Profesor Jan Miodek o polszczyźnie Ziem Odzyskanych: nigdy nie czułem się tu obco

Prof. Jan Miodek, językoznawca: Gdy 62 lata temu przyjechałem na studia do Wrocławia, słyszałem tu jeszcze pewne cechy regionalne języka. Z mowy kolejnych pokoleń już ich nie wychwytuję.
Czyta się kilka minut
Zdjęcie z reportażu „Życie codzienne polskich osadników na Ziemiach Odzyskanych". Dolny Sląsk, lata 70. // Fot. Zenon Żyburtowicz / Afa Pixx / PAP
Zdjęcie z reportażu „Życie codzienne polskich osadników na Ziemiach Odzyskanych". Dolny Sląsk, lata 70. // Fot. Zenon Żyburtowicz / Afa Pixx / PAP

Anna Goc, Marek Rabij: Gdy umawialiśmy się na rozmowę o polszczyźnie Ziem Odzyskanych, ostrzegał Pan, że jej cechą charakterystyczną jest brak cech charakterystycznych. Chcielibyśmy jednak podrążyć temat, bo za tym brakiem coś się przecież kryje.

Prof. Jan Miodek: Dzisiaj na zajęciach, które prowadzę, gościłem studentów polonistyki ze Lwowa. Mówiłem im o polszczyźnie na ziemiach, które po 1945 roku znalazły się na terenach państwa polskiego. Głównie z perspektywy Śląska szeroko pojętego – tego, który w 1945 roku znalazł się w całości w Polsce: od Cieszyna do Zgorzelca.

MR: Nie mogę nie zapytać o ich reakcje. Rodzina mojej mamy przyjechała na Ziemie Odzyskane, do Głogowa, właśnie z okolic Lwowa.

Z pewnym zaskoczeniem przyjęli, że polszczyzna była na Śląsku przed 1945 rokiem. W stanie krystalicznym trwała i na Śląsku Cieszyńskim, i na całym Śląsku Górnym, a mówiąc o Śląsku Górnym, mam na myśli też Opolszczyznę, bo to jest historycznie Górny Śląsk.

Przywołam Ślązaków z Płużnicy koło Strzelec Opolskich, którzy w XIX wieku wyemigrowali za chlebem do Teksasu. Ich potomkowie przyjechali kilkanaście lat temu na finał konkursu gwarowego do Zabrza. Jedna z teksańskich Ślązaczek weszła na scenę i powiedziała tak: „Słuchejcie ludzie, nom arcybiskup Nossol przysłoł księdza Kurzaja, on jest tam naszym księdzym teroz. I on nom powiedzioł, że my som Poloki Ślązoki. Ale my przez cołki czas o sobie w Ameryce godali – tak nasi ojcowie, pradziadowie, że my som Poloki”.

AG: Widzę, że zrobiła na Panu wrażenie.

Po pięciu wiekach formalnego nienależenia do Polski wyemigrowali z polską świadomością językową i narodową!

Zresztą Opolszczyzna najlepiej wypadła w plebiscycie po I wojnie. Za Polską opowiedzieli się głównie mieszkańcy wsi, za Niemcami – miast. Wielka polityka zadecydowała, że Polsce przypadła ostatecznie część przemysłowa. Wielu z tych, którzy byli najbardziej za Polską, zostało w Niemczech. Myślę zwłaszcza o powstańczych wsiach Opolszczyzny. Na pańskim, głogowskim, i moim, wrocławskim, Śląsku procesy germanizacyjne zaszły o wiele dalej. Co nie znaczy, że we Wrocławiu nie było przed II wojną kilku tysięcy Polaków. Nie znaczy to też, że w powiatach dolnośląskich graniczących z Wielkopolską, jak Syców, Milicz czy Oleśnica, nie było nikogo, kto by od urodzenia nie mówił po polsku.

MR: Na cmentarzu na przedmieściach Głogowa, na którym spoczywa mój ojciec i jego rodzice, zachowały się groby osób pochowanych jeszcze w latach 30. XX wieku. Nie rozebrano ich po wojnie, jak to się często zdarzało mogiłom niemieckim, bo widnieją na nich polskie imiona i nazwiska.

Nasz wrocławski językoznawca prof. Stanisław Bąk tuż po II wojnie wędrował po śląskich powiatach blisko Wielkopolski położonych i znajdował tam, jak mówił, ostatnich Mohikanów gwary śląskiej, czyli polskiej. Ale w przeciwieństwie do Śląska Górnego, czyli dzisiejszego województwa śląskiego i opolskiego, gdzie przed wojną polszczyzna była powszechnie spotykana i używana, Dolny Śląsk był prawie całkowicie zgermanizowany.

AG: Osiemdziesiąt lat temu trafiła tam pierwsza fala ludności ze wschodu Polski, która zajęła domy opuszczone przez Niemców. Łącznie sześć i pół miliona osób.

Utarło się, że głównie byli to przybysze ze Lwowa, ale najwięcej osób przyjechało na Dolny Śląsk z Polski centralnej. Na drugim miejscu była Wielkopolska, a na trzecim dopiero Kresy. Ściślej – te „lwowskie”. Emigracja z Wileńszczyzny szła w kierunku Białegostoku, Gdańska i Torunia.

AG: W filmach o początkach osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych – jak „Nikt nie woła” Kazimierza Kutza z 1960 czy „Rok spokojnego słońca” Krzysztofa Zanussiego z 1984 roku – nie słyszymy jednak prawie wcale gwar. Dlaczego?

Być może dlatego, że świadomość różnic językowych pojawiła się późno.

Osadnicy przywożą cechy regionalne swojej polszczyzny. Z tego tygla szybko wytworzyła się ponadregionalna odmiana języka, zbliżona do języka literackiego. Jeśli sięgnę pamięcią do rozlicznych spotkań, chociażby z młodzieżą szkolną w okolicznych miastach, prawie zawsze pada pytanie z sali: „czy to prawda, że na Dolnym Śląsku mówimy najlepszą polszczyzną?”. Niezmiennie odpowiadam, że definiowanie najlepszości w języku nie jest łatwe. Ale jeśli mierzyć ją stopniem przylegania miejscowego języka do norm tak zwanego języka literackiego, które obowiązują w urzędach, szkole czy w mediach, to polszczyznę Ziem Odzyskanych można rzeczywiście nazwać najbliższą ideału.

MR: Widzę, że podobnie jak ja nie ma Pan problemu z posługiwaniem się tym terminem.

Ależ oczywiście. Wiemy, że Ziemie Odzyskane to termin ukuty na potrzeby powojennej propagandy, historycznie co najmniej dyskusyjny, ale mocno zakorzeniony w potocznym języku.

MR: Skoro mowa o propagandzie, to muszę zaznaczyć, że jako uczeń dolnośląskiej podstawówki w latach 80. nie miałem pojęcia, że polszczyzna jest tak bogata w regionalne odmiany. Oczywiście, uczono nas o gwarze góralskiej, śląskiej, chyba nawet o Kaszubach, ale te informacje podawano w ideologicznym sosie, który miał nas upewnić, że to wszystko językowe aberracje.

W innych regionach Polski robiono wtedy to samo. Pamiętam ostre interwencje niektórych nauczycieli, gdy uczeń mówił gwarą.

MR: Gwary były skutecznie tłamszone i wyciszane. Jednak w innych regionach Polski przetrwały. Dlaczego?

Dążenie do ujednolicenia języka na Ziemiach Odzyskanych mogło wynikać z podświadomej potrzeby integracji. Na Śląsku Górnym gwara przetrwała, bo język śląski jest językiem familijnym, nie służył integracji.

Nie słyszałem jednak, by Lwowiacy skarżyli się, że na Dolnym Śląsku tępiono taką czy inną cechę regionalną ich języka. Z tym gorzej mogłoby być właśnie na Górnym Śląsku, gdzie gwara gospodarza była wyrazista.

MR: Czy to nie groteskowe, że region, który nie wykształcił własnej tożsamości językowej, z góry patrzył na te części kraju, które taką tradycję zachowały?

Cóż mogę powiedzieć? Wiele można było wówczas edukacyjnie wygrać, ale nie zrobiono tego z pobudek politycznych. Nie przesadzałbym jednak z tym brakiem poszanowania dla tradycji językowych na Ziemiach Odzyskanych. Widać je choćby w procesie nadawania polskich nazw poniemieckim miejscowościom.

AG: Przez pięć lat działania Komisji Ustalania Nazw Miejscowości udało się ustalić 32 tysiące nowych nazw.

Profesor Stanisław Rospond, członek komisji, chętnie opowiadał mi o kulisach prac. Często ścierały się dwie koncepcje nazewnicze, np. czy to ma być Legnica, czy Lignica, Kudowa czy Chudoba, a może Chudobowice. Jeśli państwo chcą, to opowiem, jak polszczyzna wracała na Ziemiach Odzyskanych na drogowskazy.

MR: Grzechem by było nie skorzystać.

Zacznijmy od tego, że choć dopiero w 1945 roku Wrocław, Opole czy Gliwice znalazły się w Polsce, to nazwy tych miast w takich brzmieniach zawsze funkcjonowały w języku polskim.

Moi rodzice, którzy przyszli na świat w czasie I wojny światowej, wspominali nie raz, że przed 1939 rokiem nikt w Polsce nie mówił o Breslau, Oppeln czy Gleiwitz. Niemcy także nie dokonywali zakłamań germanizacyjnych. Nie negowali słowiańskości nazw tych miast, substytuowali je tylko pod system morfologiczny swojego języka. Każdy przeciętnie wykształcony Niemiec wie także, że słowiańskie z pochodzenia są takie nazwy miejscowe jak Berlin, czyli pierwotny Bralin, Lipsk, Drezno, Rostock czy Poczdam.

AG: Sytuacja robi się z naszego punktu widzenia ciekawsza w momencie, kiedy zaczynamy mówić o małych miejscowościach. Zwłaszcza takich, które nigdy nie miały słowiańskich nazw.

Nie tylko małych. Na przykład z Legnicą był już pewien kłopot, bo niemiecki substytut Liegnitz sugerował polskie brzmienie Lignica. Ostatecznie komisja przeforsowała jednak Legnicę z rdzeniem „leg-”, wskazującym topograficzny charakter tej nazwy, oznaczającej „rozległe, równinne pole”.

Gdy komisja nazewnicza miała do czynienia z historycznymi zapisami polskimi i niemieckimi, wybierała – oczywiście – polski: Środę Śląską, a nie Neumarkt, który można by było skalkować i stworzyć Nowy Targ. Duszniki, a nie Reinerz, Wałbrzych, a nie Waldenburg.

Blisko naszych stron – teraz mówię do pani i do siebie, jako ludzi, którzy się wychowywali na Górnym Śląsku – leży Kluczbork. Jestem od pani dwa razy starszy i doskonale pamiętam, jak po wojnie jeszcze wiele osób mówiło Kluczborek.

AG: Nie słyszałam tej wariacji nazwy.

Kluczborek brzmiał bardziej swojsko, jak Oblęgorek. Atoli komisja na zasadzie konsekwencji morfologicznej postawiła na Kluczbork. Dlaczego? Bo nikt nie negował niemieckiego pochodzenia tej nazwy. A skoro polskim substytutem niemieckiej z pochodzenia nazwy Marienburg jest Malbork, a nie Malborek, to polskim odpowiednikiem nazwy Kreuzburg, czyli twierdzy krzyżowców, powinien być Kluczbork, a nie Kluczborek.

Byłem kiedyś w urokliwym miasteczku Mirsk koło Lwówka Śląskiego. Po spotkaniu z mieszkańcami jeden z najstarszych nauczycieli, który mieszkał tam już w 1945 roku, zapytał: „Czy pan profesor wie, że my nie od razu byliśmy Mirskiem? Myśmy się nazywali najpierw Spokojna Góra”. Można sobie wyobrazić, co tam się wydarzyło. Przyjezdni zobaczyli niemiecką nazwę Friedberg. „Friede” – to pokój, „berg” – góra, więc nazwali swoje miejsce „Spokojną Górą”.

AG: Co na to Komisja Ustalania Nazw Miejscowości?

Od razu muszę powiedzieć w imieniu nieżyjących już członków komisji, że oni nie lubili tego typu kalk językowych, więc i „Spokojna Góra” musiała nie dawać im spokoju. Sięgnęli dlatego po staropolski „mir”, czyli pokój, swojski przyrostek „-sk” i tak powstał dzisiejszy Mirsk.

MR: Proszę sobie wyobrazić małą wieś przytuloną do Głogowa, która w 1945 roku nazywa się Weisenau. Kilka lat później zostaje przemianowana na Słone. Mieszkańcy mówią jednak na nią Słona: „jadę do Słonej”, „byłem w Słonej”. Słone brzmi wręcz jak dziwadło. Co to Panu mówi?

Tu sprawa jest prosta. Jeśli chodzi o brzmienia przymiotnikowe, mamy swobodę wyboru paradygmatu deklinacyjnego. Proszę zobaczyć, że z jednej strony będzie Warszawa, Częstochowa i postacie fleksyjne Warszawy, Częstochowy, a z drugiej strony Kolbuszowa i Limanowa i formy Kolbuszowej, Limanowej.

Co zrobić ze Słoną? Należy uszanować uzus, czyli zwyczaj miejscowej ludności.

MR: Wyobraźmy sobie małą miejscowość, w której po wojnie zostało kilka niemieckich rodzin i przyjeżdżają przesiedleńcy: ze Lwowa, z Wielkopolski i z Polski centralnej.

Gdy 62 lata temu przyjechałem na studia do Wrocławia, słyszałem jeszcze, zwłaszcza w podwrocławskich miejscowościach, pewne cechy regionalne. Najstarsi mieszkańcy Kresów, i to być może także pan słyszał w swoim domu rodzinnym, zachowali na przykład dźwięczne „h” w słowach takich, jak Halina, Helena, błahy, wahadło, hańba. Z języka ludzi młodych – potomków Kresowiaków – nie wychwytuję już cech kresowych. Opowiadam studentom, że mógłbym przez dobę siedzieć na dworcu we Wrocławiu, w Bolesławcu czy w Legnicy i z megafonu nie doczekałbym się żadnej fonetycznej cechy regionalnej. Wystarczyłoby jednak parę minut na dworcu Warszawa Centralna, by usłyszeć zapowiedź pociągu do „Lublyna”, w Gdańsku zapowiedź pociągu z Pruszcza „Gdańskego”, a w Katowicach dowiedziałbym się być może, że pociąg z Krakowa „przijedzie” z dziesięciominutowym „opóśnieniem”, bo nawet inteligentowi śląskiemu trudno się wyzbyć w wymowie tego charakterystycznego „rzi”.

AG: Czy za ginącymi cechami języka osadników mogła stać niepewność, a może i niepokój, związane z byciem zaakceptowanym w nowym miejscu?

Przyjechałem do Wrocławia zaledwie 18 lat po zakończeniu wojny. Ani przez pół sekundy nie czułem się tu obco. Moi rodzice, którzy po 1945 roku zostali w Tarnowskich Górach, na Górnym Śląsku, nie przekazali mi żadnych lęków. Byłem szczęśliwy, że zamieszkałem w cudownym mieście, że mogłem chodzić do kina i teatru, na mecze pierwszoligowe i mistrzostwa Europy w koszykówce. Zachłysnąłem się Wrocławiem.

To były odczucia zupełnie inne niż te, o których opowiadało wielu kolegów wzrastających we Wrocławiu od 1945 roku i zwierzających mi się z lęków swoich rodziców i własnych. Nie zapomnę do końca życia rozmowy z taksówkarzem z Wrocławia, który opowiadał mi, że gdy przyjechali z rodzicami do tego miasta w 1945 roku, mogli zająć willę na Oporowie, na Biskupinie czy na Karłowicach, ale ojciec wybrał mieszkanie w Śródmieściu – pokój z kuchnią i ubikacją na półpiętrze. „Zajęcie willi mogło wywołać gniew Niemców, gdyby tutaj wrócili, zamieszkanie w skromnym lokum było mniej groźne” – rozumował ojciec mego rozmówcy.

AG: Dla wielu – jak opowiadała w jednym z wywiadów Karolina Kuszyk, autorka książki reporterskiej „Poniemieckie”, która urodziła się w Legnicy w 1977 roku – świadomość o poprzednich właścicielach domu, Niemcach, była przez lata nieodkryta. Dopiero odnalezienie przedmiotów – misy na chleb z niemieckimi napisami – stawało się pretekstem do zadawania pytań o poprzednich właścicieli. Czy jako siedemnastolatek miał Pan świadomość, że jedzie Pan do Wrocławia, czyli miasta, które przez kilkaset lat należało do Niemiec, a żywioł polski stanowił tam mniejszość?

Miałem, ale być może właśnie dlatego, że nie przyjechałem zaraz po wojnie, nie przeżywałem, jak już powiedziałem, żadnego strachu.

Prof. Jan Miodek // Fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl

PROF. JAN MIODEK jest językoznawcą, wykładowcą Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie przez wiele lat kierował Instytutem Filologii Polskiej. Członek Rady Języka Polskiego przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nigdy nie czułem się tu obco