Gregor von Rezzori: człowiek, który patrzył na rozkład świata

„Niegdysiejsze śniegi” Gregora von Rezzoriego pokazują, że jeśli nawet wizja udziału w europejskiej historii bywa złudzeniem, to i tak nie posiadamy innej, niż ona, ojczyzny. I tylko tam nas naprawdę ciągnie.
Czyta się kilka minut
Gregor Von Rezzori. Styczeń, 1981 r. // Fot. Mario Ruiz / Getty Images
Gregor Von Rezzori. Styczeń, 1981 r. // Fot. Mario Ruiz / Getty Images

Któregoś dnia znów zapragnąłem uciec do dawnej Austrii. Czasem mi się to zdarza. Właściwie bardzo często. Nie bez powodu mieszkam w Krakowie. No, ale wtedy byłem na ukraińskim Wołyniu, od wielu dni jeździłem po tych rozwłóczonych posowieckich (i zarazem pocarskich) miejscowościach pozbawionych prawie zupełnie architektonicznego piękna I czułem się tam niewyraźnie. Było kanciasto, niemiło, smutno i pustawo.

Poczułem, że mam tego dość i że potrzebuję jednak zagłębić się w przytulność jakiejś estetyki. I to nie „jakiejś” – wiedziałem dobrze jakiej. Wyrwałem na południe. W kierunku starej austriackiej Galicji. Przejechałem przez nieistniejącą już granicę i od razu mogłem odetchnąć. Tarnopol. Czortków. Zaleszczyki. Pojawił się znajomy krajobraz kulturowy. Miasteczka o wyraźnym kształcie i stare budynki o spadzistych dachach, często z dobudowanymi wieżyczkami tworzącymi gotyckawy klimat. To Franciszek Józef, a nie rządy pierwszych sekretarzy, wywarł na ten krajobraz największy wpływ.

Uruchamianie odtwarzacza...

Poczułem tutaj ulgę. Jak trwoga, to do Franza Josefa, do powidoku mieszczańskiego, cesarsko-królewskiego ciepełka. Czułem, że wróciłem do świata, który posiada formę. I nawet jeśli to tylko duch już martwej formy, to jest to raczej duch przyjazny, a nie upiór. Czułem, że na Zachód wróciłem. Na tym zresztą, być może, polega specyfika tego całego europejskiego Wschodu, którego nigdy nie można było do końca określić: w przeciwieństwie do Zachodu jest głównie, po prostu, brakiem przytulnej formy. Albo jej bardzo mocnym przerzedzeniem.

Jechałem więc przez tę cudowną krainę i tak się rozpędziłem, że przejechałem całą Galicję i zatrzymałem się dopiero w Czerniowcach. Stolicy innego dawnego habsburskiego kraju koronnego – Bukowiny. W mieście wielokulturowym i dziś, a dawniej, w czasach habsburskich i bezpośrednio po nich, pełnym Rumunów, Żydów, Rusinów/Ukraińców, Polaków, Niemców i tak dalej. W którym to mieście, w rodzinie habsburskiego urzędnika, urodził się Gregor von Rezzori. 

Człowiek, który patrzył na rozkład tego świata. Co świetnie opisał w wydanej właśnie po polsku książce „Niegdysiejsze śniegi”.

Człowiek habsburski

Gregor von Rezzori (1914-1998), zwany w rodzinie „Grischą”, był pisarzem niemieckojęzycznym (był też scenarzystą i aktorem – grał głównie rólki, ale jednak w filmach z Brigitte Bardot i Marcelllo Mastroiannim), który Niemcem się nie czuł, a do austriackości, jak sam pisał, bardziej aspirował, niż Austriakiem był w rzeczy samej. W rodzinnej Bukowinie uchodził za obcego, bo za Austriaka, ale w Austrii również był obcy. Ojciec był Sycylijczykiem, matka wywodziła się z fanariotów, greckich z pochodzenia, a otomańskich z nadania urzędników na Wołoszczyźnie, w jego krwi znalazła się do tego wszystkiego jeszcze irlandzka domieszka. Jako czernowiczanin, obywatelstwo przez prawie całą młodość posiadał rumuńskie.

Kim więc był? Był człowiekiem cesarsko-królewskim, Cekańczykiem, człowiekiem habsburskim. Tak, jak dziś ludzie z dawnego Związku Radzieckiego, nie do końca mogący zidentyfikować się z żadną z powstałych po rozpadzie ZSRR narodowości, uważają się za „ludzi radzieckich”.

Był pogrobowcem imperium, ale to ono, a raczej jego duch go wychowały. Był pod tym względem podobny do Stanisława Lema, który również urodził się już po upadku Habsburgii, ale jego wspomnienia z międzywojennego, polskiego już Lwowa są tym habsburskim powidokiem dotknięte w nie mniejszym stopniu, niż Rezzoriego wspomnienia z należących już do Rumunii Czerniowców.

Świat sprzed pierwszej wojny odchodził bardzo powoli razem ze swoją estetyką, modami i prądami, z początkami psychoanalizy, seansami spirytystycznymi, laskami spacerowymi, gorsetami i gorsami, dziecięcymi marynarskimi ubrankami. Z jego klasą przejawiającą się na przykład w „niechaotycznym budowaniu miast”, czego zresztą Czerniowce są doskonałym przykładem: to Habsburgia przecież z zapyziałego bukowińskiego miasteczka bez specjalnego kształtu i formy ulepiła „mały Wiedeń”, do którego z taką ulgą wjechałem z „niehabsburskiej” rzeczywistości.

Całkiem inni ludzie

Habsburgia nadała Czerniowcom atrakcyjny estetycznie kształt, którego później panujące na tym terenie ZSRR (ani Rumunia czy Ukraina) nie umiały zastąpić niczym porównywalnym. ZSRR miał inne priorytety: forma, którą cieszyli się zresztą głównie bogatsi mieszczanie, musiała ustąpić utylitaryzmowi i zapewnieniu tysiącom ludzi dostępu do tanich mieszkań z ogrzewaniem i bieżącą wodą, choćby w paskudnych blokowiskach. Ale i pozbawił Czerniowce romantyzmu i kolorytu, ustanawiając coś, co Rezzori nazywa „zamienieniem całego kraju w przytułek dla biednych”.

Tu jednak Rezzori nie jest konsekwentny, bowiem sporą częścią tego „lokalnego romantyzmu i kolorytu” były zwyczajna bieda i brak cywilizacyjnej otuliny, co sam opisał w „Gronostaju z Czernopola”, książce opowiadającej o Bukowinie (ukrytej pod nazwą Tescovina, gdzie Czernopol to Czerniowce): „W Czernopolu żyli (...) żebracy – całe ich tabuny – pokryci wrzodami i gnijącymi ranami (...) dotknięci kalectwem i ułomnościami, na których widok sam Hieronymus Bosch zwątpiłby we własne dokonania; występowali oni, jako się rzekło, tłumnie – a raczej: pełzali, czołgali się, wili i cisnęli całą chmarą wokół przechodnia, osaczając go, czepiając się i wspinając po nim, jakby go chcieli ściągnąć w swoje unurzane w brudzie i rojące się od wszy poniżenie”.

No i cóż: poza „pełzającymi żebrakami” i ludźmi żyjącymi w „niewyobrażalnej biedzie” niemieckojęzyczni i delikatni „ludzie habsburscy”  musieli się tu też stykać z przedstawicielami narodów, które rodzina von Rezzoriego (przynajmniej na kartach „Niegdysiejszych śniegów”) nazywała „kolonialnymi”.

I mały von Rezzori nie miał z tymi „kolonialnymi ludźmi” nic wspólnego. Nie mógł, bowiem był od nich izolowany przez rodziców. A konkretnie przez nadopiekuńczą (choć tylko pod pewnymi względami) matkę, obawiającą się, że w kontakcie z miejscową „dziczą” dziecko nabawi się chorób, złych obyczajów i wszystkiego tego, co przerażało zacne habsburskie mieszczaństwo czasów końca cekańskiego świata.

Inaczej niż Lem, który pochodził z zamożnej rodziny, ale był jednak zwykłym lwowianinem, który brał udział we wszystkim, co działo się wokół niego, Rezzori należał do klasy kolonizatorów, którzy sami się tak określali i porównywali do Brytyjczyków w Indiach czy Francuzów w Indochinach. I wychowywał się, owszem, w Czerniowcach na Bukowinie, ale ukryty w „splendid isolation” od „wschodnioeuropejskiej dziczy”, której jego przodkowie starali się nadać „zachodni rys”. A gdy to się nie udawało, całkiem świadomie zamykali się we własnych wyniosłych wieżach z kości słoniowej.

Psie obowiązki

Jednym z niewielu aspektów lokalności, który miał do małego „Grischy” dostęp, była jego niańka o imieniu Kasandra. Była „kobietą lokalną”, pochodzącą z jednego z „ludów kolonialnych”, a sam Rezzori nigdy nie uznał za istotne, by na kartach „Niegdysiejszych śniegów” zastanowić się nad jej konkretnym pochodzeniem (spekulował tylko, że „być może była Hucułką”).

Kasandra pochodziła z „niewyobrażalnej biedy”, wielodzietnej rodziny, której członkowie „dziękowali na kolanach Bogu za biały chleb”. Posługiwała się pokracznym połączeniem wszystkich lokalnych języków, od rumuńskiego przez rusiński po polski, spajanych łamanym niemieckim, które to połączenie było przedmiotem szyderstw domowników (nawet jeśli było to szyderstwo pomieszane z sympatią).

Dzisiejszy czytelnik, o nieco już innej, cokolwiek by mówić, wrażliwości, z mieszaniną zażenowania i rozbawienia czyta u Rezzoriego opisy Kasandry. Grischa przy każdej możliwej okazji okrutnie pastwi się nad jej „niewyobrażalną brzydotą”, „prymitywną urodą” czy rozwodzi nad jej „zwierzęcością”. Tak, dziwnie jest czytać akapity, w których von Rezzori, osoba, która – jeśli wierzyć jego biografom i jemu samemu – wolna była od typowych „wielkoniemieckich uprzedzeń rasowych” i miała szacunek do rdzennych mieszkańców swych rodzinnych stron – rozwodzi się nad tym, jak to Kasandra, w czasie, gdy von Rezzorich nie było w domu, rozbierała się do naga i razem z psami szalała po całym domu. Albo pojawiające się co chwilę wtręty na temat jej „psiej” zależności i „psiego” oddania temu czy innemu domownikowi.

Kasandrze, która wychowywała Grischę w dzieciństwie i była tego dzieciństwa dzikim, baśniowym aspektem (w ujęciu barbarzyństwa jako „dzieciństwa ludzkości”), von Rezzori przeciwstawia „Strausselkę”, swoją guwernantkę. Dopięta na ostatni mieszczański guzik „Niemka ze Szczecina na Pomorzu” była szacowną i budzącą respekt damą, która formowała Grischę w jego późniejszych, dojrzalszych latach i która jest tej dojrzałości metaforą. Wobec niej zresztą Kasandra też była „wierna jak pies”.

Tak to wyglądało. Ojciec von Rezzoriego („antysemita, ale antyhitlerowski”) polował w bukowińskich lasach z pozycji kolonialnego lorda, bowiem nie bratał się z bukowińskim ludem, uważając go za barbarzyńską zbieraninę. Jednocześnie znał się doskonale na bukowińskich drewnianych klasztorach, a inskrypcje w staro-cerkiewno-słowiańskim wypisywane na ich ścianach „czytał jak wiedeńską gazetę”.

Sam Grischa, jako pracownik jednej z bukowińskich kopalni, nie tylko metaforycznie, ale i dosłownie „zagłębiał się w rodzinną ziemię”, jednak tezy swojego ojca na temat takich czy innych przywar miejscowej „kolonialnej” ludności cytuje dość beznamiętnie i bez specjalnego ukrywania poczucia wyższości.

Sympatia i poczucie wyższości

Łatwo się nad Rezzorim dziś pastwić, był on jednak człowiekiem swoich czasów, a – jak pisał on sam – to „nie człowiek żyje czasami, a czasy żyją człowiekiem”. Interpretacja i krytyka wspomnień dawnych autorów pod kątem „poczucia wyższości” i kolonialnego podejścia to kwestia ostatnich dopiero dekad. Również i nasi rodacy, widząc – na przykład – w Afrykanach „lud kolonialny”, niespecjalnie dziwili się okrucieństwu, z jakim Niemcy traktują ludy Herero i Nama w swej namibijskiej kolonii. Zdziwieni jednak byli, gdy Niemcy, kilkadziesiąt lat później, robili dokładnie to samo z Polakami w Generalnym Gubernatorstwie. Wypierając prawdę, że Niemcy najzwyczajniej w świecie i ich samych uważali (czego nie ukrywa na kartach „Niegdysiejszych śniegów” von Rezzori) za taki sam „kolonialny lud”, jak przedstawicieli narodów z kolonialnej Afryki.

Nie zmienia to faktu, że w tym właśnie podejściu „zachodnich Europejczyków”, za jakich się miała rodzina Rezzorich, do „wschodnich barbarzyńców”, niezależnie od tego jak bardzo by się ich wstawiało w rolę nieświadomych istot z czasów „dzieciństwa ludzkości” i otaczało sympatią, tkwi źródło późniejszej rasistowskiej, nazistowskiej pogardy dla „podludzi”. Sympatia bowiem na pstrym koniu jeździ. A poczucie wyższości pozostaje.

Z drugiej strony rasizm ten był jednak w dużym stopniu kwestią klasową. Odizolowane od „niehigienicznych” warunków Bukowiny i od kontaktów z lokalnymi rówieśnikami dzieci rodziny von Rezzorich mogły się jednak bawić z „Mireczkiem”, dzieckiem doktora Buraczewskiego, polskiego chirurga mieszkającego z rodziną obok. Buraczewscy, jak widać, jako ludzie o statusie podobnym Rezzorim wyłamywali się z narodowych stereotypów.

Nie widziano też niczego skandalicznego w tym, że matka Grischy zakochała się w młodości w polskim oficerze o „szeleszczącym nazwisku”. Czasy zresztą, w których dorastali rodzice von Rezzoriego, to czasy premierowania w Cekanii Kazimierza Badeniego, Polaka, którego, jak wspominali wiedeńczycy, „cechowała małomówność, co było pozytywem ze względu na jego słabą znajomość niemieckiego”. Jak widać, nie tylko „arystokracja nie ma narodowości”, jak mówiono w XIX wieku, ale w ogóle elity jako takie.

Nie wspominając już o tym, że z punktu widzenia ukraińskich nacjonalistów to Polacy w Galicji Wschodniej czy Bukowinie byli kolonizującymi, a oni sami – ludnością kolonizowaną. Albo o tym, że w samej kolonizacji – jakkolwiek ją zwać – również może być coś pożądanego. W końcu to właśnie dla powidoku tej habsburskiej rzeczywistości osiągniętej w wyniku rzeczonej kolonizacji pędziłem na łeb na szyję do Galicji.

„Nas już nie będą kolonizować Austriacy” – pisał z niejakim żalem ukraiński malarz i historyk sztuki, lwowianin od pokoleń Włodko Kostyrko, tęskniąc w mrocznych, bandyckich i nadal pełnych rosyjskich wpływów latach 90. za Habsburgią jako złotymi czasami rodzinnego miasta.

Czar małych miasteczek

Jechałem więc z rozkoszą przez dawną Habsburgię i czułem mniej więcej to samo, o czym pisał Izaak Babel, gdy wjechał do Galicji razem z bolszewicką armią konną Budionnego. Bo rewolucja – rewolucją, gonienie burżuazji – gonieniem burżuazji, ale Babel przede wszystkim zachwycał się tutaj starą, dobrą Europą w jej mieszczańskim właśnie wydaniu. W każdym wiejskim kościele widział zachodnie dziedzictwo, w byle katolickich świętych obrazach dopatrywał się El Greca, w obyczajach mieszkańców galicyjskich miasteczek – kojącej mieszczańskiej formy. I tak dalej.

Pocarska Odessa, z której pochodził Babel, również była, podobnie jak Czerniowce, rodzajem europejskiej kolonii na „dzikim terytorium”. Do tej pory Odessa przypomina swoją strukturą i formą europejskie miasta budowane w tropikach, jak choćby Nowy Orlean i inne miasta Karaibów: ulice przecinające się pod kątami prostymi, dwupiętrowe kamienice z balkonikami na piętrach. Zresztą jeszcze długo po czasach, w których powstawała, najprościej i najwygodniej było się do niej dostać od strony morza.

Czerniowce natomiast były budowane tak samo, jak budowało się inne miasta w habsburskim imperium, które niekoniecznie po prostu „kolonizowało” swoje dalekie prowincje, co zwyczajnie rozszerzało się na nie, powoli je absorbując. Rozbudowywało się w tym wyjątkowym stylu, który sprawia, że gdyby zrzucono mnie na spadochronie do któregoś z nich, od razu wiedziałbym, z czym mam do czynienia. I w jakim kręgu kulturowo-cywilizacyjnym się znajduję.

Po drugie – w Habsburgii, podobnie jak w dawnej Rzeczypospolitej (i w ogóle w całej Europie), istniało coś takiego, jak miasteczka. A o takie trudno było w dawnej carskiej Rosji: były tam albo europoidalne miasta, albo rozwłóczone, drewniane wsie. Związek Radziecki dodał tu od siebie wyłącznie „osiedla typu miejskiego”, czyli wsie z dobudowanymi socjalistycznymi blokami. W Galicji człowiek natomiast, zarówno ten pochodzący z rosyjskiej części Ukrainy, jak i innych miejsc, nad którymi panowała Rosja (na przykład spod Warszawy) może sobie przypomnieć, że istnieje coś takiego, jak „czar małych miasteczek”.

Tak, stara Mitteleuropa, zarówno Austria, jak i Niemcy, miała niezły pomysł na radzenie sobie ze środkowoeuropejskim krajobrazem, nakładając nań formę romantycznej estetyki. Świat tej estetyki co prawda skończył się, ale pozostawił po sobie całkiem porządny Ruinenwelt. Oraz, owszem, kaca i nie do końca zaleczone otwarte złamania po pogardzie z czasów, gdy Niemcy pozwolili sobie na jej erupcję. 

Ale czytając von Rezzoriego, niezależnie od tego, jakie są moje emocje względem kolonizowanych i kolonizujących, tęsknię za kojącymi czasami jakiegoś wielkiego, ale i humanitarnego cywilizacyjnego projektu, a takim przecież była, cokolwiek by mówić, do pewnego stopnia Cekania. Tak, tęsknię do jakiegoś ponadnarodowego europejskiego przedsięwzięcia. Skutecznego i ogarniającego całe regiony swoim cywilizacyjnym ciepłem.


Trzy razy von Rezzori

Gronostaj z Czernopola, wyd. Czytelnik // materiały prasowe

„Gronostaj z Czernopola”, przełożyła Emilia Bielicka, Czytelnik, Warszawa 2003 

W wymyślonym kraju o nazwie Tescovina, leży wymyślone miasto o nazwie Czernopol. Chodzi jednak o konkretną krainę i konkretne miasto: Bukowinę i jej stolicę – Czerniowce, w których autor się urodził i wychował. Opisuje świat pomiędzy wojnami, w którym dawne wartości i zasady odchodzą w niepamięć. Bohaterem jest postać „posthabsburskiego Don Kichota” – Mikołaja Tildy, który tych zasad próbuje bronić wbrew rzeczywistości.

Pamiątki antysemity. Wyd. Pogranicze // materiały prasowe

„Pamiątki antysemity”, przekład Krzysztof Jachimczak, Pogranicze, Sejny 2007

Powrót do krainy dzieciństwa i rozliczenie z wyniesionym ze swojego domu antysemityzmem. W opowiadaniach dziejących się na Bukowinie właśnie – a także w Bukareszcie, Wiedniu i we Włoszech – mieszając autobiografię z fikcją, autor opisuje spotkania bohatera z Żydami. Każde z nich wywraca antysemicki porządek myślowy panujący w jego głowie. 

Niegdysiejsze śniegi, wyd. Czarne // Materiały prasowe

„Niegdysiejsze śniegi”, przekład Małgorzata Gralińska, Czarne, Wołowiec 2025

Obraz austro-węgierskich peryferii widzianych z perspektywy niemieckojęzycznych administratorów tej krainy. Pogrobowiec habsburskiego imperium opisuje rozpływanie się jego powidoku w czasach coraz bardziej radykalnych. I nie udaje, że procesy, którym podlegają kraje, na które rozbiło się państwo jego dzieciństwa, wcale go nie dotyczą i że wcale nie miał z nimi nic wspólnego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17-18/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nasz kolonizator