Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Wielkopolski kontynent

Polak z Warszawy, Lwowa, Wilna czy Krakowa, który sto lat temu przyjeżdżał do Poznania, lądował w „zgoła obcym pod każdym względem kraju”.

Reklama

Wielkopolski kontynent

Wielkopolski kontynent

15.10.2018
Czyta się kilka minut
Polak z Warszawy, Lwowa, Wilna czy Krakowa, który sto lat temu przyjeżdżał do Poznania, lądował w „zgoła obcym pod każdym względem kraju”.
Targ w Poznaniu, rok 1910. HAECKEL ARCHIV / BEW
S

Stolica Wielkopolski – jak wspominali ówcześni – robiła wrażenie „czysto niemieckie”, ulice przypominały „jedną Berlinerstrasse”, ludzie mówili „gwarą nieprzyjemną, gardlaną”, stali na „najniższym szczeblu towarzyskim” (jakże daleko było im „do lekkomyślnej wspaniałości Warszawy”). Nie przesiadywali godzinami po kawiarniach, nie cenili „baśni ani anegdoty”, nie pysznili się portretami przodków, karabele i pasy słuckie trzymali na strychach, do sarmatyzmu odnosili się sceptycznie, a o romantyzmie potrafili powiedzieć, że na romantyzm to ich zwyczajnie nie stać. Na co dzień powściągliwi, byli we wzajemnych stosunkach „równościowi”, „solidarni” i „demokratyczni”. Demokratycznie też, bez nadmiernego podkreślania różnic, się ubierali.

Opowiadano, że po I wojnie światowej w toalecie hotelu Bazar jakaś elegantka z Warszawy zignorowała skromnie ubraną starszą panią, biorąc ją niemal za służącą. Po chwili obie spotkały się na parterze hotelu w wytwornej restauracji odwiedzanej przez wielkopolskie ziemiaństwo. „Jestem Czartoryska z Rokosowa” – usłyszała warszawianka.

Miesiącami śmiał się z tego cały Poznań.

Czterech synów w gimnazjum

„A jednak – pisał Ksawery Pruszyński, reporter urodzony na Wołyniu – Poznańskie jest oazą dobrobytu”, dla ludzi ze wschodu „dziwnym krajem nie zamalowanym humbugiem”. Innych przybyszów dziwiły pola „buraczane omotykowane, bez jednego chwastu, uprawne jak ogrodowe grzędy”, oświetlenie elektryczne po dworach zamiast nastrojowych świec. I to, że do pociągu „wsiada się tu jak do tramwaju, a karetą po szosie jedzie się jak po gładkiej ulicy”.

Gościa ze Lwowa zdumiały kupcowe i handlarki drobiu, „towarów krótkich etc.”, wystrojone i regularnie w siódmy dzień tygodnia chadzające do opery. A także – widywane po zamożniejszych domach – schludne, uczciwe i oszczędne „Pelasie” (czyli służące). „Z oddali – pisała Janina z Puttkamerów Żółtowska, arystokratka z drugiego krańca Polski – zapominam o brzydocie Księstwa [Poznańskiego], a cenię jego wartości, bezpieczeństwo moralne i prawie europejską praworządność”.

O wygodach wyższej cywilizacji już nie wspominając.

Z towarzyskiej więc strony Wielkopolanie wydawali się nieciekawi i nudni (ludzie są tu „kubek w kubek podobni” – pisał jeden z Sapiehów). Jeśli zaś chodzi o pracowitość, zaradność, sumienność, oświatę czy higienę – byli trochę z innego świata.

„W Księstwie – zanotował z uznaniem hrabia Bogdan Tyszkiewicz, rodem z Ukrainy – tytuł mój inżyniera bardzo imponował, więcej nawet niż skrzypce, bo praca tam górę brała”.

Gdzie indziej wygrywały skrzypce. O pracy rozmawiano rzadziej.

Inny Polak z Kresów nie mógł wyjść z podziwu, że w Wielkopolsce w połowie międzywojnia fornal ma czystą bieliznę, chatę, radioodbiornik, rower. Oraz czterech synów w gimnazjum.

A w niedzielę w operze...

Maria z Paygertów Bobrzyńska – synowa Michała Bobrzyńskiego (profesora UJ, namiestnika austriackiej Galicji i ministra austriackiego) – przekonywała, że o decyzji kupna ziemi w Wielkopolsce i wyprowadzce z Krakowa w 1919 r. zadecydowała ostatecznie sunąca po polach... kolejka rolna wioząca buraki, którą jej mąż zobaczył w majątku Garby koło Środy. I nie pomogło tłumaczenie szwagra, że ziemia tam licha i lepiej rozejrzeć się za czymś innym. W nowym miejscu zamieszkania miał Bobrzyński bogatą bibliotekę. Książka rachunkowa była podobno jedyną, do której nie zaglądał.

O Michaliku – słynnym cukierniku, właścicielu najsłynniejszej kawiarni w Krakowie, który także przeniósł się do Poznania – mówiono, że miasto neurotyczne i rozgadane zamienił na spokojniejsze, lepiej urządzone i milczące.

Cesarzowa Augusta Wiktoria odwiedza Poznań, prawdopodobnie rok 1913. / HAECKEL ARCHIV / BEW
Cesarzowa Augusta Wiktoria odwiedza Poznań, prawdopodobnie rok 1913. / HAECKEL ARCHIV / BEW

Gdy w 1919 r. w Poznaniu organizowano uniwersytet, jednym z największych atutów, zachęcających do osiedlenia się tutaj profesury z Warszawy, Lwowa czy Krakowa, były mieszkania z łazienkami, których Poznań miał podobno pięć razy więcej niż Lwów. W ­Poznaniu też podobno „łatwiej było wychowywać dzieci”.

Jerzy Waldorff – w czasach PRL-u najsłynniejszy chyba krytyk muzyczny, który w międzywojennym Poznaniu robił maturę – napisał, że nic tak przybyszów z innych części kraju wówczas nie dziwiło, jak to łagodne przejście od administracji pruskiej „do stosowania między sobą tych samych reguł gry o życie opartych na pewności bytu wobec prawa”.

W sklepach – czytamy dalej u Waldorffa – każdy nadal był „Szanownym Panem”, niezależnie czy był bogatym mieszczaninem z poznańskiej dzielnicy Łazarz, czy też drobnym rzemieślnikiem ze Śródki. A w niedzielę wszyscy spotykali się w operze, gdzie „znów byli równi sobie i wymieniali z obu stron grzeczności”.

Wiele lat temu usłyszałem od pewnej pani z Krakowa, że w Poznaniu lubi chodzić do opery, bo niezależnie od tego, co tam grają, jest wśród ludzi wykąpanych i starannie ubranych, a nie takich „alternatywnych”, jakich w Krakowie wielu.

Między patriotyzmem i lojalizmem

Znaczyli oni w Wielkopolsce może nawet więcej niż Potoccy w Galicji. Raczyńscy pozostawili po sobie: bibliotekę, jeden z najpiękniejszych gmachów Poznania, złotą kaplicę w katedrze, kolekcję obrazów, pomnik Higiei oraz wodociągi miejskie.

Edward, starszy z dwójki braci, znany był z tego, że paradował w wytartym surducie i spał na pryczy. Atanazego (tego od obrazów) zaliczano do grona „przyjaciół klas pracujących”. Dewizą rodu było „Vitam impendere vero” (życie poświęcone dla prawdy). Obydwaj zaczytywali się w „Don Kichocie” i obydwaj zmagali się z polskością. Po powstaniu listopadowym do herbu rodowego Nałęcz dodano – na prośbę młodszego z nich – dwa czarne pruskie orły. Wcześniej do pruskiego munduru Atanazy przypinał złoty krzyż Virtuti Militari, otrzymany w czasach Księstwa Warszawskiego. Albowiem walka toczona w czasach Księstwa u boku Napoleona przeciwko trzem zaborcom miała, jego zdaniem, sens. Natomiast powstanie listopadowe, skazane na porażkę, jego zdaniem sensu nie miało.

Kazimierz Raczyński był dziadkiem, a przede wszystkim autorytetem i wychowawcą obu braci. Dla rodaków zaś „zakałą imienia polskiego”, jurgieltnikiem, targowiczaninem i zdrajcą, „zaraz po marszałku sejmu rozbiorowego Ponińskim”. Nie było księdza, „któryby się chciał podjąć mowy na jego pogrzebie”. Wnukowie, Edward i Atanazy, brali dziadka w obronę. Polaków – tłumaczyli – cechuje egzaltacja, chimera, samowola i skłonność do destrukcji. Krytykowali politykę abstrahującą od politycznych realiów i rachunków, od Rosji, Austrii i Prus i wynikających stąd ograniczeń. Przekonywali, że demagogom udało się narzucić Polakom narzędzie służące do zamazywania wszelkiego sensu, proporcji i realności – narzędzie tłumiące jednocześnie rozsądek, trzeźwość i wyrzuty sumienia. W efekcie mamy patriotyzm ufundowany na emocjach.

Tymczasem – pisał Atanazy – wrodzone dążenie do porządku i sumienności kazało mi sprzeciwić się takiej polityce i wybrać lojalizm, co na końcu oznaczało „przywiązanie do dworu pruskiego”. O polskości młodszy z Raczyńskich mówił jako o wyzwaniu. O pracy dla społeczeństwa – jako o służbie.

Osobny kontynent

Nie ulega wątpliwości, że Raczyńscy stworzyli pewien model roli i funkcji ziemiaństwa nad Wartą. W różnym stopniu stali się punktem odniesienia dla Mielżyńskich, Szołdrskich, Taczanowskich, Morawskich, Mycielskich, Kwileckich, Żółtowskich i wielu innych rodzin. W większości oszczędnych, racjonalnych, przedsiębiorczych, rządnych i „rachunkowych”. Potrafiących narzucić sobie dyscyplinę i zaangażowanych społecznie.

W hotelu Bazar nie wypadało wynosić się nad innych i szastać pieniędzmi. W cenie był umiar i samokontrola. Żeby więc trochę sobie pofolgować, wyszumieć się i puścić większą gotówkę kilka razy do roku, a w karnawale niemal obowiązkowo, wybierano się do Krakowa... Zauważmy: Bazar, ten bastion życia polskiego w rozmaitych jego przejawach, był spółką akcyjną. To całkiem coś innego niż krakowski pałac Pod Baranami, własność Potockich.

Hotel Bazar w Poznaniu, lata 20. XX wieku. / NAC
Hotel Bazar w Poznaniu, lata 20. XX wieku. / NAC

Bogdan hrabia Hutten-Czapski ze Smogulca był w oczach Polaków z innych zaborów kwintesencją germanofilstwa. Przed I wojną światową zmieniał język z niemieckiego na polski lub odwrotnie, ilekroć przekraczał dawną zachodnią granicę Rzeczypospolitej. Po wojnie zaś niemiecki zarząd swych majątków zmienił na polski, co nad Wartą w obu przypadkach nikogo specjalnie nie dziwiło.

Stanisław Wachowiak – syn robotników rolnych, później członek międzywojennych politycznych i finansowych elit – przyznawał, że choć za młodu ich nie lubił, to wśród ugodowców byli „gorący patrioci”. I dodawał, że w nowej odsłonie powtarza się „wielkopolska tragedia Wielopolskich”, czyli ogólne niezrozumienie rzeczy. Sam cytował rozmaite wypowiedzi Bismarcka, uważał się za Europejczyka, racjonalistę i realistę i twierdził, że przynajmniej pod tym względem rodzima Wielkopolska to niemal osobny kontynent.

Bo jak inni mieliby ją rozumieć: z jednej strony powstanie wielkopolskie, antyniemiecka endecja, antyniemiecki Obóz Wielkiej Polski i Dmowski osiadły po I wojnie światowej w podpoznańskim Chludowie. A z drugiej strony Bogdan hrabia Hutten-Czapski, czołowy germanofil, prezesujący w najlepsze Kawalerom Maltańskim. Albo – Józef Żychliński: cieszący się popularnością najbogatszy Polak II Rzeczypospolitej, ziemianin z Gorazdowa pod Wrześnią, z czasów I wojny światowej i niemieckiej okupacji Kongresówki doradca generała gubernatora warszawskiego Hansa Beselera.

Trudne do pojęcia sprzeczności kwitowano przeważnie wierszykiem: „W Poznańskiem – ach! W tym Poznańskiem. W tym naszym polsko-germańskim”... Co było nieświadomym zazwyczaj nawiązaniem do dygresyjnego „Poematu bez końca” Ryszarda Berwińskiego, poznańskiego romantyka.

Germanofilska endeckość? Nonsens.

Bohaterstwo zbiorowe

Trudno było zrozumieć coś jeszcze. W przeciwieństwie do dwóch pozostałych zaborów, bogatych w panteony herosów, Wielkopolska stała (i stoi?) bohaterstwem zbiorowym. Nieczuła na charyzmatyków.

Pierwszym przywódcą powstania wielkopolskiego został najstarszy rangą oficer, a nie porywająca biografia. Na pierwszym miejscu wśród patronów wielkopolskich ulic i placów są powstańcy wielkopolscy, a nie Dowbor-Muśnicki czy wspomniany Taczak.

Bohaterów indywidualnych Wielkopolska miała (i ma do dziś) dwóch, wygrywających zresztą wszelkie plebiscyty popularności i rozpoznawalności: to Karol Marcinkowski (doktor, syn karczmarza) i Hipolit Cegielski (nauczyciel, który zbudował w Poznaniu słynną fabrykę). Obaj krzewili obywatelskość, oświatę, zaradność, solidarność społeczną i przedsiębiorczość. Przekonywali, że w pojedynkę niewiele się wskóra – rachuj więc, działaj społecznie, „indywiduum przelej w ogólność”, pracuj, nie rozpaczaj, oświecaj się i dorabiaj. O czynie zbrojnym zaś zapomnij, dopóki nie ma szans na zwycięstwo. Nie umieraj. Żyj!

Od lat twierdzę, że trumny Marcinkowskiego i Cegielskiego wciąż rządzą Wielkopolską. Nie wygra z nimi żaden poeta, kompozytor, artysta ani nawet powstaniec wielkopolski, żaden bohater II wojny światowej, żołnierz podziemia wojennego czy powojennego ani opozycjonista z czasów PRL-u.

Z imieniem Marcinkowskiego i Cegielskiego wiąże się najściślej idea pracy organicznej, odmieniana przez wszystkie przypadki, celebrowana i animowana przez rozmaite wyróżnienia, nagrody i tytuły (z tytułem „lidera pracy organicznej” na czele). Kto raz był w Wielkopolsce, ten wie, że dla pracy organicznej żadnej konkurencji tu nie ma.

Między trzema zaborami

Nowoczesne narody ukształtowały się ostatecznie w XIX w., gdy trzy części podzielonej Polski wsiąkały w struktury obcych państw. Obawiano się, że Polaków wkrótce może nie być. Pozytywista Świętochowski pisał o „niepodległości jako urzędzie, który można postradać bez postradania właściwych cech swojej istoty”, stańczyk Stanisław Tarnowski o patriotyzmie jako o „paszporcie, na którego jakość już nikt nie patrzy”. A arcybiskup poznański Florian Stablewski pouczał, że stan prawno-państwowy uznaliśmy bez zastrzeżeń, a „co będzie za jakichś 200- -300 lat, tego nie wiemy”. Karabele, kontusze, a nawet język stawały się „etnograficznym znakiem” i „miejmy odwagę się przyznać – pisał Adam Grzymała-Siedlecki – że na progu XX stulecia niewielu już było takich, którzy by realnie wierzyli, że bez cudu można odzyskać własną państwowość”. Dodajmy: odzyskać zwłaszcza kosztem Niemiec, bo „Niemcy, panie tego, wiadomo, to potęga”.

Jeśli nie liczyć arystokracji, z biegiem czasu w trzech zaborach wiedziano o sobie coraz mniej, a niezbyt ­częste kontakty najeżone były uprzedzeniami.

Gdy w 1879 r. w Bazarze dwóch profesorów jagiellońskiej wszechnicy – Bobrzyński i Tarnowski – wygłosiło wykłady z historii, część publiczności („kwiat obywatelstwa naszego”) poczuła się dotknięta. Za mało mówili o Polsce piastowskiej i „naszych przodkach”, za dużo o Polsce jagiellońskiej, a już całkiem za wiele „o Hektorach i Achillesach z Warszawy”.

Sytuację ­uratował Bobrzyński, tłumacząc, że „mimo stuletni podział Polak Polaka zawsze zrozumie”. Choć największe wrażenie zrobiło inne wypowiedziane wtedy zdanie: że każda z trzech dzielnic ma swój wkład w sprawę wspólną – Królestwo Polskie gromadząc zapasy materialne, Galicja otwierając skarbnicę umiejętności i wiedzy, a Wielkopolska łącząc wszystkie stany „w jedno polityczne ogniwo”.

Za rok Bobrzyński, autor tych słów, poślubi Zofię Cegielską, córkę sławnego Hipolita. Zostanie też członkiem Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, zaś wpływowy Witold Korytowski z Grochowisk pod Gnieznem będzie ojcem chrzestnym ich dziecka.

Z Korytowskim, Ludwikiem Ćwiklińskim (synem gnieźnieńskiego organisty), kilku Morawskimi, Przybyszewskim czy Kasprowiczem wiąże się wielkopolski problem „emigracji zdolności”. I tak, Korytowski w monarchii habsburskiej zostanie prawą ręką Juliana Dunajewskiego – wszechwładnego ministra skarbu i trzykrotnego rektora UJ – jednym z jego następców na ministerialnym fotelu, dyrektorem banku we Lwowie, wreszcie namiestnikiem Galicji (po Bobrzyńskim).

Podobno w Wiedniu i we Lwowie raziła nieraz jego pruska pedanteria i kapralski styl. Ciekawe więc, że gdy Korytowski przyjeżdżał do Grochowisk, uchodził tam za „Austriaka”. Chwalił się orderami, pokazywał zaproszenia na przyjęcia i bale dworskie oraz zasłynął opowieścią, że w Wiedniu w rozmowach z Rothschildami stosuje te same metody, co jego ojciec w pobliskim Rogowie, gdy u Żyda kupuje konia.

O potrzebie stowarzyszeń

Pod pruskim zaborem materiału na anegdotę było mniej. Walczono o język, o ziemię, o szkołę oraz o przetrwanie z przeciwnikiem, który dysponował najsprawniejszym w Europie aparatem administracyjnym. Z przeciwnikiem o wielkim dorobku cywilizacyjnym i kulturalnym.

Toczono więc tu bitwę o banki i cukrownie, o większą i mniejszą wytwórczość, o produkcję rolną, oświatę, towarzystwa samopomocowe i zdolność do działań zespołowych. Zmagano się z pruską Komisją Kolonizacyjną, której okazały gmach w Poznaniu stoi w sąsiedztwie cesarskiego zamku oraz z osławioną „Hakatą” (związkiem dla popierania niemczyzny na niemieckich kresach wschodnich). Skupiano się w kasynach obywatelskich, towarzystwach przemysłowych i rolniczych, w towarzystwach pomocy naukowej, w towarzystwach wydawców polskich, w bankach ludowych, spółkach zarobkowych, towarzystwach czytelni ludowych, kołach śpiewaczych i kółkach rolniczych, które na wsi stały się prawdziwą potęgą.

Jeden z ostatnich wielkich organiczników, ksiądz Piotr Wawrzyniak (zmarły w 1910 r.), działał w dwudziestu kilku organizacjach. Niemcy z uznaniem nazywali go „polskim ministrem finansów”, a Polacy – „królem czynu” („Króla Ducha” oddając krakowianom). Ów genialny człowiek wygłaszał w Wielkopolsce wykłady znacznie odbiegające tematyką od wspomnianych krakowskich wystąpień z Bazaru.

Tych wykładów ks. Wawrzyniaka odnotowano ponad setkę. Oto tytułem próby tytuły kilku z nich: „Rachunkowość”, „Stosunek mistrzów do terminatorów”, „O potrzebie stowarzyszeń rzemieślniczych”, „Fałszowanie artykułów żywnościowych”, „Potrzeba robienia inwentarzy”, „Pszczelarstwo”, „Przeciw lichwie”, „Taryfy kolejowe”, „Stosunki pomiędzy robotnikami, rzemieślnikami a chlebodawcami”.

Sprusaczeni

Ks. Wawrzyniak zauważał, że rozwój materialny Wielkopolski znacznie wyprzedził rozwój duchowy – i zastanawiał się, jak w przyszłości temu zaradzić (prawdziwie organicznikowskie podejście!). Urodzony w chłopskiej chacie, był dwujęzyczny. Widywano go pogrążonego w lekturze niemieckich gazet.

Niemieckie gazety czytało zresztą wielu Wielkopolan. Wiele rodzin arystokratycznych, szlacheckich, mieszczańskich i włościańskich miało też „Niemca” w rodzinie.

Tacy Żychlińscy, należący do „najstarożytniejszych i najpoważniejszych” rodzin w kraju, szczycili się pokrewieństwem zarówno z Piastami, jak też z Hohenzollernami. U Kwileckich senior rodu (pół-Niemiec po matce) sprzeciwiał się małżeństwu jednego z juniorów z niemiecką arystokratką. Niemką była żona brata mojego dziadka, choć on sam uważał się za przysięgłego endeka.

Plac Wilhelma (dziś plac Wolności) i gmach teatru w Poznaniu, rok 1854. / ALAMY STOCK PHOTO / BEW
Plac Wilhelma (dziś plac Wolności) i gmach teatru w Poznaniu, rok 1854. / ALAMY STOCK PHOTO / BEW

Gorzej układały się te stosunki polsko-niemieckie za panowania kanclerza Bismarcka, lepiej po jego ustąpieniu. Gorzej po ustawie wywłaszczeniowej w 1908 r., lepiej na kilka lat przed wybuchem Wielkiej Wojny. Pod koniec XIX w. Ludwikowi Windhorstowi – liderowi partii katolickiej (poprzedniczki bawarskiej CSU) i przeciwnikowi Bismarcka – damy z Wielkopolski wręczały bukiety kwiatów. Przed wojną dało się zauważyć, że coraz częściej odróżniano „hakatystów” od Niemców, często dobrych sąsiadów mieszkających tu od wieków.

Niewiele z tego rozumiano w innych częściach kraju. Aleksander Świętochowski przyznawał wprawdzie Wielkopolsce „najsprawniejszą zdolność ekonomiczną”, ale zaraz dodawał, że „z niej uleciała dusza”, a pozostał tylko „instynkt samozachowawczy niższego rzędu”. Żyje tam, argumentował, kultura materialna i europejska, ale „kona duchowa i polska”. Inni pisali o poznańskiej „ciemnocie”, „martwocie” , „sprusaczeniu” i „barbaryjności”. Co to za kraina – wołano dramatycznie – gdzie „piwowar wyżej stoi od poety”, a różne rzeczy nazywa się po niemiecku?!

Z kolei Wielkopolanie odpowiadali, że Galicja to „dziadostwo”, a Kongresówka to „blaga”. I cieszyli się, gdy w gazecie „Świat Słowiański” mogli przeczytać, że obie te dzielnice są „niestety tak zacofane, że nawet Wielkopolski zrozumieć nie umieją”. Że nie dostrzegają, iż Wielkopolanie zawsze mają pełne ręce roboty, podczas gdy gdzie indziej „pełno... patriotyzmu bez zajęcia”. A także, że Wielkopolan w przeciwieństwie do nich cechuje „erudycja współczesności”. I kto to wszystko napisał? Feliks Koneczny! Historyk z Krakowa.

Galicja patrzy na Wrześnię

Długo wyobcowana, swoje pięć minut miała Wielkopolska na początku XX stulecia za sprawą strajku dzieci szkolnych we Wrześni, strajku przeciwko germanizacji. Pisały o Wrześni wszystkie warszawskie i galicyjskie gazety, że buduje nas, a „zadziwia już i obcych”. Dziennikarzowi krakowskiego „Czasu” przypominała się „stara historia filarecka”, a galicyjski „Przegląd Wszechpolski” stracił wszelką miarę i pisał tak: „Wyłazimy wszędzie z niemczyzną (...) Nawet na pytania polskie odpowiadamy po niemiecku, gdy po akcencie poznamy obcego. O ileż tedy niżej stoimy od dzieci wrześnieńskich. One umieją nie odpowiadać po niemiecku mającemu nad nimi władzę nauczycielowi, a my znosimy, gdy nam konduktor kolei Ferdynanda między Krzeszowicami i Krakowem odpowie pogardliwym tonem, że po polsku nie umie”.

Ciąg dalszy tej historii był nie mniej zaskakujący. Do Wrześni przyjechali dziennikarze krakowscy, żeby na własne oczy zobaczyć i poznać bohaterów. Rozpytywali o nich już na dworcu. I nieodmiennie wysłuchiwali, że to są zwykłe dzieci i tu żadnych bohaterów nie ma.

Wóz Drzymały – jak wiadomo – największe emocje budził nie nad Wartą, lecz na wystawie w krakowskim Barbakanie. Inna sprawa, że zwłaszcza w Kongresówce taki numer z „ruchomą nieruchomością” z pewnością by nie przeszedł.

Z Marią Konopnicką też zresztą było inaczej, niż wielu sobie wyobraża. W 1905 r. napisała „Rotę”. W 1910 r., gdy zbliżały się uroczystości 500-lecia bitwy pod Grunwaldem, Feliks Nowowiejski skomponował do niej muzykę – i od tej pory ta uroczysta pieśń wielu Polaków wzrusza.

Chodzi o to, że Wielkopolan wzruszała chyba najmniej. Nie odnajdywali się w tych słowach i emocjach. Powtarzali, że ich autorka – urodzona w Suwałkach – stosunków panujących w Wielkopolsce nie rozumiała.

W 1916 r., gdy zmarł Henryk Sienkiewicz i organizowano uroczystości żałobne, zastanawiali się, czy pieśń w ogóle umieścić w programie. Kilku znanych Wielkopolan nigdy jej nie polubiło. Chętnie natomiast przyznawano, że poza „Rotą” – i innymi „wielkopolskimi” utworami – Konopnicka była całkiem dobrą poetką.

Pruskie festyny

Prawdopodobnie ani w Galicji, ani w Kongresówce nie zauważono zmiany nastrojów, jaka nastąpiła w Wielkopolsce około 1910 r.

W planie była wtedy Wystawa Wschodnioniemiecka, która miała ukazać siłę niemczyzny na germańskich kresach wschodnich. Rzemiosło polskie było żywo zainteresowane zamówieniami i kontraktami, zwłaszcza że Niemcy sporo robili, żeby Polaków do udziału w niej zachęcić. Zaskoczona endecja wezwała do bojkotu. Wpływowi konserwatyści zachęcali do złagodzenia kursu. Wygrali ci ostatni, a Towarzystwo Akcyjne Poznań H. Cegielski zostało nawet jednym z głównych laureatów tej wystawy. Wśród agitujących za wystawą był niedawny obrońca dzieci wrzesińskich – i przyszły obrońca młodych konspiratorów – mecenas Jarogniew Drwęski. Zapamiętajmy to nazwisko.

Zamek Cesarski w Poznaniu jest dziś ważną instytucją kultury. Przez poznaniaków został oswojony. Właśnie latem 1910 r. szykowano się do jego uroczystego otwarcia. Zapowiedziano przyjazd cesarza Wilhelma, liczne związane z tym zabawy i festyny, asygnując na ten cel z budżetu miasta okrągłą sumę 30 tys. marek.

Powtórzyła się historia z wystawą. Endecja wzywała do bojkotu. Większość ziemian wezwań nie usłuchała. Niemała część kupców iluminowała okna swoich domów, mimo nawoływań prasy endeckiej, że od „pruskich festynów” powinniśmy się trzymać z dala.

Przed I wojną światową Poznań piękniał w oczach, a mieszkańcy korzystali z uroków życia. Mówiono, że publiczność – niezależnie od narodowości – więcej niż kryzysem na Bałkanach interesowała się procesem hrabiego Mielżyńskiego, który pod własnym dachem zastrzelił żonę wraz z kochankiem. Mielżyńskiego przed sądem bronił mecenas Drwęski, zapadł wyrok uniewinniający, a hrabiego do Berlina dla odbycia twardej „ekspiacyjnej” służby powołał sam cesarz Wilhelm.

Na frontach i w instytucjach

W 1914 r. na Wielką Wojnę wyruszyło wielu Wielkopolan, w mundurach armii kajzera. Był wśród nich mój dziadek, uczestnik „wielkich bitew w Szampanii”, a także rozmaici jego bliżsi i dalsi znajomi. Większość z nich po czterech latach prosto z frontu poszła do powstania wielkopolskiego, a następnie wzięła udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.

Brał w niej udział także Maciej Mielżyński. To od jego imienia słynną później czapkę nazwą „maciejówką”.

Podczas wojny 1920 r. mój dziadek zrozumiał, co to jest „metafizyka”. Powstanie wielkopolskie traktował zadaniowo. Do śmierci śpiewał piosenki z wojny, a nie z powstania.

Jesienią roku 1918 wyzwolił się Kraków, potem Warszawa. Od 1 listopada walczyli Polacy ze Lwowa. Tymczasem 11 listopada w poznańskim ratuszu wisiały jeszcze cesarskie portrety, a miasto nosiło nazwę Stadt Posen. „Rząd dusz” w Wielkopolsce nadal sprawowali organicznicy. Radykalnie nastawieni młodzi ludzie nazywali ich czasem „wtajemniczonymi”. Ci zaś, krok po kroku, systematycznie przejmowali z rąk niemieckich rozmaite instytucje. A poza tym stale prowadzili jakieś narady, konsultacje i przeważnie trudno się było zorientować, kiedy i gdzie zapadają najważniejsze decyzje.

11 listopada ustąpił niemiecki nadburmistrz Stadt Posen. Jego następcą został znany nam już Jarogniew Drwęski. Na ponad miesiąc przed wybuchem powstania wielkopolskiego na czele miasta stawał jeden z „wtajemniczonych”, popierany przez niemiecką radę miejską, polskie duchowieństwo i wielu wpływowych Polaków, Żydów oraz Niemców w mieście. Znany nam już obrońca dzieci wrzesińskich, adwokat młodych Polaków reklamowanych z wojska i kilku arystokratycznych rodzin, pisujący do krakowskiej umiarkowanej „Nowej Reformy” i dystansujący się od endecji. Niegdyś autor ostrych antyniemieckich artykułów, na kilka lat przed wojną opowiadał się za łagodzeniem narodowościowych sporów.

Wygrać i żyć

W Wielkopolsce wciąż panuje opinia, że powstania wielkopolskiego rodacy z innych części kraju nie rozumieją. Że nie rozumieją jego aury, temperatury, przywództwa, charakteru, racjonalności i mentalności (jeśli powstanie może mieć mentalność).

Nikt nie wyruszał w bój bez broni ani od nikogo podobnego bohaterstwa nie oczekiwano. Powstańców jak najszybciej zamieniano w żołnierzy, spontanicznie powstałe oddziały w armię. Po opanowaniu Poznania nie rozpędzono rady miejskiej, złożonej z przedstawicieli trzech narodowości. Nowe wybory na prezydenta wolnego już miasta wygrał – przy jednym głosie wstrzymującym się – Jarogniew Drwęski (jeden z niemieckich rajców postawił wniosek, by w nowych okolicznościach zrezygnować z niemieckiego jako języka obrad i zastąpić go neutralnym francuskim).

Działania zbrojne przypominały regularną wojnę. Mundury i broń po obu stronach podobne, co o zmroku zwłaszcza nakazywało ostrożność. Wstrzymywano działania tam, gdzie liczono na kapitulację przeciwnika lub pozwalało to uniknąć niepotrzebnych ofiar.

Nie chciano pięknie umierać. Chciano wygrać, jak najszybciej zakończyć walkę, wrócić do domu. I żyć. ©

Prof. WALDEMAR ŁAZUGA (ur. 1952) jest historykiem, wykłada na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Specjalizuje się w historii polskiej i powszechnej XIX i XX w. Autor książek, m.in. „Michał Bobrzyński: myśl historyczna a działalność polityczna”, „Znany nieznany prezydent Poznania. Rzecz o Jarogniewie Drwęskim”, „Kalkulować... Polacy na szczytach c.k. monarchii”.

Galeria zdjęć
  • Hotel Bazar w Poznaniu, lata 20. XX wieku. / NAC
  • Plac Wilhelma (dziś plac Wolności) i gmach teatru w Poznaniu, rok 1854. / ALAMY STOCK PHOTO / BEW
  • Cesarzowa Augusta Wiktoria odwiedza Poznań, prawdopodobnie rok 1913. / HAECKEL ARCHIV / BEW

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Stoi w Poznaniu obok zamku cesarskiego gmach Komisji Kolonizacyjnej? Cos podobnego...W Warszawie już dawno nie pozostałby z nich kamień na kamieniu! Bez zadnej dokumentacji zniszczono okazały sobór na placu Saskim z pięknymi podobno mozaikami wewnatrz, a i dziś wciąż powraca pomysł wysadzenia w powietrze Pałacu Kultury i Nauki:))) O tych różnicach mentalności na początku xx wieku pisał Roman Dmowski: "Odłam społeczeństwa naszego w zaborze pruskim znalazł się w tym położeniu, ze na bierna wegetację Prusacy mu nie pozwalali, ze pozostawała mu walka albo śmierć (…) Społeczeństwo polskie zostało zmuszone do walki o język, o wiarę, o ziemię, nawet o chleb wobec organizacji walki ekonomicznej ze strony miejscowych Niemców (…). Polacy z innych dzielnic, spotykając się z Poznańczykami, przykro bywaja nieraz dotknieci ich poglądami na zycie, ich odmiennymi wprost zasadami etycznymi, razi ich suchy realizm, twardość i nawet w pewnej mierze nielitościwość w pojmowaniu spraw zycia. Tłumaczą to sobie zazwyczaj krótko, uważając wszystko za skutek zniemczenia, gdy tymczasem obok pewnego, znacznego, co prawda, wpływu kultury niemieckiej działała tu o wiele silniej (…) konieczność przystosowania się do nieustannej walki (…) czynny typ Polaka w zaborze pruskim tym surowiej się przedstawia, tym mniej jest zrozumiały dla szlacheckiej inteligencji innych dzielnic, tym więcej razi ją niezdolnością do idealizowania sprawy narodowej, co mu nie przeszkadza przewyższać ją wyrobieniem obywatelskim." A pisał to nie kto inny, tylko warszawiak z Targówka:)))

Bardzo sympatyzuję z lokalnym patriotyzmem autora, ale pominięcie paskudniejszej gęby endecji poznańskiej jest trochę ułatwianiem sobie zadania.

Byłabym wdzięczna za garść informacji, czym paskudnym poznańska endecja różniła się od endecji np. warszawskiej. Bo ta krakowska rzeczywiście była ni pies ni wydra:))))
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]