Jak wiadomo, na wakacjach nie ma lepszego zajęcia niż czytanie książek. Owszem, niektórzy ponoć wolą się wspinać po skałach, przedzierać z plecakiem przez jakieś ostępy albo zatracać w gorączce zwiedzania. Rozumiem to. Szanuję. Niemniej pozostaję przy swojej opinii. Wakacje to czas, kiedy wreszcie można się poświęcić niezakłóconej lekturze, zatopić w wyobrażonych światach, choć trochę nadrobić całoroczne zaległości.
Ale towarzyszy temu zawsze niebagatelny dylemat. Czy zabierać ze sobą poważne i uczone tomy, czy raczej wartkie i wciągające kryminały? Pękające od statystyk i analiz non-fiction czy opowieści lekkie, wciągające i przyjemne? Cóż, każdy to musi rozważyć we własnym sumieniu, ale jeśli o mnie chodzi, opowiadam się zdecydowanie za kryterium przyjemności.
Przy czym u każdego wyzwala się ona w nieco innych warunkach. Jedni doświadczają jej w kontakcie z prozą Lee Childa, Patricii Highsmith czy Stephena Kinga (polecam zdecydowanie!), inni zaś Prousta i Balzaca (też polecam zdecydowanie!); jedni pochłaniając prozę, inni eseistykę, rozprawy filozoficzne lub reportaże.
Pamiętam, że kiedy przed laty uczęszczałem w Instytucie Filozofii UW na zajęcia do Magdaleny Środy, zachęcała ona przed każdymi wakacjami, żebyśmy na plażę lub w góry zabierali ze sobą wszystkie dostępne dzieła jakiegoś znamienitego filozofa. „Nie ma przecież nic lepszego – mówiła, budząc w nas mieszaninę rozbawienia i niepokoju – niż czytanie »Krytyki czystego rozumu« na plaży. Bardzo polecam!”.
Nie wiem, czy ktokolwiek poza prof. Środą (skądinąd, to bardzo ciekawe: mam wrażenie, że Środa na zajęciach i Środa w mediach to dwie zupełnie różne Środy, ale o tym może kiedy indziej) faktycznie zdecydował się kiedyś na lekturę dzieł Kanta, leżąc przy tym na rozgrzanym piasku. Chciałbym dziś jednak, korzystając z wakacji w rozkwicie, coś Wam do czytania zarekomendować. Sądzę, że niezależnie od indywidualnych preferencji, są to rzeczy, które pogodzą powyższe sprzeczne tendencje i unieważnią nierozwiązywalne dylematy.
Jedynie z pozoru będą to rekomendacje dotyczące literatury fantastycznej. Jeśli macie wobec niej uprzedzenia, mogę zapewnić, że są oparte na irracjonalnych podstawach. Naprawdę, jeśli tylko ktoś tworzy literaturę prawdziwie wybitną, nie ma zupełnie znaczenia, do jakiego gatunku da się go przyporządkować.
Wybitna literatura nacechowana gatunkowo ma co najwyżej to do siebie, że czyta się ją jeszcze lepiej i z jeszcze większą przyjemnością niż tzw. główny nurt. Jej twórcy zazwyczaj doskonale operują rzemiosłem narracyjnym, a przy tym windują swoje opowieści w rejony wyższej sztuki, nierzadko autentycznie wizyjnej.
Mowa o Philipie K. Dicku i George’u R.R. Martinie. Pierwszy to nieżyjący już (zmarł w 1982 r.) klasyk science fiction, drugi to też klasyk – choć żyjący – tyle że fantasy. Nawet ci z Was, którzy omijają w księgarni półki z napisem „fantastyka”, z pewnością kojarzą obu z głośnych ekranizacji filmowych: „Łowcy androidów” Ridleya Scotta (na podstawie Dicka) i monumentalnego serialu „Gra o tron” (na podstawie Martina).
Ale nie adresuję tej rekomendacji do miłośników fantastyki – ich doprawdy do czytania Dicka i Martina zachęcać nie trzeba – lecz do tych, którzy chcieliby po prostu lepiej zrozumieć rzeczywistość, w której żyjemy. Tak, jak najbardziej, książki, których akcja toczy się na innych planetach, w przyszłości albo w całkiem wymyślonych światach, naświetlają mechanizmy rządzące tym, co dzieje się dookoła, w stopniu znacznie głębszym aniżeli niejedna filozoficzna czy socjologiczna rozprawa.
Dick już kilkadziesiąt lat temu dostrzegł fundamentalny rys naszej epoki – atrofię poczucia tożsamości, zacieranie się granic pomiędzy rzeczywistością a iluzją, związane z galopującym postępem technologicznym. Martin z kolei doskonale opisał dynamikę współczesnej rzeczywistości politycznej, kult władzy, pieniądza, przemocy i wąsko rozumianej pragmatyki.
Owszem, technologia opisywana przez Dicka zdaje się dziś nieco archaiczna. Próżno szukać u niego jakichś naukowych profecji. Nie był to zresztą pisarz o ambicjach podobnych do Lema, nie interesowały go możliwe ścieżki postępu nauki czy techniczne szczegóły. Interesowało go doświadczenie jednostki coraz bardziej pogubionej w świecie, w którym – cytując klasyka – wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu.
U Martina czytamy o smokach, nieistniejących królestwach, magii i innych charakterystycznych dla fantasy rekwizytach, a przy tym jego opis mechanizmów pozyskiwania, sprawowania i utrzymywania władzy jest wyjątkowo precyzyjny. I całkowicie pozbawiony złudzeń.
Zaręczam, nie ma lepszej lektury na wakacje, Dick i Martin zapewnią Wam zarówno solidną porcję rozrywki, jak i równie solidną porcję refleksji. Czy można sobie wyobrazić lepsze wakacyjne połączenie?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








