Gaszą pożary i szukają ocalonych. Strażacy z Donbasu podczas dyżuru

Blok rozpruła eksplozja, ziemię wkoło pokrywają rzeczy wyrzucone z mieszkań. Twarze strażaków, gdy wybiegają z zadymionej klatki schodowej, pokrywają krople potu – dziennikarka „Tygodnika” dyżurowała razem z ludźmi ze służb ratowniczych w Konstantynówce we wschodniej Ukrainie.
z Konstantynówki (Donbas)
Czyta się kilka minut
Strażacy w akcji w bloku mieszkalnym. Konstantynówka, 19 lipca 2025 r. // Fot. Jonasz Chlebowski
Strażacy w akcji w bloku mieszkalnym. Konstantynówka, 19 lipca 2025 r. // Fot. Jonasz Chlebowski

To miasteczko kocha się i nienawidzi. Żołnierze stacjonujący w okolicy Konstachy, jak miejscowi nazywają przyfrontową Konstantynówkę, tęsknią za dalekim domem i klną na cały ten Donbas, w którym tkwią kolejny już rok. Natomiast wśród strażaków z Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS) – straż pożarna podlega tej instytucji – jest inaczej. Bo tu wszystkie chłopaki są z Konstachy albo z pobliskich miejscowości.

Wzywani są codziennie. Do gaszenia pożarów wywołanych artylerią, dronami, bombami lotniczymi. Czasem do wyciągania znajomych spod gruzów. Dopóki dron nie trafił ich samochodu-cysterny, wozili wodę mieszkańcom z dzielnic, gdzie nie działa wodociąg.

Roma gasił pożar pasieki. W podzięce od właściciela przywiózł na remizę trzylitrowy słój miodu. Był wezwany, gdy rakieta uderzyła w szkołę, do której kiedyś chodził. Żenia Niebieskooki gasił pożar bloku, w którym bomba zabiła matkę jego kolegi z dzieciństwa.

– Patrzysz ludziom w oczy i widzisz, że są bezsilni. I że wyczekują od nas nadziei – mówi Roma, gdy w szumie wentylatora siadamy podczas jego zmiany w remizie. Na zewnątrz upał.

Choć żwawy i uśmiechnięty, trudno od niego oczekiwać, by miał więcej nadziei od cywilów z Konstantynówki. Pochodzi z pobliskiej wsi, która jest już pod rosyjską okupacją. Roma: – Nie ma już mojej Zorii, zabrali ją. A piękna była i blisko do jeziora Kleban-Byk. Dobra ziemia, pracowałem tam na gospodarstwie. Jestem ze wsi, ciężkiej pracy się nie boję. Siałem pszenicę i jęczmień.

Strażacy z Konstachy to ludzie stąd, z Donbasu

– Ciężko i smutno, co więcej powiedzieć – Żenia Niebieskooki wzrusza ramionami.

Młody, tak jak Roma, jest melancholijny. – Co powiedzieć, kiedy niedługo zostanę bez domu i prawdopodobnie nigdy nie uda mi się do niego wrócić. Rodzice, żona i dziecko wyjechali, mieszkają pod Dnieprem. Widzimy się w trakcie przepustek.

Żenia nigdy nie myślał, by szukać szczęścia poza Donbasem. – Proponowano mi, żebym został w Charkowie, tam się uczyłem. Miasto duże, piękne. Nie zdecydowałem się. Jestem przywiązany do Konstantynówki. Najbardziej lubię nasz dom kultury, tam spędzałem każdego sylwestra, przed nim stała najpiękniejsza choinka.

Do kina jeździł do Kramatorska albo Bachmutu. – Tutaj są najpiękniejsze zachody słońca. Chodzi o to, co wisi w powietrzu. O te pola za oknem. Cały nasz Donbas jest piękny, i z hałdami i łanami pszenicy pomiędzy nimi.

Najgorszy dzień w życiu Żeni

Pytany o dzieciństwo, Żenia Niebieskooki ożywia się. Z kumplami włóczył się po miasteczku i pobliskiej wsi Iliniwka, gdzie się urodził. Tam jest staw, nad który chodziło się na ryby.

Czy to było jego marzenie z dzieciństwa, zostać strażakiem? – Zawsze chciałem zostać oficerem. Ale kiedy w 2014 r. zaczęła się wojna, pójście do wojska wydało mi się kiepskim pomysłem. Nie chciałem skończyć na froncie. Tata zaproponował mi wtedy DSNS, wstąpiłem do charkowskiego instytutu.

Trzy haftowane gwiazdki na jego koszulce mówią, że dopiął swego: jest oficerem, tylko w DSNS. Choć doświadczenie ekstremalne go nie ominęło. – Najbardziej w pamięci mam dzień, gdy wyciągałem spod gruzów ciało dwunastolatka. Myślałem, że po tym nie dam rady następnego dnia pójść do pracy.

Pocisk uderzył w pięciopiętrowy blok. W ruinach najpierw kopała pierwsza zmiana, potem oni. – Znaleźliśmy ciało matki z synem.

– Ale najstraszniejszy moment był z początku wojny, w kwietniu 2022 r. Odwoziłem na dworzec w Kramatorsku rodzinę mojego kolegi i wpadliśmy pod ostrzał – Żenia urywa. 8 kwietnia 2022 r. Rosjanie zrzucili na kramatorski dworzec rakietę Toczka-U z głowicą kasetową, odbierając życie niemal sześćdziesięciu osobom czekającym na pociąg ewakuacyjny.

Żenia Niebieskooki. Konstantynówka, 18 lipca 2025 r. // Fot. Jonasz Chlebowski

Każdy pojazd w tej remizie nosi ślady odłamków

Roma opowiada: – Zostałem ratownikiem DSNS, bo od dzieciaka chciałem pomagać ludziom. Nie wiedziałem, że przyjdzie wojna. Teraz nie można podejmować kroków wstecz, trzeba się tego trzymać. Składaliśmy przysięgę, że będziemy chronić ludzi i ich własność. Jak wojskowi, tylko my nie mamy broni.

Ich kolega, Stas (zdrobnienie od Stanisława), dodaje: – Jesteśmy tylko od ratowania. Nie możemy używać nawet strzelby w obronie przed dronami. Zostają tylko detektory i zagłuszarki montowane na samochodach.

– Zresztą, gdyby straż pożarna zaczęła zestrzeliwać drony, pewnie te atakowałyby nas częściej – dodaje. – Oczywiście i bez tego dochodzi do ataków, choć nie jesteśmy celem priorytetowym, tak jak wojsko. Kilka wozów w naszej jednostce nosi ślady uderzenia drona, każdy miał choć raz rozbite szyby lub został uszkodzony w inny sposób, od artylerii lub bomby. Tak jak nie ma w Konstantynówce ani jednego domu nienaruszonego choćby odłamkiem.

Koło ich remizy Rosjanie uderzali już pięciokrotnie.

Bomby lotnicze to broń najbardziej niszcząca

Największe spustoszenie czynią KAB-y, kierowane bomby lotnicze, których zapasy w rosyjskich magazynach zdają się nie mieć końca. Teraz nieco ulepszone o system nawigacji, są bronią bardzo prostą – ich siła to duża zawartość materiału wybuchowego. Nie słyną z celności.

Stas: – Mają wciąż mnóstwo tego sowieckiego dziadostwa, a my musimy sobie radzić ze skutkami. Celują czasem w szkołę lub żłobek, gdzie są głębokie piwnice mogące kryć wojsko i w związku z tym często są celem, ale bomba spada np. 500 metrów dalej, w sektor cywilnych domów.

Stas: – Ostatnio KAB uderzył w blok, trudno powiedzieć, co miałoby być militarnym celem w okolicy. Bomba pogrzebała pod gruzami dwie osoby. Trzeciej nie znaleźliśmy. Może znalazła się tak blisko eksplozji, że rozniosło ją na strzępy, bywa i tak. Czasem roznosi człowieka w promieniu 150 metrów i zostaje z niego tyle, że starcza na zrobienie testu genetycznego z zebranej próbki.

Pomoc psychologiczna dla strażaków i cywilów

Wcześniej Stas pracował w jednostce DSNS w Bachmucie. – Byłem w zespole z Witią, który jak nikt miał intuicję do wyszukiwania miejsc, gdzie pod gruzami są trupy. Od razu, nie po dwóch dniach, gdy wskazówką staje się zapach, zwłaszcza latem. Pamiętam, jak mieliśmy wezwanie do Czasiw Jaru, to między Bachmutem a Konstantynówką. Naraz zginęło tam ponad czterdzieści osób. Nie trzeba było tropiących psów, wystarczyło wpuścić Witię.

Stas uprzedza pytanie. – Oczywiście, pracują z nami psychologowie. Bo jest z czym pracować. Niektórzy z nas dobrze znoszą te warunki. Inni na widok zwłok dziecka wpadają w stupor. Kamienieją. Psychologowie są z nami osobiście, co bardzo mi się podoba. Najczęściej sprowadza się to do rozmowy. Także do pytań, co tam w domu. Może stres związany z pracą nakłada się na jakieś osobiste problemy? A może to już czas, żeby przenieść się do spokojniejszej jednostki?

I dalej: – Wielu z naszych chłopaków wyjechało do Kijowa, gdzieś na zachód. Zostali ci najbardziej odporni. Kiedy teraz jadę na akcję, wiem, że za moimi plecami stoi ktoś, kto się nie wykruszy, z kim zdołamy ugasić pożar i uratować czyjeś życie, jeśli będzie zagrożone.

⁠Strażak z mieszkanką zniszczonego bloku. Konstantynówka, 19 lipca 2025 r. // Fot. Jonasz Chlebowski

Strażacy z Konstantynówki są jak „kompania braci”

– Jesteśmy na jednostce braćmi, drugą rodziną – mówi Roma. – Z jednej szklanki pijemy, jemy jedną łyżką. Kiedy, nie daj Bóg, coś złego dzieje się u kogoś z nas, pomaga cała grupa, wszyscy się zrzucamy. Jak Rosjanie bombardowali moją wieś, jeszcze zanim ją zajęli, jeden z braci przygarnął mnie do siebie do domu w Konstantynówce.

– Wojna przyniosła tyle śmierci i zniszczenia, ale sprawiła też, że wzmocniły się niektóre więzi. Wiadomo, krzykniesz czasem na kogoś, czasem męczy to, że wokół wciąż te same twarze. Ale potem napijemy się herbaty i znów jest dobrze.

Psychologowie związani z jednostką w Konstantynówce towarzyszą ratownikom. Inni są obecni na miejscach, gdzie w miastach uderzają rakiety lub drony. Są widoczni: noszą kamizelki z napisem „psycholog DSNS”. Odpowiadają za udzielenie pierwszej psychologicznej pomocy. Często są pierwszymi świadkami czyjejś straty – towarzyszą ludziom w pierwszych chwilach po tym, jak dowiedzieli się o śmierci członka rodziny. Wówczas ich praca może polegać po prostu na milczeniu i trzymaniu za rękę.

Strażak Ilia z Bachmutu

Od początku inwazji zginęła ponad setka ratowników DSNS. W tym Ilia, przyjaciel Stasa. Pośmiertnie został uhonorowany tytułem Bohatera Ukrainy (to najwyższe odznaczenie w kraju).

„Idziemy w pożar? Idziemy w pożar” – Stas przywołuje dialogi z Ilią. Można było wchodzić z nim na dach w trakcie ostrzału artyleryjskiego, jeśli trzeba było ratować ludzi. Można było na nim polegać. Ilia zginął w Bachmucie.

Stas: – Byłem przy nim tamtego dnia. Przyleciało w pięciopiętrowy dom, pod gruzami małżeństwo z dzieckiem. Cały dzień zabrało nam gaszenie pożaru, dopiero następnego zabraliśmy się za kopanie.

Chwila przerwy: – I wtedy zaczął się ponowny ostrzał. Ostrzegawcza komenda: „Powietrze!”. Betonowe płyty, na których staliśmy, zaczęły się trząść, a potem przewracać, kaliber 155 mm to poważna sprawa. Uciekając, każdy skoczył w inną stronę. Ilia zginął, przygnieciony płytą. Osierocił syna, owdowił żonę w ciąży. Urodziła potem dziewczynkę.

Samochody zniszczone w wyniku uderzenia rosyjskiej bomby lotniczej. Konstatynówka, 19 lipca 2025 r. // Fot. Jonasz Chlebowski

Podczas każdej akcji strażacy śledzą sytuację w powietrzu

Ponowne uderzenie, gdy na miejscu wcześniejszego „przylotu” pojawiają się służby ratownicze, to taktyka chętnie stosowana przez Rosjan.

To nie jedyne zagrożenie dla ratowników DSNS. Zwłaszcza dla zespołów działających w przyfrontowych miejscowościach, które są w zasięgu dronów kamikadze – te atakują nie tylko wojskowych.

Dzisiaj, gdy drony używane są na niespotykaną wcześniej skalę nie tylko na froncie, ale także na jego zapleczu, strażacy nie wszędzie mogą dojechać. Jedna trzecia Konstachy – dzielnice najbardziej wysunięte na wschód – jest w tej chwili poza dostępem DSNS.

– Podczas każdego wyjazdu śledzimy sytuację w powietrzu, aktywność rosyjskiego lotnictwa, dronów i rakiet – mówi German, dowódca jednostki. – Jeżeli pojawia się ryzyko, to w zależności od sytuacji kończymy pracę lub szukamy ukrycia. Jeżeli pojawia się komunikat o bombie lecącej na miasto, a zespół zajmuje się odkopywaniem zwłok, przerywamy pracę. Jeżeli jest wezwanie, że płonie pustostan w dzielnicy pod Czasiw Jarem, opanowanej przez drony, nie jedziemy. Ograniczamy niepotrzebne ryzyko.

Strażacy wierzą, że ich pies wyczuwa zagrożenie

Ich dyżur to oczekiwanie, w gotowości. Czas odmierzają kolejne kubki z fusami w kuchennym zlewie i kolejne papierosy palone w przedsionku.

Uchylone zwykle drzwi remizy są zamykane, gdy w powietrzu słychać warkot drona.

Po korytarzu snują się dwa psy, dorodne, o poczciwym spojrzeniu. Skabiej, przywieziony z Bachmutu, szczeka donośnie; imię dostał po Oldze Skabiejewej, naczelnej rosyjskiej propagandystce. Z kolei Masza, uratowana spod gruzów szkoły w Konstantynówce, uwielbia słodkie.

Gdy Masza zaczyna się kulić, oczekuj nieszczęścia, mówi jeden z chłopaków. Są przekonani, że Masza wyczuwa lecące w stronę miasta KAB-aczki (czyli cukinie; oswajając strach, tak mówią o bombach lotniczych).

Dyżur w remizie to oczekiwanie na rozkaz wyjazdu

W kuchni, gdzie okna zasłonięte są workami z piaskiem, zasiadają do gry w domino. – To profesjonalna gra strażaków – mruga Żenia. Na stole, obok patelni pełnej wątróbki z cebulą, ląduje liczydło z drewnianymi koralikami, z telefonu płynie rosyjskie disco w wykonaniu grupy Komissar.

– Suczka krasnaja! – Deńczyk ze śmiechem wali płytką domina w stół. Gdzieś w oddali słychać wybuch. Towarzystwo jest w dobrych humorach.

– Panowie, rąbnęło – do kuchni wchodzi Roma. Jest komunikat, że we wschodniej części miasta dron uderzył w auto ze starszym małżeństwem w środku. Kobieta jest ranna.

Chłopaki nie odrywają się od gry. Nie do nich należy decyzja, czy wyruszą z pomocą. Z tamtej strefy to wojskowi dostarczają rannych do miejskiego szpitala. Samochód nie zapłonął, nie trzeba było też specjalistycznego sprzętu, by wydostać kobietę ze zgniecionego pojazdu.

Dopiero w nocy chłopaki zerwą się z łóżek. Zapłonie trafione dronem mieszkanie w centrum.

Komunikat podrywa na nogi całą jednostkę

W piwnicy jednostki, chłodnej i bezpieczniejszej, są piętrowe łóżka. Tutaj można się zdrzemnąć. Tutaj też zbiegają się wszyscy, gdy jest komunikat o KAB-aczku lecącym na miasto.

Popołudnie. Zmiennicy nie zdążyli poleżeć w przyjemnym chłodzie, komunikat podrywa na nogi całą jednostkę. Wyjeżdżają w ciągu paru minut, na drugi brzeg rzeki Krywyj Toreć. Uderzenie dwóch bomb lotniczych.

Blok mieszkalny, rozpruty eksplozją. Ziemia wkoło pokryta przedmiotami wyrzuconymi z mieszkań. Twarze strażaków, gdy wybiegają z klatki schodowej, pokrywają kropelki potu. W zadymionym korytarzu trudno wytrzymać, zionie z niego duszący żar.

Jest komunikat o czterech dronach kamikadze krążących w okolicy. Lepiej schować się na parterze, za ocalałymi od wybuchu betonowymi płytami. Płonące chwilę temu mieszkanie na czwartym piętrze zalane jest wodą, która spływa po osmalonych ścianach.

Na podwórzu staruszka w podomce próbuje gasić miotełką tlące się zgliszcza. Była poza mieszkaniem, gdy uderzyła bomba. – Wańka, taki chudziutki – wzrusza ramionami, zapytana przez strażaków, kto jeszcze poza nią tutaj mieszkał. – Ale on już umarł.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Strażacy z Konstachy