Na ulicach Wołczańska trwa regularna walka. Korespondencja naszej dziennikarki z broniącej się Ukrainy

Ludzie opuszczają miasto pieszo. Z trasy na południe zabiera ich wojsko albo policja. Pobliska droga zamieniła się w tor wyścigowy dla karetek, pociągniętych zgniłozieloną farbą, i „kozaków” – uzbrojonych pojazdów ukraińskiej produkcji.
z obwodu charkowskiego
Czyta się kilka minut
Zniszczona przez rosyjską rakietę kawiarnia w Charkowie, 22 maja 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk
Zniszczona przez rosyjską rakietę kawiarnia w Charkowie, 22 maja 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Żółta szwedzka ciężarówka, za której kierownicą zasiada Wowa, charkowski wolontariusz, przeżyła niejedno. Z ekipą organizacji „Jedność i Siła” na pokładzie i tonami pomocy humanitarnej docierała już do Kupiańska na północnym odcinku frontu, Chersonia pogrążonego w powodzi czy szeregu miejscowości w obwodzie donieckim.

Jesienią zeszłego roku kursowała między charkowską kostnicą, cmentarzem i zakładem pogrzebowym. Na wolontariuszy spadło smutne zadanie przewożenia ciał ofiar rosyjskiej rakiety, która uderzyła w kawiarnię, gdzie odbywała się stypa. Zginęło blisko sześćdziesiąt osób.

Dzisiaj krwawe żniwo wśród cywili zbiera rosyjska ofensywa na nowym odcinku frontu, w okolicy przygranicznych miejscowości – Wołczańska i Lipców. Jak zawsze w takich okolicznościach, gdy trzeba zająć się ewakuacjami i pomocą poszkodowanym, pojawiają się wolontariusze.

Dlatego Wowa swoją ciężarówkę kieruje w tamtą stronę.

Wowa na tle swojej ciężarówki, którą nasza korespondentka dotarła pod Wołczańsk, 22 maja 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Za chwilę mogą tu być Rosjanie

Opuszczamy Charków wczesnym rankiem. Na block poście – posterunku wojskowym przy wyjeździe z miasta – Wowa przepuszcza transport „smoczych zębów”, czyli elementów fortyfikacji polowych, spowalniających wrogie czołgi. Pewnie jadą w tym samym kierunku.

Za naszymi plecami słychać głuche rąbnięcie. Na lokalnych kanałach telegramowych już po chwili piszą: „Minutę temu słychać było eksplozje, pozostańcie w schronach. Choć pewnie nikt do tych schronów w Charkowie nie chodzi”. Pod spodem wysyp komentarzy: „Zajebiście, zadzwonię do roboty i powiem, że gdzieś daleko słychać wybuchy, więc poszłam do schronu”. „Nie da się pójść, gdy się nie wie dokąd. W mojej okolicy wszystkie piwnice zamknięte na kłódkę. Gdzie w takiej sytuacji szukać schronienia? W dziurze w drodze czy pobliskich krzakach?” „Przez trzy lata nie udało ci się rozwiązać tego problemu?” – odpowiada zaczepnie kolejna osoba.

Czuhujew, wyzwolone w 2022 roku 30-tysięczne miasto, mijamy po drodze. Wita nas kłębami dymu i szybko znika z oczu. Tu też, jak przed chwilą w Charkowie, spadła rosyjska rakieta. Trafiła w przedszkole. Skręcamy w stronę Wołczańska, mijamy remontowany most, wysadzony jakiś czas temu, gdy trwały walki wokół Charkowa. Roboty są już w końcowej fazie, jakby zupełnie ignorowano ryzyko, że na jego ponowne otwarcie mogą tu już być Rosjanie.

Miasto zrównane z ziemią

– Jak nad morzem – mówi Wowa, gdy przejeżdżamy przez niewielką zaporę na Dońcu, również częściowo wysadzoną. – Dwa lata temu tu była granica okupacji. Gdy przyjeżdżaliśmy z pomocą humanitarną, mieszkańcy z drugiej strony przychodzili po nią malutką kładką.

Nad wodą unosi się lekka warstwa mgły, która stopniowo, im dalej od rzeki, przekształca się w siną powłokę dymu. Płonie las wzdłuż rzeki. Kwitnie też akacja. Od tej mieszanki łzawią oczy. A Wowa opowiada dalej.

– Gdy ruszyła ofensywa, zaczęliśmy wywozić cywilów. Już wcześniej ewakuowano dzieci.

Ze względu na bliskość rosyjskiej granicy Wołczańsk praktycznie codziennie był pod rosyjskim ogniem. Nigdy jednak na taką skalę jak teraz, gdy dosłownie zrównano go z ziemią.

– Ludzie dzwonili na gorącą linię z prośbą o ewakuację. W Charkowie jest centrum koordynacyjne, z którym współpracuje nasza organizacja. Choć nie wszyscy stosują się do jego poleceń. Już pierwszego dnia zginęło dwóch wolontariuszy. Zapędzili się za daleko, wpadli w rosyjskie ręce, zostali rozstrzelani, busa zabrano.

Trafiony rosyjską rakietą budynek szkoły pod Wołczańskiem, w którym zorganizowany był punkt przesiadkowy dla uchodźców z miasta, 22 maja 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Tym razem się poszczęściło

Przydroże usiane jest ostrzeżeniami o minach, drogowskazami do ośrodków wypoczynkowych i tablicami przestrzegającymi przed zaprószeniem ognia, z czasów, gdy zagrożeniem był wyrzucony niedbale niedopałek, a nie rosyjska artyleria i pociski zapalające.

Zbliżamy się do skleconego naprędce wojskowego posterunku. 

– To już ostatni block post przed Wołczańskiem – mruczy Wowa. Przez okienko podaje nasze dokumenty młodziakowi z przewieszonym przez pierś automatem. Czerwona okładka mojego paszportu jest tak wytarta, że ledwo widać resztki złotego orzełka. Żołnierz robi niewyraźną minę.

– Polski paszport z daleka jest podobny do rosyjskiego – Wowa szczerzy się w uśmiechu. Wleczemy się dalej po drodze dziurawej jak sito. Kierowca ciągnie dalej swoją opowieść.

– Część mieszkańców nie chciała się ewakuować. Jeszcze rano stanowczo odmawiali, ale wieczorem, kiedy pocisk trafił w dom sąsiadów, już czekali przed bramą, ze spakowanymi torbami. Znaczny procent ludzi to osoby z niepełnosprawnościami albo starsze. Z domów trzeba je było wynosić na rękach. Razem z nimi braliśmy też zwierzęta. Babuszki wsiadały do busa z kurami i gęsiami w torbach. Kiedyś wiozłem naraz trzy psy i chyba z dziesięć kotów, które zaczęły dziką awanturę. Trzeba to było wytrzymać, a jednocześnie starać się nie wpaść pod rosyjski ogień.

– Od pierwszego dnia w mieście pojawiło się mnóstwo dronów FPV. Jak się chce przed takim uciec, trzeba jechać przynajmniej 80 km/h. Gonił nas jeden, ale zdążyłem schować się samochodem pod drzewem. Rozbił się w jego koronie. Drugi zrzucił pocisk na drogę przed nami, ale ten jakimś szczęśliwym trafem nie wybuchł. O tak, tamtego dnia zdecydowanie nam się poszczęściło.

Wolontariusze już tam nie wjeżdżają

– Rozumiem tych staruszków, którzy zwlekali z wyjazdem aż do teraz, gdy już naprawdę nie ma wyjścia – kontynuuje Wowa. – Gromadzili swoje malutkie majątki przez dziesięciolecia, mają jakieś gospodarstwa. A teraz musieli się spakować w dwie, trzy torby. I wyjechać z domu ze świadomością, że go już nigdy nie zobaczą, przynajmniej w całości. O ile w ogóle uda się wrócić do Wołczańska. Dzisiaj, niemal dwa tygodnie od rozpoczęcia ofensywy, wolontariusze już tam nie wjeżdżają. Przedtem też wiązało się to z dużym ryzykiem. Każdego dnia Rosjanie byli bliżej i bliżej. Dzielnice najbardziej wysunięte na północ, w stronę granicy, były poza naszym zasięgiem już od pierwszego dnia. Ludzie szli w naszym kierunku, zgarnialiśmy ich z ulic i skrzyżowań. Jeździmy zwykłymi busikami, nie mamy opancerzonych pojazdów. Byle ostrzał i samochód zniszczony, a ludzie w najlepszym wypadku ranni.

Teraz już są regularne walki w całym mieście. Ludzie opuszczają Wołczańsk pieszo. Z drogi idącej na południe zabiera ich wojsko albo policja. Gdy tak rozmawiamy, na Telegramie pojawia się nagranie, jak rosyjski pocisk uderza w policyjny samochód wywożący z Wołczańska cywili.

Jeszcze żyjemy, choć jak bezdomni

Docieramy na miejsce. Nasza ciężarówka będzie dziś potrzebna do transportu wyposażenia z wołczańskiego szpitala, przewiezionego do położonej kilkanaście kilometrów na południe szkoły. Kilka dni wcześniej był w niej też punkt przesiadkowy dla uchodźców, ale szybko został dostrzeżony przez rosyjski dron zwiadowczy. Teraz budynek straszy wybitymi oknami, a pod butami biegających tam i z powrotem pracowników szpitala chrzęszczą szklane okruchy.

Wyładunek łóżek z ewakuowanego szpitala z Wołczańska, 22 maja 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Pobliska droga zamieniła się w tor wyścigowy dla karetek, pociągniętych zgniłozieloną farbą, i „kozaków” – uzbrojonych pojazdów ukraińskiej produkcji. Z niedalekich krzaków padają raz po raz ogłuszające serie wystrzałów ukraińskich wyrzutni rakietowych. Wśród nerwowych krzyków wynoszone są dokumentacja, fotel ginekologiczny i metalowe ramy łóżek.

– Jesteśmy z Wołczańska, ale nie wiemy, czy cokolwiek z niego zostało – mówi zrezygnowanym głosem Andriej, jeden z pracowników szpitala, którzy teraz siedli na skraju naszej ciężarówki, ćmiąc papierosy. – Na mojej ulicy zostało dwóch mieszkańców, jeden na jej końcu, drugi na początku. Jesteśmy w kontakcie, wiem, że żyją. My też żyjemy, tyle że jak bezdomni.

– Tak, to my, z tego słynnego szpitala – dodaje ktoś inny.

Budynek był w części miasta kontrolowanej przez Rosjan, został ostrzelany przez wojsko ukraińskie, które podejrzewało, że skrył się w nim przeciwnik. Dlatego było o nim głośno.

– Szpital pracował za okupacji i po wyzwoleniu. Teraz przyszedł koniec. A my nie wiemy, gdzie się podziać. Nawet w tej szkole nas ostrzelali. To tylko kwestia czasu – dodaje Andriej i nic już więcej nie mówi.

Zabezpieczone płytami OSB wybite okna w bloku, Charków, 22 maja 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

To już rutyna

– W mieście coś uderzyło – relacjonuje bezbarwnym głosem Wowa, gdy w drodze powrotnej zatrzymuje ciężarówkę na stacji benzynowej. W jednej ręce trzyma hot-doga, w drugiej telefon z otwartym Telegramem. Do bazy w Charkowie wraca tylko na chwilę – nie żeby odpocząć, ale by zapakować stos płyt OSB. To już rutyna. Po każdym rosyjskim ostrzale wolontariusze zawożą poszkodowanym płyty, którymi zabezpiecza się okna, wybite falą uderzeniową.

– I tak każdego dnia, nie nudzimy się. Ewakuacja, ostrzał, konserwacja. Niedługo całe miasto będzie zbudowane z płyty OSB – mówi Wowa, który jutro znów pojedzie do wołczańskiego rejonu, by zgarniać z drogi uciekających z miasta mieszkańców.

Rutynowo pracują też służby porządkowe. Odłamki rakiety, która uderzyła w pobliską kawiarnię, posiekały wszystko wkoło – w ich zasięgu znalazły się okoliczny blok i trolejbus, teraz naznaczony krwią kierowcy. Następnego dnia znów spada ich na Charków kilkanaście. I znów chrzęst szkła, bo wokół wylatują okna. 

Szkło to jednak wynalazek z czasów pokoju.

Zniszczony trolejbus na ulicy Charkowa, 22 maja 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Szkło wymyślono w czasach pokoju