Lwy, niedźwiedzie, tygrysy, wilki i mnóstwo innych dzikich zwierząt. Ewakuacja dużych drapieżników z piekła wojennego zaczęła się ponad trzy lata temu, ale trwa nadal. Ocalone z ukraińskiej pożogi rękami Natalii Popowej, po krótkim pobycie w jej ośrodku pod Kijowem wyruszają w podróż po lepsze życie – do azyli i ogrodów zoologicznych w tych częściach świata, do których wojna nie dotarła. Na ich drodze znalazł się Poznań.
To największa i najtrudniejsza z moich misji ratunkowych, której bohaterami stało się kilkaset zwierząt uratowanych od śmierci z głodu i od działań militarnych.
Irena: pies pośród klatek lwów i tygrysów
W wojennej zawierusze zdarzało się, że w transportach przypominających arki Noego, przedzierających się do Polski i dalej, znajdowało się miejsce dla mniej egzotycznych podróżników, zmuszonych do tułaczki koniecznością dziejową. Transporty lwów miauczały, auta pełne tygrysów i niedźwiedzi szczekały. Bo jak tu zostawić na pastwę losu i rosyjskiego okrucieństwa domowe psy i koty…
W sierpniowym upale kolejne lwice przyjeżdżały na krótki postój do zoo w Poznaniu. Pośród metalowych klat z przerażonymi wielkimi kotami stała jedna ze stworzeniem zupełnie lwicę nieprzypominającym. W środku siedziała ona, Irena.
Na powitanie zaszczekała basem. Z przyciętymi uszami, kikutem ogona i dość płaską czaszką, wyglądała jak wyjęta żywcem z jakiejś opowieści, a nie jak żywy pies z wojenną traumą. Na pierwszy rzut oka rozmiarami nie odstawała od lwic, widać było geny ałabaja i kangala – psich olbrzymów.
Nie zdążyłam się jeszcze zapobiegawczo przeżegnać, przerażona jej gabarytami, gdy Irena uśmiechnęła się do mnie pełną papą i spojrzała głęboko w oczy, jakby mówiła, że już mnie do końca życia nie opuści i uda się ze mną na koniec świata. Była tam wierność i ufność psa cudem ocalonego od okrucieństwa wojny. Był optymizm suki powalający dosłownie, bo ledwo wypuściłam ją z klatki, ścięła mnie z nóg.
Groziła mi śmierć przez zalizanie, Irena anektowała mnie na własność, skacząc po mnie i zupełnie nie zdając sobie sprawy z własnej mocy oraz ciężaru kości. Bo ten wielki pies składał się niemal z samych kości, chudzieńki jak portfel tuż przed wypłatą. Zdałam sobie sprawę, że mam do czynienia z tzw. psem nieadopcyjnym: wielka jak kucyk, z wojenną traumą, barbarzyńską siłą i brakiem kindersztuby – Irena nie miała szans na dobry, zwyczajny polski dom. Smyczy i obroży nie znała.
Ale psia radość i pasja życia, gdy mogła wreszcie rozprostować wielkie łapy i pożegnać się bez żalu z zestresowanymi podróżą lwami, tryskała z niej litrami śliny. Po pierwszych minutach kontaktu z Ireną byłam zziajana, potargana i obklejona śluzem, z sinymi szramami na rękach od smyczy, którą Irena przeciągała z siłą konia pociągowego.
Los nie miał nade mną litości, tego psa nie dało się oddać znajomym „na jakiś czas” albo schować w biurze zoo. Irena pojechała do mojego domu, już wtedy pełnego zwierząt. Podróżowała z mordą na kolanach, zadowolona z życia, ale bojąca się każdego głośniejszego dźwięku.
Psia mama małych szopów
Moje psy zdębiały na widok Ireny, niepewne, co to za stworzenie śmierdzące lwim moczem do nich zawitało. Tymczasem ona radośnie do nich pogalopowała, skróciła powitanie do minimum, naruszając wszelkie zasady psiej etykiety: te psy, które nie zwiały na jej widok, zostały ścięte z łap, zalizane i… pozostawione same sobie, bo Irena zobaczyła szopy i stanęła jak zaklęta (mój dom to również azyl dla inwazyjnych gatunków obcych, takich jak szop pracz, jenot czy nutria).
Przy siatce woliery stłoczyły się osierocone szopiątka, wychowane na smoczku i skazane ustawą o IGO na dożywotnie więzienie. Szopkom bardzo spodobał się wielki pies, wyciągały łapki, żeby go dotknąć i posmakować: szopie łapy to przecież arcyczułe detektory wszelkich wrażeń zmysłowych, szopy nimi „widzą” i czują.
Podeszłyśmy do woliery. Zrozumiałam, że Irena po prostu zakochała się od pierwszego wejrzenia. Przypadła do szopków, wylizała im pyszczki i łapki, położyła się przy wolierze, dając się skubać, miętolić fafle, podgryzać. Jakby odnalazła dzieci specjalnej troski i dla nich obudziła się jej matczyna miłość.
Nie znam historii tej suki, była wysterylizowana, a więc zapewne część życia spędziła w ukraińskim schronisku. Natalia znalazła ją w zgliszczach spalonego domu. Głodną, wynędzniałą i przerażoną wybuchami bomb. Być może wcześniej urodziła szczenięta, a może biologia obdarzyła ją wysoce rozwiniętym instynktem macierzyńskim. Bez względu na wszystko, szopiątka zyskały zastępczą matkę. Irena zajmowała się maluchami z niezwykłym oddaniem i cierpliwością: służąc za matę grzewczą, pole do zabaw i wspinaczek, nie dopuszczając innych psów i czuwając, żeby się maluchy nie oddaliły.
Z niewzruszoną cierpliwością znosiła też przeglądy uszu, zębów, próby oderwania kikuta ogona oraz zaglądanie tu i ówdzie. Podsuwała im nosem pokarm i zasypiała z wtulonymi w siebie nosami maleństw. Jej oddanie zasługuje na wszystkie medale tego świata, bo małe szopiątka to diabły wcielone, a Irena kochała je bezgranicznie i bezwarunkowo. Zresztą one ją też. Gdy Zombiaczka, Jacuś z Agatką i Tomcio Paluch podrosły, więź z psicą nie uległa rozluźnieniu.
Zapomniałam o jej wojennych przejściach aż do pierwszej chłodniejszej jesiennej nocy, gdy odpaliłam kominek. Przy pierwszym płomieniu i trzasku polana przerażona Irena wyskoczyła z domu – wraz z zamkniętymi drzwiami, wyrwanymi z futryną. Skomląca, wielka suka przypadła do szopiej woliery; nie słyszała moich kojących słów, nagle bała się dotyku.
Ale nie dotyku łapek szopich dzieci. Czwórka podrostków przypadła do matki, czule ją wylizując, delikatnie głaszcząc i dając wsparcie. Ja zaś, przedstawiciel najbardziej inwazyjnego gatunku na Ziemi, mogłam tylko z pokorą i wzruszeniem stać obok, obserwując tę międzygatunkową więź i empatię, która trwa do dziś.
Maks: kakofonia szczeków rozdzierających uszy
Życie psów na Ukrainie to z jednej strony ogromna bezdomność, z jej głodem i chłodem oraz przepełnionymi schroniskami, a z drugiej ogromne hodowle „rasowców”, blichtr wielkich wystaw i handel w całej Europie cennymi szczeniakami. Hodowlane kenele to często i kilkadziesiąt psów w ręku jednego hodowcy. W domach i mieszkaniach utrzymuje się od kilku do kilkunastu psiaków, często towarzyszą im inne zwierzęta, jak wilki i borsuki. Wojna straszliwie te psy dotknęła: zbombardowane i opuszczone schroniska, śmierć z głodu i od ran, ucieczka właścicieli.
W Kijowie w zamkniętym mieszkaniu utknęła dwójka psów: pinczer Spinner oraz łajka jakucka Maksiu. Przez dwa tygodnie psom nie miał kto podać karmy i wody. Przypadek sprawił, że Natalia dowiedziała się o ich losie, po czym zapakowała w transport niedźwiedzi do Polski. Spinner trafił do Polskiego Teatru Tańca, głód odchorowywał jeszcze miesiącami. Maksiu został rezydentem w moim domu i rozpoczął karierę wioskowego śpiewaka operowego.
Łajki to psy znane z niezwykłej siły i odporności (Jakuci używali ich w ekstremalnie niskich temperaturach do polowań i ciężkiej pracy w zaprzęgu), ale też… hałasu. Od rosyjskiego łajat’ („szczekać”) wzięła się ich nazwa: miały w trakcie polowań wytropić ofiarę i osadzić ją w miejscu szczekiem, aż do przybycia myśliwego. Maksiu był ośmiomiesięcznym podrostkiem, ale – jak to odporna łajka – zregenerował się w kilka tygodni po przybyciu do Polski. Przyjechał z łepetyną pełną szczeniackich głupot, zagryzając pół umeblowania w domu i ganiając za każdą muchą.
Żaden z dorosłych psów nie traktował młokosa poważnie i nie karcił. Jednakowoż wszystkie zwiewały i zwiewają do teraz, gdy w trakcie szaleńczych gonitw Maks nagle kogoś lub coś zobaczy. Zobaczy, stanie w miejscu, zadrze łeb i rozpocznie swą pieśń. Ni to szczek, ni to wycie, kakofonia dźwięków rozdzierająca uszy. Drze mordę na dwie wioski, wzniecając pożar szczeków najdramatyczniejszych, bo lisich.
Lisy zamieszkujące azyl, uratowane z ferm, czują jakieś wyjątkowe powinowactwo z jego skowyczącą duszą i włączają się w chór. Brzmi to jak oratorium dusz potępionych, bo lisi szczek to śmiechy i chichoty. Maksiu chórowi nadaje ton, bierze górne rejestry, ale lisy nie ustępują. Ostatnim akordem koncertu staje się gardłowe hau, kiedy uratowana ze schroniska-mordowni Carmen, babcia bernardynopodobna, obudzi się i w swej demencji przypomni, że tkwi w niej pies strażnik. Wtedy zapada cisza jak makiem zasiał.
Akiki: pies, któremu podłoga spłonęła pod nogami
Wśród psów hodowanych na Ukrainie dużą popularnością cieszyły się akity. Jedna z większych hodowli, posiadająca kilkadziesiąt osobników, została zbombardowana na początku wojny. Ocalało tylko kilka psów. I one mogły wydostać się z piekła dzięki ewakuowanym lwom. Jedna z suczek była bardzo zamknięta, wycofana. Jak na stabilną emocjonalnie i zdystansowaną do świata akitę, bardzo wyraźnie okazywała stres. Bała się… stąpać po ziemi. Kolejny pies nieadopcyjny już różnicy mi nie czynił, więc…
Próbowałam sunię rozgryźć. Bała się wchodzić do mojego domu, na spacerze bardzo uważnie wybierała miejsce, w którym postawi łapę. Wyglądało to tragikomicznie, bo pies dreptał jak po polu minowym. Próbowałam dowiedzieć się, co spowodowało takie zachowanie. Odpowiedź była prosta i tragiczna: psom dosłownie spłonęła pod nogami podłoga, niektóre z nich spaliły się żywcem.
Akiki ocalała. Od tego czasu rozkładam jej dywany i dywaniki aż po wyjście do ogrodu, tak żeby nie musiała dotykać gołej podłogi – wciąż bardzo się jej boi. Nadal uważnie stąpa, ale kiedy pasja życia bierze górę – biega jak szalona i bawi się tak samo jak psy, które nie doświadczyły wojny.
Ale wojna wciąż trwa, wyniszcza i zbiera żniwo pośród zwierzęcych ofiar: dzikich i oswojonych, egzotycznych i domowych, pojedynczych i całych populacji. A wszystko przez najbardziej inwazyjny gatunek na Ziemi: człowieka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














