Marek Migalski: czego nauczyło mnie życie z chorobą nowotworową

Po diagnozie zmienia się sposób patrzenia na świat. Rzeczy nieistotne odchodzą, pojawia się ciekawość „tu i teraz”.
Czyta się kilka minut
Marek Migalski podczas chemioterapii, grudzień 2025 r. // archwium prywatne
Marek Migalski podczas chemioterapii, grudzień 2025 r. // archwium prywatne

Pobyt w więzieniu, wojna, śmierć bliskiej osoby. To doświadczenia graniczne, całkowicie zmieniające życie i sposób patrzenia nań. Demolują dotychczasowy ogląd rzeczywistości, rewidują wyznawane wartości, skłaniają do powtórnego przyjrzenia się światu. I samemu sobie.

Doświadczeniem granicznym jest też choroba nowotworowa.

W moim przypadku wszystko zaczęło się w październiku zeszłego roku, gdy po zabiegu kolonoskopii, zafundowanym samemu sobie w ramach „okresowego przeglądu technicznego”, któremu winien podlegać każdy po pięćdziesiątce, zostałem poinformowany przez lekarza, że wykrył w moim jelicie grubym zmianę nowotworową i że ma ona już charakter operacyjny. 

Było to coś, czego się zupełnie nie spodziewałem – uprawiałem sport, jadłem zdrowo (prawie wyeliminowałem ze swojej diety mięso), nie skarżyłem się na żadne dolegliwości. Ok, pijałem czerwone wino – ale nie w nadmiarze (zwłaszcza jak na polskie warunki). Oczekiwałem więc, iż po badaniu lekarz powie mi, że jestem „czysty” i że widzimy się za pięć lat.

Wyparcie, niezgoda, niedowierzanie: tak się zwykle zaczyna

Nie od razu dotarło do mnie, że mam raka. Reakcja przewidywalna i często opisywana – wyparcie, niezgoda, niedowierzanie. Ten okres nie trwał długo, bo następnego dnia już zrozumiałem, w jakiej sytuacji się znalazłem i co powinienem zrobić. Tym czymś, co chyba oczywiste, była wola walki z nowotworem i to z pomocą medycyny i nauki, a nie filipińskich szamanów czy rodzimych hochsztaplerów. 

Czekałem na wyniki badań histopatologicznych, które miały albo zaprzeczyć obecności w moim organizmie tego świństwa, albo ostatecznie potwierdzić diagnozę wydaną przez lekarza przeprowadzającego kolonoskopię.

Po trzech tygodniach przyszły wyniki. Co prawda wskazywały jasno, że mam raka, ale po pierwsze, regionalnego, czyli usytuowanego tylko w jelitach, a po drugie mało złośliwego (tzw. low grade na poziomie drugim, w czterostopniowej skali). Miałem zatem nowotwór, ale wykryty na wczesnym etapie i o niskiej inwazyjności. Rokowania? 80 proc. szans przeżycia następnych pięciu lat. W sumie nieźle – pomyślałem.

Miesiąc później miałem operację usunięcia 25 centymetrów jelita. Wszystko odbyło się tak, jak trzeba, a ja dzień po tym wydarzeniu już stałem na nogach. Szybko dochodziłem do siebie i rychło wypisano mnie ze szpitala. Wiele wskazywało na to, że chyba uda mi się wyjść z tego cało. Zwłaszcza że jak na pacjenta onkologicznego, byłem... młody. Żartowałem z personelem medycznym, że warto było zachorować, by usłyszeć coś takiego.

Przerzuty, chemia: najgorsze momenty

Ale potem nastał 3 grudnia. Przyszły wyniki badania histopatologicznego, z którego wynikało, że po pierwsze mam przerzuty do węzłów chłonnych, a po drugie, że zmienił się „grade” mojego raka – z dwójki przeskoczył na trójkę. Co to oznaczało? Że według medycznych definicji mam zaawansowany stopień choroby nowotworowej o wysokiej złośliwości oraz że moje szanse na przeżycie pięciu lat spadły do 50 proc. 

To był najgorszy moment w całej historii mojej walki z rakiem. Gorszy nawet niż ten, w którym dowiedziałem się o trawiącej mój organizm chorobie. Wtedy chronił mnie szok (i niewiedza), teraz wszystko było jasne. Nie muszę chyba dodawać, że święta nie należały do najszczęśliwszych.

W takim nastroju przystąpiłem do chemioterapii. I to był ważny moment w mojej historii, bo mogłem powiedzieć, że o ile do tej pory rak dojeżdżał mnie, o tyle teraz to ja dojeżdżałem raka. Bardzo zmieniło to mój nastrój. Poprawiło go. Miałem poczucie sprawczości, prowadzenia walki, zadaniowości. Bój o życie wyszedł z fazy użalania się nad sobą i czytania w necie o szansach przeżycia, a wszedł w tryb wojny z tym, co mnie powoli zabijało od środka.

Jak się później okazało, chemioterapia była gorsza, niż miałem nadzieję, ale lżejsza, niż się obawiałem. W czasie jej trwania doświadczyłem połowy skutków ubocznych – i to jest zła wiadomość. Dobrą było to, że... nie doświadczyłem połowy skutków ubocznych.

Upadki i wzloty: życie pacjenta onkologicznego

Moja pierwsza refleksja na temat wojny z chorobą nowotworową brzmiała: „to stałe ups and downs, wzloty i upadki, euforia przemieszana z depresją”. Bo podczas terapii co chwila dostajemy dobre wieści, które zaraz potem zastępowane są przez złe. 

W październiku dowiaduję się, że mam raka, ale trzy tygodnie później okazuje się, że jest mało zawansowany i o niskiej złośliwości. W grudniu już wiem, że jednak to zaawansowana faza i wysoka złośliwość. Pod koniec roku mam pierwszą chemię, więc cieszę się, że ruszamy do walki, ale przed drugą lekarze informują mnie, że gwałtowanie spadły mi leukocyty i musimy na tydzień przerwać terapię. 

Następne sesje przebiegają jednak już według harmonogramu, ale za to pojawiają się pierwsze skutki uboczne i związany z tym ból. Leki jednak osłaniają mnie i można kontynuować chemię. Na badaniach USG wychodzi, że mogę mieć przerzuty na prostatę, ale przyjrzenie się temu dwa tygodnie później tomografem komputerowym i rezonansem magnetycznym zaprzecza tym wieściom i daje nadzieję. I tak dalej.

Tak właśnie wygląda życie pacjenta onkologicznego – od wzlotów do upadków i z powrotem. To być może doświadczenie każdego poważnie chorego na jakąkolwiek dolegliwość, ale u pacjentów z rakiem w sobie ma to wymiar nieomal filozoficzny, bo stawką nie jest stały niedowład jakiejś kończyny czy zaćma, ale – Państwo wybaczą patos – życie lub śmierć. 

Terra incognita: w tej dyscyplinie nie ma twardych

Ta ostatnia może przyjść w każdym momencie i z każdej strony. Bo rak jest w sumie nieprzewidywalny. I to kolejna jego specyficzna cecha. Lekarze są bardzo ostrożni w dzieleniu się prognozami. Zbyt często nowotwór ich zaskakiwał – zabijał pacjentów dobrze rokujących i opuszczał tych źle rokujących.

Medycyna dokonała ogromnego postępu w onkologii (leczenie nie wywołuje już takich skutków ubocznych jak kiedyś, zamiast podawania chemii do żył, wpuszcza się ją za pomocą „portu” wszytego pod skórę na klatce piersiowej, diagnostyka zapobiega wielu przypadkom zachorowania, środki medyczne chronią pacjentów), ale nadal pozostaje duży obszar „nieznanego”, swoista rakowa terra incognita.

Do opisania tego fenomenu używam nomenklatury zaczerpniętej... z boksu. Jerzy Kulej powiedział kiedyś, że w jego dyscyplinie nie ma twardych, są tylko źle trafieni. Podobnie jest w onkologii – tu nie liczy się twardość, hardość, pozytywne myślenie, optymizm czy co tam jeszcze. Jeśli rak zaatakuje gwałtownie i z nieznanej strony, nic nie może pomóc choremu.

Powrót uważności: zachwyty ze śmiercią w tle

Czy choroba nowotworowa ma jakieś zalety? Pytanie wydaje się nie tylko prowokacyjne, ale nawet niestosowne. To jednak nieprawda, bo w rzeczywistości zmaganie się z tym czymś, co nas zabija od środka, miewa jednak jasne strony. Np. w kwestii – znów proszę o wybaczenie – jedzenia. Co prawda w czasie chemioterapii traci się po części smak i pojawiają się nudności i wymioty (dopiero chorując dowiedziałem się, że to nie to samo), ale za to można, a nawet należy, jeść ile się da. Mówiąc wprost – obżarstwo jest wskazane!

Ileż to razy otwierałem lodówkę, wybierałem to, co akurat mnie nie odrzucało i z czystym sumieniem pochłaniałem koleje porcje tegoż. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów sięgałem po jedzenie o każdej porze dnia i objadałem się do syta – i czyniłem to bez wyrzutów sumienia. Chemioterapia zabija komórki rakowe, jednocześnie niszcząc nasz organizm i osłabiając go. Dlatego dostarczając mu kalorii i substancji pozwalających zachować wagę, skutecznie walczymy o własne zdrowie. Czyż to nie cudowne?

Ale są także korzyści nieco mniej banalne. Np. uważność. Pacjenci onkologiczni mogliby zarabiać jako couchowie mindfulness. Bo po usłyszeniu „wyroku”, czyli diagnozy, całkowicie zmienia się sposób patrzenia na świat. Rzeczy nieistotne odchodzą na dalszy plan, a nawet znikają za horyzontem zdarzeń, przepadając w czarnej dziurze poprzedniego życia. Za to pojawia się ciekawość „tu i teraz”.

W czym to się przejawia? W powolniejszym tempie życia, w przypatrywaniu się szczegółom, w podziwianiu banalności codzienności, w zachwycie biedronką na liściu czy pięknym układem chmur. Wszystko to oczywiście ze śmiercią w tle. I dlatego tak wyostrzone.

Zanim się przyzwyczaisz: wspaniałe tu i teraz

Nikt, kto nie cierpi na zabójczą chorobę, nie będzie chyba w stanie pojąć, jak bardzo uważnym jest się w czasie jej trwania. To jakby dostać kalejdoskop lub lornetkę i na przemian używać ich prawidłowo i nieprawidłowo. W pierwszym przypadku wszystko się przybliża – dymiąca kawa, zmarszczka na twarzy kogoś bliskiego. W drugim wszystko się oddala – irytujący sąsiad, mobbingujący szef, polityka. Tak jest na początku. Potem ten proces nieco słabnie, bo habituacja nie omija także chorujących na raka.

Jest jeszcze coś ciekawego w przypadku pacjentów onkologicznych – radość z każdego przeżytego dnia. Wiadomo, że młodzi nie myślą, ile im zostało do końca, i żyją teraźniejszością, jakby byli nieśmiertelni. Dorosłych także to dotyka – wszak pamiętam siebie z „poprzedniego” życia. Niby ma się świadomość kruchości własnej egzystencji i nadchodzącego kresu, ale ten ostatni jawi się jako coś bardzo odległego, coś od czego oddzielają nas planowane wakacje, kłopoty w pracy, kolejna wizyta u stomatologa. 

W przypadku mierzących się z nowotworem jest inaczej – widoczny tuż za zakrętem znak z kostuchą czekającą na nich niecierpliwie powoduje radość z każdej niemal chwili oddzielającej ich od tego spotkania. Nie ma czasu na dąsy i marnowanie cudownych momentów. Jeśli za chwilę wszystko ma zniknąć, warto na to rzucić ostatnie spojrzenie. 

Zwolnione tempo: sztuka podróży przez chorobę

Rak bowiem decyduje, jak długo będziemy żyli, ale nie powinien mieć wpływu na to, jak będziemy żyli, jak spożytkujemy pozostawiony nam czas. Lekarze zresztą zachęcają do aktywności, do życia – w miarę możliwości – tak jak przed chorobą, na poświęcanie się swoim pasjom. Nie można pozwolić, by nowotwór stał się całym naszym życiem.

Skrzętnie podporządkowałem się radom lekarzy i oddawałem się przyjemnościom, którym hołdowałem w przeszłości. Przede wszystkim podróżom. Chemia była mi podawana przez pół roku w cyklach co dwa tygodnie. W pierwszym dogorywałem najpierw w szpitalu, a potem w domu, ale w drugim jakoś dało się żyć.

Moje peregrynacje ograniczały się jedynie do Polski i Europy, bo dalszy wyjazd był jednak zbyt ryzykowny. Z tego samego powodu moje podróżowanie odbywało się w trybie slow motion – zwiedzałem mniej więcej jedną trzecią tego, co przed chorobą. Co zresztą miało swoje dobre strony – co chwila gdzieś przysiadywałem, by odpocząć, a w ten sposób dostrzegałem cudne krajobrazy, szczegóły architektoniczne czy inne artefakty, na które w czasie „normalnego” zwiedzania nie zwróciłbym uwagi.

Miało to jednak także ciemniejsze strony. Do dziś pamiętam, jak będąc w Atenach postanowiłem po raz kolejny odwiedzić Akropol. Idzie się do niego lekko pochyłym podejściem, którego pokonanie zdrowemu człowiekowi zajmuje kilka minut. Ja w połowie „zdobywania szczytu” musiałem założyć obóz przejściowy, który stanowiła ławeczka osłonięta przed słońcem przez drzewko oliwne. 

Siedziałem tam kilka minut – dysząc i ocierając pot z czoła. Nigdy nie zapomnę wzroku niemieckich emerytów, dziarsko i szybko idących ku propylejom, którzy patrzyli na mnie ze zdziwieniem i troską. 

Modlitwa i placebo: czy ateiści mają gorzej

Osoby wierzące chyba lepiej znoszą diagnozę raka niż ateiści. To nie twierdzenie naukowe, ale raczej moja intuicja badawcza wypracowana na szpitalnych korytarzach.

Wierzący postrzegają ewentualną śmierć jako przejście. Przejście do lepszego, a na pewno innego świata. Świata, w którym mają nadzieję spotkać swoich bliskich i żyć wiecznie w obliczu Pana. Nie ma znaczenia, czy to prawda – ważne, że w to wierzą i w tym pokładają nadzieję. To myślenie czyni śmierć fenomenem strasznym, ale przejściowym. Po drugiej jej stronie czeka wszak inny wymiar.

Ateiści, do których należę, mają gorzej. Dla nas śmierć jest końcem. Końcem wszystkiego. Nie wierzymy w istnienie innej rzeczywistości. Dlatego doczesna egzystencja jest jedynym, co mamy. Z tego powodu jej utrata jest o wiele boleśniejsza niż w przypadku osób wierzących. Życie jest dla nas jedyne i niepowtarzalne. Oraz niekompensowane przez perspektywę funkcjonowania w innym wymiarze. Stąd właśnie większy, moim zdaniem, żal i strach przed nadchodzącą śmiercią.

Nauka, czyli to, co dla mnie ważne (nie tylko z tytułu wykonywanego zawodu), nie potwierdza wpływu modlitwy na stan zdrowia. Z wyjątkiem stanu zdrowia modlącego się. A przynajmniej jego samopoczucia. Mówiąc wprost: modląc się za kogoś, nie wpływamy na skuteczne zwalczenie jego choroby, ale za to poprawiamy swój dobrostan. Także modląc się za siebie. Pewnie działa tu efekt placebo. Ale jeśli działa, nic nie szkodzi skorzystać.

Ateiści są w gorszej sytuacji – nadzieję muszą pokładać tylko w medycynie i nauce. Jeśli jednak ze względu na zaawansowanie raka jest za późno, pozostaje im tylko pogodzenie się ze stanem rzeczy. To także czyni ich walkę z chorobą nieco trudniejszą psychicznie niż w przypadku wierzących. 

Czego wam życzę: dobre rady dla zdrowych

Choć może pozostaje uśmiech i życzenia zdrowia? Niekoniecznie. W tym miejscu muszę przyznać się do czegoś wstydliwego. O ile na początku terapii z radością witałem wszelkie objawy wsparcia i solidarności, o tyle w jej połowie zaczynały mnie drażnić. Nie chodzi o wszystkie formy tego tsunami życzliwości, którego doświadczyłem, ale o jeden jego aspekt.

A mianowicie o życzenia w stylu: „wszystko będzie dobrze”, „uśmiechem pokona pan raka”, „ważne jest pozytywne myślenie – uda się”.

Nie muszę chyba wyjaśniać, że nie wierzę w to, że jak się będę szeroko uśmiechał i miał radosne myśli, to nowotwór spakuje się i opuści mój organizm. Ale najbardziej wkurzała mnie ta pierwsza fraza: o tym, że wszystko będzie dobrze. Nie miałem wątpliwości, że płynie ona ze szczerej życzliwości i sympatii do mnie, ale irytujące było to, że ludzie, którzy nie mieli bladego pojęcia o fazie zaawansowania mojego raka, stopniu jego złośliwości, wynikach ostatnich badań, wiedzą, że się z tego wywinę.

Podkreślam – jestem pewien, że te życzenia płynęły z czystego serca, ale były denerwujące. Jeśli mógłbym o coś zaapelować do bliskich i rodzin pacjentów onkologicznych, to o podarowanie sobie tego typu przejawów solidarności. O wiele bardzie stosowne będą słowa wsparcia. To wystarczy.

Zakończę jeszcze jedną prośbą – o jak najszybsze udanie się na badania profilaktyczne i przesiewowe: na kolonoskopię i gastroskopię, na wykonanie markerów nowotworowych, na przegląd poszczególnych organów ciała za pomocą USG, tomografu, rezonansu. To byłaby najlepsza i najbardziej przeze mnie oczekiwana reakcja na powyższy tekst.

Marek Migalski jest politologiem, profesorem Uniwersytetu Śląskiego, byłym posłem do Parlamentu Europejskiego. Autor wielu książek, m.in. „Nieudanej rewolucji. Nieudanej restauracji. Polski w latach 2005-2010”, „Narodu urojonego” i „Czeskiej lekcji”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Osobista historia choroby