wydawnictwo Emocje Plus Minus // materiały prasowe


Zygmunt Muniek Staszczyk (ur. 1963) – muzyk rockowy, autor piosenek, założyciel i lider zespołów T.Love, Szwagierkolaska, Muniek i Przyjaciele, znany również z występów solowych oraz z innymi piosenkarzami i zespołami. Pod koniec 2025 r. wydał książkę  „Chłopaki (nie) płaczą. Muniek Staszczyk bez ciemnych okularów w rozmowie z Piotrem Żyłką” (fotografia obok pochodzi z sesji zdjęciowej wykonanej z tej okazji dla wydawnictwa Emocje Plus Minus).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 03/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kitrałem się z różańcem