Od dronów kamikadze po droidy z karabinami. Wojna robotów na froncie w Ukrainie

Technologia stosowana na wojnie w Ukrainie zmienia się w szybkim tempie. Autorka „Tygodnika”, która od trzech lat opisuje tę wojnę, rozmawiała zarówno z żołnierzami, jak też z konstruktorami dronów i lądowych robotów.
z Kupiańska, Donbasu i Lwowa
Czyta się kilka minut
Aslan, Tatar Krymski, musiał uciekać z domu po aneksji Półwyspu w 2014 r. Dziś mieszka pod Lwowem i jest twórcą projektu „Cyber Droid”: buduje lądowe bezzałogowce, które mogą unieść do 500 kilo. Na zdjęciu z jednym ze swoich droidów, marzec 2025 r. // Fot. Antonina Palarczyk
Aslan, Tatar Krymski, musiał uciekać z domu po aneksji Półwyspu w 2014 r. Dziś mieszka pod Lwowem i jest twórcą projektu „Cyber Droid”: buduje lądowe bezzałogowce, które mogą unieść do 500 kilo. Na zdjęciu z jednym ze swoich droidów, marzec 2025 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Co się stało z ich oddziałem? Andrij żyje i wciąż jest na wojnie. Ma podkrążone oczy i częściej niż zwykle podły humor. Wadik i „Banduszkin”, przez kolegów zwany pieszczotliwie „Babuszką”, jakimś sposobem zwolnili się z armii. „Samowar” nie zmienił się ani na jotę, lubi stroić sobie ze wszystkich żarty, a w kąciku ust jak zawsze tli mu się papieros.

A Jura? Jura leży tysiąc kilometrów stąd, w wołyńskim szpitalu. Stracił obie ręce, nogę i oko. Trafił go rosyjski dron FPV. Choć nie sposób określić dokładnie liczb, drony-kamikadze, zwane dronami FPV, są dziś najczęstszą przyczyną śmierci i ran. Po obu stronach.

Kupiańsk: nawet stare „pakistany” są na wagę złota

Ostatni odcinek do ich bazy pokonuję pieszo przez niby-most. Stoi w centrum przyfrontowego Kupiańska i był niszczony przez Rosjan już tyle razy, że w końcu zaprzestano odbudowywania solidnej przeprawy przez tutejszą rzekę, Oskil. Teraz pozostała tylko wąska kładka dla pieszych, przerzucona między betonowymi kikutami przęsła. Samochody muszą nadkładać kilkanaście kilometrów, by przedostać się na drugi brzeg.

Tam właśnie, w jednej z opuszczonych przez cywilów chat, gnieździ się mały oddział żołnierzy z 14. Brygady, która broni kupiańskiego odcinka frontu. Poznałam tę ekipę rok wcześniej, gdy w okolicznych lasach rozstawiali stanowisko dla moździerza. Co jakiś czas wyjeżdżali też na przedmieścia Kupiańska, by oddać kilka strzałów z „Partyzanta” – tak nazwali prowizoryczną wyrzutnię rakiet Grad, zamontowaną przez nich na pick-upie.

Zmierzcha, kiedy dowlekam się do znajomej furtki. Na podjeździe stoi znajomy pick-up, a oni ładują do prowadnic „stodwudziestki”. Użytkowane obecnie rakiety 122 mm to pociski stare, zwykle pakistańskiego pochodzenia. Noszą ślady długoletniego składowania. „Samowar” majstruje przy nich, wciska w otwory plastikowe rurki, kabelki. Trzeba kombinować, by pociski w ogóle poleciały. Nawet stare „pakistany” są teraz na wagę złota.

Dron jest celniejszy niż moździerz

W ciągu roku ta „ekipa” przekwalifikowywała się dwukrotnie – wojenna technologia ewoluuje szybko. Żołnierze, którzy pierwotnie obsługiwali moździerz i grada-samoróbkę, pracowali potem jako operatorzy dronów FPV (first person view), małych i przede wszystkim tanich w produkcji (jeden taki dron-kamikadze kosztuje kilkaset dolarów, podczas gdy jeden pocisk artyleryjski 155 mm produkcji zachodniej – ok. 5 tys. dolarów).

Teraz przesiedli się na „Wampira” (przez Rosjan zwanego „Babą Jagą”). To wielki dron rolniczy, zaadaptowany przez wojskowych. Ze względu na rozmiary „Wampir” lata tylko nocą, stąd jego obie nazwy. Przeciwnik nie zobaczy go, ale z pewnością z daleka usłyszy: dron wydaje upiorne niskie brzęczenie. Jest w stanie unieść minę przeciwpiechotną lub moździerzowy pocisk 122 mm. Te ostatnie coraz częściej nie są wystrzeliwane w konwencjonalny sposób, lecz przerabiane właśnie pod drony FPV lub „Wampira”.

Drony okazały się dużo celniejsze od moździerza, bo ich lot korygowany jest przez operatora do końca, aż do momentu eksplozji. O ile, rzecz jasna, sygnał nie zostanie zagłuszony przez wroga, a drona nie uda mu się zestrzelić.

Nowe zastosowanie nie zastąpiło w całości poprzedniego, ale wdarło się zdecydowanie w wojenną rzeczywistość.

Ukraińcy nazwali go „Wampirem”, Rosjanie „Babą Jagą”

Praca z „Wampirem” okazała się dla oddziału istotną zmianą pod jeszcze jednym względem: certyfikat, uzyskany na koniec szkolenia z jego obsługi, chroni żołnierzy przed przeniesieniem do zwykłej piechoty.

– Chłopaków z innych oddziałów, których przerzucili do piechoty, nie zobaczyliśmy już nigdy – mówi Andrij, gdy wracamy z rajdu „Partyzantem”, a nad Kupiańskiem wisi już gęsta noc. Żołnierze szykują się do wyjazdu na pozycje, tym razem z dronami w bagażniku.

– Poza tym, że „Wampir” lata na większej wysokości niż mniejsze drony, jest bardziej odporny na zagłuszanie za pomocą środków walki radioelektronicznej – ciągnie Andrij, gdy porządkuje sprzęt rozłożony w kuchni na kwaterze. – Teoretycznie można go zestrzelić ze zwykłego kałasza, pomagają w tym jego gabaryty. Ale przed tym chroni go wysokość i tylko nocne zastosowanie. Rosjanie bardzo się boją, jak mówią, tej „Baby Jagi”. Ale, jak to oni, zaczęli już sami korzystać z jego odpowiednika.

Poza tym, że uniesie kilkunastokilogramowy pocisk, „Wampir” ma też mniej zabójcze zastosowanie. Następnej nocy z jego pomocą udaje się dostarczyć pokaźny worek prowiantu dla żołnierzy piechoty, którzy zajmują pozycje najbardziej skrajne i przez to trudno dostępne, także dla zaopatrzenia. Na nagraniu, które pokazuje „Samowar”, widać termowizyjny obraz zarośli, w które leci worek. I jego ostrzegawczy krzyk: „Leci! Uważajcie na głowy!”.

– Kolacja dotarła do chłopaków – mówi. – Ale potem łączność się urwała. Nie wiemy, czy dożyli rana.

Andrij z dronem „Wampirem” na froncie kupiańskim. To duży dron rolniczy zaadaptowany przez wojskowych, który jest w stanie unieść minę przeciwpiechotną lub moździerzowy pocisk. Drony okazują się celniejsze od tradycyjnego moździerza. Maj 2024 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Drony FPV to największy koszmar żołnierzy piechoty

Skok technologiczny w prowadzeniu wojny nie zmniejszył znaczenia żołnierzy piechoty. Nie wymyślono nic, co mogłoby ich uwolnić od konieczności siedzenia na najbardziej niebezpiecznych pozycjach – przez język wojny zwanych „zerem”, „zerówką”.

Technologia wręcz pogorszyła ich sytuację. Już samo dotarcie na pozycje, gdy droga jest pod dozorem dronów FPV, jest ryzykiem. Podobnie logistyka: zaopatrzenie, a także ewakuacja rannych lub ciał poległych.

– Dotąd napalm był zrzucany przez samoloty. Teraz to robota dronów. Wydostający się z ładunku gaz wchodzi w reakcję z powietrzem i zanim się obejrzysz, wszystko wokół płonie. Widziałem to z bliska – opowiada „Dowbusz”, dowódca oddziału piechoty w 5. Brygadzie Szturmowej, która stoi na wysokości Bachmutu (pseudonim „Dowbusz” nawiązuje do legendarnego zbójnika z Karpat; to jakby ukraiński Janosik).

Pod oczami ma sińce, na ogolonej głowie osełedec, kozacki kucyk. Niedawno wrócił z „zerówki”. Spotykamy się w przyfrontowej Konstantynówce w Donbasie. „Dowbusz”: – Napalm to tylko jeden z piekielnych wymysłów. Drony FPV to nasz, żołnierzy piechoty, największy koszmar. Mówi się, że trwa teraz „wojna dronów”, ale to nieprawda. Byłaby to trafna nazwa, gdyby drony zwalczały siebie nawzajem. Ale one polują przecież na ludzi.

Droid zabierze poległego

– W obecnych realiach żołnierz docierający na pozycję powinien mieć na sobie tylko kamizelkę, a w ręce karabin. Cała reszta powinna być dostarczana na pozycje bojowe w inny sposób. Bezzałogowy. Czemu tak się nie dzieje? Czemu cztery osoby mają ryzykować swoje życie, wynosząc z „zerówki” ciało? Tak nie może być w XXI wieku, w nowoczesnym wojsku – „Dowbusz” mówi to zrezygnowanym głosem.

Może dlatego, że od jakiegoś czasu nie jest w stanie wywieźć zwłok jednego ze swoich podwładnych, nie ryzykując tym samym życia kolejnych swoich ludzi.

Technologia przychodzi z odpowiedzią i na ten problem. Jednak jest ona wciąż poza zasięgiem znacznej części oddziałów ukraińskich, a tym bardziej rosyjskich. Chodzi o maszyny, które tutaj określane są jako droidy: naziemne bezzałogowe pojazdy, będące w stanie wyciągnąć ze strefy największego ryzyka ciało poległego. Albo dostarczyć na „zerówkę” tygodniowy zapas amunicji.

W warsztacie pod Lwowem Aslan produkuje drony i droidy

– Mam wśród wojskowych wielu znajomych. Kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna, chciałem najlepiej, jak tylko się da, wykorzystać swoje możliwości, chciałem być przydatny – wspomina Aslan, Tatar Krymski.

– Pod koniec 2022 r., gdy entuzjazm nieco oklapł i pierwsze braki w żołnierzach zaczęły być widoczne, zacząłem się zastanawiać, w których zadaniach na froncie człowiek może być zastąpiony przez maszynę – Aslan, który mieszka dziś w obwodzie lwowskim, jest twórcą projektu „Cyber Droid”.

W towarzystwie puszystego rudego kota oprowadza po swoim warsztacie, gdzie dla ukraińskich wojsk konstruuje zdalnie sterowane pojazdy. Kształtem przypominają czołg, choć są bez działa i znacznie mniejszych rozmiarów.

Myśl Aslana zakiełkowała w stodole gdzieś na lwowskiej prowincji: – W tym roku liczę w końcu na podpisanie kontraktu z ministerstwem obrony. Na razie żołnierze zwracają się bezpośrednio do mnie z zamówieniami. Produkuję pięć modeli, mogących unieść od stu do pięciuset kilogramów.

A zastosowanie? – Nasze droidy spełniają się zwłaszcza w logistyce, dowożą amunicję i inne zaopatrzenie. Ale wraz ze współpracownikami nie zatrzymujemy się, pracujemy nad stworzeniem pojazdu bezzałogowego, który miałby sześć metrów długości i byłby w stanie unieść niewielką haubicę.

Pod Charkowem: pierwszy szturm lądowych robotów

Podobne rozwiązanie – bezzałogowy pojazd zdalnie sterowany, uzbrojony w karabin maszynowy – miało już swój debiut. W grudniu 2024 r. żołnierze z 13. Brygady Gwardii Narodowej „Chartia” (uchodzi za jedną z najnowocześniejszych jednostek) opublikowali nagranie pokazujące w pełni zrobotyzowany szturm na charkowskim odcinku, w okolicy miejscowości Lipce. Zakończył się sukcesem, Rosjanie się cofnęli.

W nagraniu, które odbiło się szerokim echem, szef sztabu brygady mówi o dążeniu do tego, by w operacjach obciążonych dużym ryzykiem żołnierza mógł zastąpić robot. Choć jasne jest, że do robotyzacji tej wojny na większą skalę daleko, atak w Lipcach to na pewno moment historyczny – kolejny kamień milowy w ewolucji technologicznej.

Aslan: – Dwa dni temu wróciłem z objazdu frontu, odwiedzałem znajome oddziały. W jednym do teraz zachował się droid, którego chłopaki zaczęli używać ponad rok temu. Poharatany i zużyty, ale wciąż działa. Wiadomo, lepiej stracić maszynę niż ludzi. Jednak ze względu na spore koszty żołnierze dbają o droida nie gorzej niż o siebie. Wiele zależy nie tylko od szczęścia i nasilenia walk, ale od zespołu, który obsługuje maszynę.

Mówi się, że największym problemem, gdy idzie o użycie dronów i droidów, jest system walki radioelektronicznej (polski skrót: WRE). Coraz bardziej powszechny – mobilne zagłuszarki powinien mieć obecnie nie tylko każdy czołg, ale także każda ciężarówka czy karetka ewakuacyjna – może on skutecznie zagłuszać sygnał między operatorem a dronem.

Jednak równie zabójcze (dla sprzętu) może być nieumiejętne obchodzenie się z nim, niska kultura techniczna i brak wyszkolenia. Znawcy tematu twierdzą, że w przeszłości zdarzało się, iż na niektórych odcinkach frontu nawet połowę ukraińskich dronów neutralizowały... własne zagłuszarki.

Atak i obrona to ciągły wyścig

Tymczasem, aby ominąć przeszkodę, jaką jest wrogi system WRE, w przypadku droidów i dronów można wykorzystać światłowód.

Choć użycie światłowodu – w postaci cienkiej nici, rozwijanej ze szpuli umieszczonej na urządzeniu – ogranicza dystans lotu i możliwość manewrowania bezzałogowcem (oraz sporo kosztuje), to jego zastosowanie przez operatorów obu stron jest coraz powszechniejsze.

Można zadawać sobie pytanie, czy drony światłowodowe to dziś szczyt frontowej pomysłowości – skoro rozwiązaniem dla ich zwalczania (alternatywą dla nieefektywnego w tym przypadku systemu WRE) okazuje się zwykła metalowa siatka, mogąca fizycznie zatrzymać dron.

Zawieszana jest nad pozycją, przyfrontowymi posterunkami drogowymi czy w końcu – jak widać na materiale publikowanym przez Rosjan w sieci – nawet nad całą drogą, tu nad trasą między Bachmutem a Czasiw Jarem. Wiodąca na pozycje droga, będąca w zasięgu ukraińskich dronów FPV, zamieniła się w „tunel” chroniący (trochę) przed ich atakami.

Flagowy produkt Andrija to detektor dronów

Pracy również nad dronami światłowodowymi poświęcił się Andrij, którego spotykam w mieście w centralnej Ukrainie – w piwnicy, gdzie mieści się jego firma, jego start-up. Tak samo jak Aslan, przed 11 laty musiał on opuścić dom: pochodzi z obwodu ługańskiego, który już w 2014 r. znalazł się częściowo pod okupacją Rosji.

Andrij jest i przedsiębiorcą, i wolontariuszem. Od lat angażuje się w pomoc dla armii. Przez jego warsztat przewinęło się mnóstwo rodzajów dronów i urządzeń do ich zagłuszania. A także sensorów – urządzeń do wykrywania bezzałogowców.

Jednym z flagowych produktów jego start-upu jest właśnie detektor dronów. Jest on w stanie wykryć drony FPV (w przeciwieństwie do popularnego sensora, przez żołnierzy nazywanego „Cukierkiem”).

Jednak największą fascynacją Andrija są drony wykorzystujące sztuczną inteligencję. Pracuje nad nimi już od 2022 r. Sięga po telefon i otwiera galerię. Na jednym ze zdjęć, datowanych na początek inwazji, widać korpus drona FPV produkowanego przy pomocy drukarki 3D (jedna pracuje z pomrukiem w kącie piwnicy). Andrij: – To dron własnej produkcji, z marca 2022 r. Wtedy nikt jeszcze nie mówił o tym, jak kluczową rolę odegrają w tej wojnie.

W start-upie w centralnej Ukrainie Andrij konstruuje drony wyposażone w sztuczną inteligencję, zagłuszarki i detektory, które ostrzegają przed dronami FPV. Na zdjęciu współpracownik Andrija w warsztacie, marzec 2025 r. (on sam nie chciał się fotografować). // Fot. Antonina Palarczyk

Wolontariusze nie do zastąpienia

W następnym roku nikt już nie miał co do tego wątpliwości, a z początkiem 2024 r. dekretem prezydenta Zełenskiego w armii powstał nowy rodzaj wojsk: Siły Systemów Bezzałogowych.

Nie zmienia to jednak faktu, że produkcja i zakup dronów przez długi czas realizowane były głównie oddolnie: w tysiącach firm i warsztatów rozsianych po całym kraju – i za pośrednictwem wolontariuszy, którzy odpowiadali na bezpośrednie prośby żołnierzy. Był to zresztą jeden z zarzutów stale formułowanych „z dołu” wobec władz.

W tym roku, jak słyszymy, ciężar ten bierze na siebie Ministerstwo Obrony: w marcu ogłoszono, że w roku 2025 resort planuje kupić od producentów łącznie 4,5 mln dronów FPV. Szacowana kwota, jaka ma zostać na to przeznaczona, to ok. 110 mld hrywien (to równowartość ok. 10,3 mld złotych).

Wielkimi liczbami, gdy idzie o użycie dronów, operuje też druga strona. We wrześniu 2024 r. Władimir Putin mówił, że jego armia otrzymała w 2023 r. ok. 140 tys. dronów, i że w 2024 r. ich produkcja będzie zwiększona dziesięciokrotnie. Czy te liczby odpowiadają rzeczywistości, czy też jest to element wojennej polityki informacyjnej, nie sposób oszacować.

Sztuczna inteligencja rozpozna cel

Andrij: – Dwa tygodnie po 24 lutego 2022 r. zabraliśmy się za składanie naszego pierwszego drona. Gdy pojawiały się zdjęcia rosyjskich kolumn, które ciągnęły na Kijów, stało się dla mnie jasne, że do ich unicestwienia nie wystarczy javelinów, wyrzutni przeciwpancernych.

– Z początku inwazji myśleliśmy wciąż kategoriami z minionych wojen, że będzie dochodzić do pancernych bitew, z czołgami wroga wyraźnie oznaczonymi literą „Z” – opowiada Andrij. – Stąd myśl, by produkować autonomiczne drony mogące samodzielnie rozpoznać i zniszczyć rosyjski sprzęt.

Pracę nad programem komputerowym o takich umiejętnościach zaczęli już wtedy, równocześnie z produkcją dronów i innych urządzeń dla armii. – Teraz autonomiczne drony testujemy na froncie wraz ze znajomymi oddziałami. Niestety bez finansowania przez państwo skala wciąż jest niewielka.

Czemu nie udało się dotąd wprowadzić dronów ze sztuczną inteligencją do szerszego użycia? Andrij: – Nie zdążyliśmy z tym, zanim powszechne stały się mobilne systemy WRE. One uniemożliwiają posługiwanie się GPS-em, używanym przez autonomiczne drony do pozycjonowania celu. Owszem, możemy napisać program dla dronów, który nie byłby oparty na systemie GPS. Ale trzeba wziąć się za to wszystko od początku...

Na końcu i tak jest człowiek

Tymczasem, jak wspomina, gdy po raz pierwszy pokazali ich projekt autonomicznego drona na kijowskich targach, nie budził zainteresowania. – Nie wierzono, że to może działać. Ale przecież kiedyś taką samą nieufnością obdarzano drony w ogóle.

Andrij jest przekonany, że autonomiczne drony to przyszłość. Jednak i wtedy na początku będzie człowiek, ich operator. A także na końcu – w okopie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Droid z karabinem