Reklama

Miasto wielu imion

Miasto wielu imion

22.06.2020
Czyta się kilka minut
Norman Davies, historyk: Archipelag wysp na Odrze był zawsze skomplikowaną mieszanką różnych kultur. Dlatego zależało mi, aby pokazać, że nikt nie ma monopolu na prawdę.
Fot. GRAŻYNA MAKARA
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Pamięta Pan swoją pierwszą wizytę we Wrocławiu?

NORMAN DAVIES: Oczywiście, choć było to już ponad pół wieku temu. W latach 60. często bywałem w Polsce – jeździłem wtedy przez NRD, więc Wrocław był naturalnym przystankiem na mojej drodze. Przy okazji odwiedzałem zawsze Adolfa Juzwenkę, mojego dobrego przyjaciela, obecnie dyrektora Biblioteki Ossolineum.

Jak Pan wspomina miasto z tamtego okresu?

Panowała raczej ponura atmosfera – było szaro, wiele budynków wciąż czekało na odbudowę po wojennych zniszczeniach, więc co chwila natykało się na ruiny albo ogromne wyrwy w linii zabudowań. Nie było też restauracji ani kawiarni, co najwyżej bary mleczne, do których ustawiały się długie kolejki.

A jasne strony?

Och, rzeczywiście, narzekam, ale przecież wcale nie było tak źle. Poznałem wtedy wielu wspaniałych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś. Pamiętam też, że na ulicy wszędzie słyszałem przepiękny, śpiewny akcent kresowy. Było to dla mnie fascynujące, ale jednocześnie nieco egzotyczne, bo Lwów i inne wschodnie tereny II RP pozostawały dla mnie kompletnie niedostępne – o wizie do Związku Radzieckiego historyk z Zachodu mógł tylko pomarzyć. Szczególnie po tym, jak wydałem książkę o wojnie 1920 r., która z pewnością nie spodobała się Sowietom. Niemniej pisałem wtedy wiele o Wilnie i Lwowie – miastach, które znałem tylko z książek i dokumentów.


Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia: Tutaj się nikogo nie pyta, skąd przybył ani jak długo już tu mieszka, bo w pewnym sensie wszyscy „skądś” przyjechaliśmy.


 

A tak na marginesie – wszystko po doświadczeniu NRD jawiło się w jasnych barwach. Wschodnioniemieckie służby bezpieczeństwa były wtedy nieporównywalne z niczym – potwornie brutalne i zawzięte w gnębieniu ludzi, szczególnie podejrzanych obcokrajowców. Tylko dzięki żelaznemu uporowi, no i łapówkom, udawało się przejechać przez ten kraj. Wrocław jawił się jak powiew wolności.

Dziś jest Pan honorowym obywatelem miasta – różnica jest chyba ogromna.

Inne światy. Mogłem też dużo lepiej poznać Wrocław – i to od najróżniejszych stron. Żałuję, że jeszcze nie miałem okazji spotkać się z nowym prezydentem, ale bardzo ciepło wspominam kontakty z poprzednimi władzami. Honorowy czy nie – czuję się obywatelem tego miasta. Wrocław to mój dom.

W 2002 r. wraz z Rogerem ­Moorhouse’em wydał Pan książkę „Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego”. Jak to się stało, że został Pan biografem tego miejsca?

To było jeszcze za prezydentury Bogdana Zdrojewskiego. Byłem wtedy profesorem na uniwersytecie w Londynie, gdzie szefowałem katedrze historii Polski. Jednak przez 10 lat pracowałem nad bardzo grubą książką o historii Europy i nie miałem czasu na pisanie o Polsce. Rektor uczelni zaczął delikatnie mi to wypominać, namawiając mnie coraz usilniej do napisania czegoś większego o dziejach Polski. Byłem akurat we Wrocławiu i prezydent Zdrojewski wyznał mi, że marzy o wielkiej panoramie historycznej miasta. Zamówił już nawet taki tom u kilku innych historyków, ale na moje szczęście mieli spore opóźnienia. Tak więc z wielką radością zgodziłem się taką książkę napisać. Szybko jednak odkryłem, że zadanie może nie być takie proste, jak sobie to początkowo wyobrażałem.

Historia miasta jest trudniejsza do napisania niż historia państwa czy narodu?

Mechanizmy i narzędzia pozostają te same – dla mnie historia zawsze jest ciągłą zmianą. Nic nigdy nie stoi w miejscu, a wieczne trwanie nie istnieje. Co więcej, zmiana ma podwójny charakter, bo ewoluuje również nasza optyka patrzenia na przeszłość. Na przykład w PRL-u obowiązywała narracja, że tzw. ziemie odzyskane są odwiecznym polskim dziedzictwem, tyle że przez wieki okupowanym przez germańskiego najeźdźcę, co jest oczywistym nonsensem. Ale w opisywaniu przeszłości trzeba również uwzględniać zmieniające się języki i punkty widzenia.

W przypadku Wrocławia ta mozaika różnych opowieści jest szczególnie skomplikowana. Dobrze to widać choćby w ciągle zmieniających się nazwach miasta.

Dlatego miałem poważny problem z tytułem mojej książki. Nie mogłem użyć żadnej z historycznych nazw, bo zawężałoby to perspektywę tylko do jednego z wielu okresów trwania tego miasta. Pierwsza nazwa, która pojawia się w źródłach, to łacińska Wratislavia – najprawdopodobniej na cześć władcy praskiego Wratysława I (panował do ok. 921 r.). Tak więc początki nie są polskie, ale też nie czeskie czy germańskie – od zarania ten archipelag na Odrze był skomplikowaną mieszanką różnych kultur. W sumie odnotowano aż 50 różnych określeń wyspowego grodu.

Każdy kolejny okres zmieniał jednak oblicze miasta.

Po średniowiecznym epizodzie czesko-piastowskim zaczęła się epoka germańska, ale rażącym uproszczeniem byłoby traktowanie jej jako jednolitej. Habsbursko-austriackie Presslau (1526-1740) różni się znacząco od pruskiego Breslau. W połowie XVIII wieku z miasta katolickiego stało się niemalże całkowicie protestanckie. Z kolei po wojnach napoleońskich, które wzbudziły silnie antyfrancuską reakcję na Śląsku, okazało się kolebką niemieckiego nacjonalizmu. W latach 1871–1945 Breslau stało się drugim po Berlinie miastem Prus. Mocno rozwinął się przemysł, a także uniwersytecki charakter miasta, do którego przybyło wielu zgermanizowanych Żydów. Miasto rozkwitło wtedy wspaniale.

Aż do nastania hitleryzmu.

Breslau było jednym z niemieckich miast, które nie głosowały na nazistów, lecz i tak zostało poddane totalitarnej dyktaturze faszystowskiej. Do 1939 r. element polski prawie całkiem tu zanikł, a Żydów skazano na zagładę. II wojnę światową miasto przetrwało niemalże bez szwanku – aż do stycznia 1945 r., gdy Hitler uczynił z niego Festung Breslau, twierdzę skazaną na zagładę. Jej poświęcenie miało kupić więcej czasu obrońcom Berlina, co częściowo się udało. 6 maja 1945 r. Armia Czerwona zajęła stos pozbawionych życia ruin.

Nic dziwnego, że polsko-niemieckie napięcie utrzymywało się przez dekady. Jak jest teraz?

Mam wrażenie, że udało się przełamać ten dualistyczny sposób myślenia: albo niemieckie Breslau, albo polski Wrocław – przede wszystkim wśród byłych i obecnych mieszkańców miasta. Historia nigdy nie jest czarno-biała, musimy myśleć także w innych tonacjach.

Wiele elementów „biografii ­Wrocławia” przypomina historie innych miast Europy Środkowej.

Stąd też podtytuł książki – „Portret miasta środkowoeuropejskiego”, gdyż właśnie tu historia całego regionu szczególnie się zagęszcza, pisząc swoje najjaśniejsze i najczarniejsze karty. Podobnie problem wielokulturowości, tak charakterystyczny dla tej części Europy, w tym mieście zyskał szczególne znaczenie. Pisząc o Wrocławiu, ale też o całym Śląsku, z możliwie wielu perspektyw, zależało mi, aby pokazać, że nikt nie ma monopolu na prawdę – że takie miejsca jak Wrocław nigdy nie mogą stać się czyjeś na wyłączność.

Europa Środkowa to od zawsze problematyczne pojęcie. Czy jest dziś jeszcze sens go używać – szczególnie w kontekście politycznym?

Historia tego regionu charakteryzuje się dużą dynamiką. A politycznie sytuacja była zawsze trudna, bo pojawiały się silne wpływy ze wszystkich stron. Niemiecka Mitteleuropa oznaczała przyzwolenie dla germańskiej kolonizacji. Potem, gdy świat podzielił się żelazną kurtyną, przestrzeni dla działań politycznych było jeszcze mniej. Upadek Związku Radzieckiego otworzył nowy rozdział, pojawiły się nowe relacje i sojusze, choć raczej na poziomie nieformalnym. Ale na przykład w brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych Polska jeszcze 40 lat temu należała do kategorii „Europa Wschodnia”, a teraz znajduje się już w „Europie Środkowej”. Tego typu pojęcia nigdy nie mają na zawsze ustalonego znaczenia.

Często nazywał Pan Wrocław symbolem wielokulturowości. W ostatnich latach nad tym pojęciem zebrały się ciemne chmury. Czy obserwujemy zmierzch epoki pokojowego współistnienia kultur?

Obawiam się, że to możliwe. Stężenie różnych, bardzo niebezpiecznych odmian populizmu jest coraz większe, szczególnie w krajach wyznaczających ramy dla liberalnej demokracji. W Polsce sytuacja jest specyficzna, bo za sprawą powojennej polityki Stalina PRL stał się krajem monoetnicznym, co jest niezwykle rzadkie na świecie, zwłaszcza w przypadku tak dużych państw. To bardzo dziwna sytuacja, w pewnym sensie wręcz nienormalna.

Rozmawiamy z okazji 75-lecia przyłączenia Wrocławia wraz z Dolnym Śląskiem do Polski. Myśli Pan, że dziś byłoby możliwe takie arbitralne przesuwanie granic?

Dziś, chyba, byłoby to nie do pomyślenia – przynajmniej w tej Europie, w której teraz żyjemy. Ale kto wie? Przyszłość zawsze jest niepewna. Niemniej w innych częściach świata takie przesunięcia są jak najbardziej prawdopodobne. Na przykład wewnątrz tego gigantycznego uniwersum, jakim są Chiny, inżynieria geopolityczna i społeczna ma miejsce od dawna – w wielu olbrzymich regionach dochodzi do masowych przesiedleń, zmieniających radykalnie charakter danej prowincji. Zawsze gdy władza – nieważne: hitlerowska, stalinowska czy inna – zaczyna traktować ludzi jak towar, w dodatku bardzo tani, takie rzeczy są możliwe. Wtedy zarówno życie pojedynczego człowieka, jak i całych milionów znaczy tyle samo, czyli nic.

Trwa pandemia. Jak wygląda sytuacja w Wielkiej Brytanii?

Nie mam pojęcia, bo z racji wieku nie wolno mi wychodzić z domu. Czasem tylko w środku nocy przespaceruję się po pustej ulicy, przy której mieszkam. A poza tym oglądam wiadomości i czytam prasę w internecie – wiem tyle samo, co i pan.

Pojawiają się najróżniejsze spekulacje – niektórzy twierdzą, że ten kryzys może być pozytywnym impulsem dla świata.

Trudno cokolwiek przewidywać, choć z pewnością świat po pandemii będzie wyglądał inaczej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Już teraz straty, przede wszystkim w ludziach, są ogromne i przerażające. To wpływa na wiele rzeczy – także na mentalność. Wydaje mi się, że z powodu wszechobecnego strachu ludzie stają się bardziej zamknięci i podejrzliwi.

Jest szansa, że świat wróci do normy?

Nigdy nie ma powrotu do tego, co było. Już teraz widać, jak bardzo rosną w siłę Chiny. Cały Zachód – w tym Wielka Brytania – prawie zrezygnował z produkcji i przemysłu, więc jak tylko zaczyna brakować maseczek albo respiratorów, chińska pomoc okazuje się niezbędna. Podobnie w przypadku większości rzeczy codziennego użytku. W obliczu coraz gorszej sytuacji w USA – a niezbyt mądra ekipa rządząca tylko ten kryzys pogłębia – konflikt polityczno-ekonomiczny, który trwa już od lat, najprawdopodobniej zakończy się zwycięstwem Chin. ©℗

PROF. NORMAN DAVIES (ur. 1939) zajmuje się dziejami Europy, szczególnie Wysp Brytyjskich i Polski. Pochodzi z Walii. W 2002 r. wydał (z Rogerem Moorhouse’em) „Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego” i otrzymał honorowe obywatelstwo Wrocławia. Odznaczony Orderem Orła Białego.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]