Kościół i zdrada instytucjonalna. Dlaczego ofiary cierpią po raz drugi?

Wciąż nie powstała zapowiadana od trzech lat kościelna komisja do zbadania przypadków przestępstw seksualnych. Osoby skrzywdzone czują, że Kościół ich krzywdę pogłębia.
Czyta się kilka minut
Zebranie plenarne KEP, pamiątkowe zdjęcie przed katedrą. Katowice, 11 czerwca 2026 r. // Fot. Henryk Przondziono / Gość Niedzielny / Forum
Zebranie plenarne KEP, pamiątkowe zdjęcie przed katedrą. Katowice, 11 czerwca 2026 r. // Fot. Henryk Przondziono / Gość Niedzielny / Forum

Pojęcie zdrady instytucjonalnej w zasadzie nie trafiło jeszcze do kościelnego języka. Sformułowała je Jennifer Freyd, amerykańska psycholożka zajmująca się badaniem traumy. Zaczęła od analizy tego, dlaczego dzieci często nie pamiętają nadużyć popełnionych przez osoby, od których są zależne. Odkryła, że mamy tu do czynienia z mechanizmem adaptacyjnym: niepamięć dziecka chroni jego więź z opiekunem, niezbędną mu do przeżycia. Mówiąc inaczej, przeżycie jest dla dziecka ważniejsze niż pamięć o krzywdzie. Tak działa ewolucyjny mechanizm przetrwania. 

Z tego właśnie powodu wiele osób przez lata nie tylko nie mówi o tym głośno, ale realnie nie rozpoznaje w wydarzeniach z przeszłości przemocy. Dostrzeżenie zdrady ze strony tego, kto odpowiadał za nasze bezpieczeństwo, jest psychologicznie zbyt kosztowne. 

Jak działa zdrada instytucjonalna

Z czasem Freyd rozszerzyła swoją teorię poza relację dziecko–rodzic. Zajmując się ogólniej zdradą odkryła, że im bardziej ofiara jest uzależniona od sprawcy, również emocjonalnie, tym większą ma skłonność do tego, żeby nie rozpoznać krzywdy. 

Opisała także mechanizm, który zachodzi wtedy, gdy instytucja, której człowiek ufa i od której jest zależny, zamiast chronić go przed krzywdą, aktywnie tę krzywdę pogłębia albo po prostu ją ignoruje. 

Taka zdrada instytucjonalna działa na kilku poziomach jednocześnie. Może być zdradą aktywną, kiedy instytucja ukrywa sprawcę i dyskredytuje ofiarę. Może być jednak również biernym zaniechaniem. W tym przypadku zdradą będzie na przykład milczenie zamiast udzielenia jakiejkolwiek choćby odpowiedzi. Zdradą instytucjonalną jest również sytuacja, kiedy różnego rodzaju procedury, zamiast wspomagać ofiarę, prowadzą do jej unieważnienia, kiedy służą sobie samym i instytucji, a nie osobie skrzywdzonej.

Badania prowadzone przez Freyd i jej współpracowników pokazują, że ten właśnie rodzaj krzywdy, zadanej przez instytucję, która miała człowieka chronić, bywa dla zdrowia psychicznego ofiar bardziej destrukcyjny niż pierwotne nadużycie. Jakkolwiek brutalnie zatem może to brzmieć, to właśnie milczenie i obojętność Kościoła dzisiaj, odwlekanie spraw, unikanie odpowiedzialności może być dla osób skrzywdzonych bardziej niszczące niż gwałt sprzed lat

Więcej: trzeba mieć świadomość, jak duża jest zależność człowieka od Kościoła – zależność emocjonalna, duchowa, związana z sensem życia czy nadzieją zbawienia – żeby zrozumieć, jak druzgocąca staje się w tej sytuacji instytucjonalna zdrada. Jeśli instytucja, która miała być gwarantem prawdy i miłości, staje przeciwko człowiekowi, człowiek ten traci w życiu naprawdę wszystko. 

Historia działań pozornych: uniki jako strategia

To właśnie przez pryzmat zdrady instytucjonalnej trzeba zacząć patrzeć na to, jakie działania podejmuje, a jakich nie podejmuje Kościół w Polsce wobec osób skrzywdzonych przemocą seksualną w jego strukturach. 

Zacznijmy od liczb, których prawie nie ma, bo dysponujemy jedynie fragmentarycznymi danymi. Wiemy, że od kiedy Episkopat wprowadził pierwsze procedury, do polskich kurii wpłynęło kilkaset zgłoszeń dotyczących przemocy seksualnej duchownych wobec małoletnich. Wiemy, że sytuacja dotycząca dorosłych jest dokumentowana znacznie gorzej, bo istniejące procedury skupiają się głównie na dzieciach. 

Przypadki dorosłych wpadają w prawną i instytucjonalną szarą strefę, w większości zapewne nie są nawet zgłaszane. Nie ma żadnego niezależnego ciała, które zbierałoby, weryfikowało i publikowało wszystkie dane dotyczące krzywd. Konferencja Episkopatu Polski powołała delegata do spraw ochrony dzieci i młodzieży, ale jego kompetencje są ograniczone, sam system zaś pozostaje wewnętrzny, a co za tym idzie – nieautonomiczny i nieprzejrzysty. 

W 2023 r. KEP po długich naciskach ogłosiła plany powołania niezależnej komisji do badania przypadków pedofilii i przemocy seksualnej w Kościele. Komisja miała być wzorowana na podobnych ciałach działających w Niemczech, Francji czy Irlandii, gdzie niezależne instytucje, finansowane przez Kościół, ale działające autonomicznie, przeprowadziły systemowe badania skali zjawiska i opublikowały raporty.

Raport francuski z 2021 r. był dla Kościoła w tym kraju wstrząsem. Komisja oszacowała, że ofiarami duchownych padło od 1950 r. nawet 330 tys. osób. Raport ten nie powstał z dobrej woli ze strony Kościoła, ale jako skutek zewnętrznych nacisków, wieloletnich batalii prawnych, a przede wszystkim odwagi osób, które przez dekady walczyły o to, żeby ich krzywda została nazwana po imieniu.

W Polsce po zapowiedziach powołania komisji niewiele się wydarzyło. Do wiernych dociera wiele słów, które zdają się maskować prawdziwą sytuację. Słyszymy o uwagach prawników, o zmianie odpowiedzialnych za stworzenie komisji, o tajemniczym kandydacie, nad którego przyjęciem i odrzuceniem biskupi będą rozmyślać przez kolejne miesiące, bo przecież przyszły wakacje, a następne posiedzenie KEP odbędzie się późną jesienią. 

Biskupi zgodnym głosem powtarzają banały o trudnościach organizacyjnych, o potrzebie czasu, o kolejnych konsultacjach. Te uniki zaczynają wyglądać na świadomie przyjętą strategię. 

Czy „jedność” jest ważniejsza od sprawiedliwości dla skrzywdzonych?

Prawdziwie niezależna komisja, działająca na wzór tych, które powstały w Niemczech czy Francji, musiałaby uzyskać dostęp do akt kurii, do akt personalnych duchownych, do dokumentacji postępowań wewnętrznych, protokołów ze spotkań, w których decydowano o przeniesieniu kapłana do innej parafii. 

Taka komisja musiałaby również zadawać pytania o system: jakie były wzorce postępowania, kto radził sobie z nimi lepiej, a kto gorzej, czy istniała sieć wzajemnej ochrony, czy odbywało się to na zasadzie zgody domyślnej, rezygnacji z trudnych pytań? Czy, kiedy i w jaki sposób była informowana nuncjatura apostolska? Ile informacji naprawdę docierało do Rzymu? 

Odpowiedzi na te pytania nie szuka w Kościele w Polsce nikt poza skrzywdzonymi i stającymi po ich stronie dziennikarzami. Coraz wyraźniejsze staje się, że Kościołowi jako instytucji na tym zwyczajnie nie zależy. I trudno stwierdzić, dlaczego nie zależy.

Czy rzeczywiście jest tak, że wszyscy „mają trupy w szafie” i zwyczajnie się boją: o pieniądze, o wstyd, o własne dobre imię? Czy rzeczywiście i szczerze obawiają się, że to jeszcze bardziej zaszkodzi wizerunkowi Kościoła? A może nadal uważają, że zachowanie jedności i wizerunku jest ważniejsze niż przyznanie sprawiedliwości skrzywdzonym?

„Przecież mogła powiedzieć nie”. Problem z przemocą wobec dorosłych

W debacie o przemocy seksualnej w Kościele w Polsce dominuje, słusznie, troska o dzieci i młodzież. Pedofilia jest przestępstwem, kodeks kanoniczny po reformach stawia tę sprawę relatywnie jasno, a presja społeczna i prawna jest wystarczająco duża, żeby Kościół musiał w tej sprawie pokazywać, że coś robi – nawet jeśli pokazywanie i robienie to nie zawsze to samo.

Znacznie trudniej jest z przemocą seksualną wobec dorosłych, choć i na to mamy stosowne paragrafy. Jeszcze trudniejszym tematem staje się przemoc duchowa, realna, ale nie ujęta w żadnych wyraźnych paragrafach czy kanonach. Nie tylko niezwykle trudno ją udowodnić, ale również w samej strukturze Kościoła istnieją narzędzia, które pomagają takiej przemocy nie widzieć. 

Kobieta mówiąca, że ksiądz ją wykorzystał czy skrzywdził – w konfesjonale, w kierownictwie duchowym, w relacji, w której jej uległość była przez niego budowana miesiącami – słyszy najczęściej, że przecież była dorosła. Mogła powiedzieć „nie”. Mogła odejść. W takich słowach ujawnia się fundamentalne nierozumienie tego, czym jest przemoc w kontekście władzy kościelnej. 

 

Dorosłość biologiczna nie jest tu żadnym argumentem. 

To nie wiek, ale psychologiczna dynamika relacji z autorytetem duchowym, szczególnie w przypadku osób w kryzysie, po traumie, szukających sensu, wytwarza zależność porównywalną z tą, którą przeżywają dzieci. Z tego właśnie powodu również dorośli, wykształceni, bardzo gorliwi religijnie ludzie przez długi czas nie przyznają sami przed sobą, że to, co ich spotyka, jest przemocą – bo straciliby wówczas swój główny punkt odniesienia, straciliby sens.

Motu proprio papieża Franciszka „Vos estis lux mundi” z 2019 r., zaktualizowane w 2023 r., wprowadziło wprawdzie kategorię „osób wrażliwych”, czyli dorosłych, których zdolność do samoobrony może być ograniczona ze względu na sytuację życiową, chorobę, zależność emocjonalną. 

Stosowanie tych przepisów w Polsce pozostaje jednak niekonsekwentne, a procedury istnieją wyłącznie na papierze i w praktyce wciąż bardziej chronią strukturę niż człowieka. Na dodatek w VELM dotyka się tylko jednego rodzaju krzywdy: krzywdy seksualnej. Tam, gdzie osoba nie została skrzywdzona w ten sposób, nadal nie widzimy żadnej innej krzywdy. 

Księża: „dlaczego mamy płacić za pedofilów?”

Zdrada instytucjonalna, której świadkami jesteśmy właśnie w Kościele w Polsce, to prawdopodobnie nie rezultat wyłącznie złej woli poszczególnych biskupów. Są tacy (niewielu, ale jednak), którym zależy na stanięciu po stronie skrzywdzonych. Pojawiają się też prekursorskie działania. 2 lipca kard. Grzegorz Ryś powołał Komisję „Wysłuchanie i Wyjaśnienie”, która ma badać wykorzystanie seksualne w Kościele krakowskim dorosłych osób bezbronnych i zależnych. 

Do pracy metropolita krakowski zaprosił troje ekspertów z komisji „Wyjaśnienie i Naprawa”, powołanej w październiku 2024 r. przez bp. Artura Ważnego dla badania wykorzystania seksualnego w diecezji sosnowieckiej. W lutym br. ta właśnie komisja opublikowała pierwszy w Polsce raport o wykorzystaniu seksualnym małoletnich. Obecnie kończy raport dotyczący skrzywdzonych osób dorosłych zależnych.

Jeszcze jako metropolita łódzki w październiku 2025 r. kard. Ryś, nie mogąc doczekać się komisji ogólnopolskiej, powołał niezależną komisję historyczną do badania przypadków nadużyć seksualnych w archidiecezji łódzkiej od 1945 r.

Te nieliczne pozytywne przykłady nie są jednak w stanie szybko zmienić kultury instytucji, która przez dziesiątki lat powtarzała określony model reagowania: chroniła strukturę, ignorowała skutki skandali, reinterpretowała krzywdę, nazywając ją „grzechem” albo „słabością” księdza. To właśnie w ten model reagowania wpisują się powtarzane nadal przez wielu argumenty: „to były inne czasy”, „ksiądz się zmienił”, „nie możemy niszczyć człowiekowi życia przez jeden błąd”. 

To w kulturze instytucji Kościoła wyrosła postawa dziesiątek księży pytających: „dlaczego mamy płacić za pedofilów?” (chodzi o składki na Fundację św. Józefa wspierającą osoby skrzywdzone), a nie stawiających sobie pytania, komu realnie przekazywane przez nich pieniądze pomagają. To w tej kulturze wychowano tysiące wiernych, którzy zamiast reagować na krzywdę jeśli nie współczuciem, to przynajmniej uwagą, reagują zarzutem: „dlaczego przypomniał sobie o tym tak późno?”. 

Każda z tych reakcji składa się na mechanizm instytucjonalnej zdrady, kiedy osoba raz skrzywdzona zaczyna rozumieć, że ze swoim bólem nie ma do kogo iść. 

Ślepota zdrady, czyli mechanizm samousprawiedliwienia

Jednym z mechanizmów, który Freyd opisuje jako kluczowe dla funkcjonowania systemów przemocowych, jest tak zwana betrayal blindness, czyli ślepota zdrady. 

Jest to mechanizm, który powinien zapalać w Kościele bardzo wyraźną lampkę alarmową, a którego zdaje się zupełnie nie jesteśmy świadomi. Chodzi o coś prostego, ale zarazem przerażającego: ludzie, którzy zdradzają lub współuczestniczą w zdradzie, często nie postrzegają siebie jako zdrajców. Mechanizmy instytucjonalne, kultura organizacyjna i system wartości, w których funkcjonują, sprawiają, że widzą swoje działanie zupełnie inaczej.

Biskup, który przenosił księdza do innej parafii zamiast powiadomić prokuraturę, nie musiał być cynicznym człowiekiem. Mógł być – czasem nadal jest – przekonany, że chroni w ten sposób zarówno wielu wiernych, jak i samego kapłana: daje mu szansę nawrócenia, unika skandalu, który mógłby zniszczyć wielu innych. 

W jego narracji wewnętrznej to nie zdrada ofiary, ale duszpasterska troska, miłosierdzie albo po prostu działanie zgodne z tym, jak ów biskup przez lata rozumiał swoje zadanie: ma chronić Kościół przed skandalem, bo Kościół jest większy niż jednostka. To narracja oczywiście błędna i krzywdząca, ale w wielu sytuacjach nadal obecna. 

Świadomość działania mechanizmu ślepoty zdrady nie służy tutaj oczywiście apologii biskupów i próbie ich usprawiedliwienia. Jest jednak prostą diagnozą, jak to działało oraz jak i dlaczego nadal w wielu miejscach działa. 

Ślepota zdrady dotykać też może całych wspólnot. Ludzie lojalni wobec instytucji, ale też ludzie po prostu głęboko wierzący i również emocjonalnie zaangażowani we wspólnotę, parafię czy zgromadzenie często nie są w stanie dostrzec i przyjąć tego, że w ich grupie komuś dzieje się krzywda. Zamiast tego dostrzegają to, że ofiara „przesadza”, że jest niestabilna, że zmanipulowały nią „siły wrogie Kościołowi” albo że z jakiegoś powodu próbuje się mścić.

Postawa taka znów nie wynika z cynizmu czy złej woli, ale z psychologicznej niemożności połączenia dwóch prawd: że grupa, którą kochamy i w której znajdujemy dla siebie dobro, komuś innemu mogła zrobić coś złego. 

Cena zdrady: utrata wiarygodności Kościoła

W tym kontekście wróćmy do komisji KEP, która od dłuższego czasu próbuje powstać i która, dzięki kolejnym działaniom biskupów, już teraz w oczach wielu utraciła swoją wiarygodność. Niezależnie od intencji przyświecających poszczególnym biskupom, efekt jest jednoznaczny i wysyła do osób skrzywdzonych równie jednoznaczny komunikat: twoja krzywda nie jest wystarczająco ważna, żeby się nią naprawdę zająć. Twoja krzywda nie jest naszym priorytetem. 

Kolejni zgorszeni i zasmuceni ludzie odchodzą od Kościoła zranieni i zdradzeni. Często tracą również wiarę w Boga: bo jak wierzyć w Miłość, kiedy w Kościele nie patrzy się na człowieka z miłością? Freyd pisze, że zdrada instytucjonalna jest szczególnie niszcząca dlatego, że uderza w fundamentalną zdolność człowieka do zaufania systemom, od których jest zależny. 

Kiedy rodzic zawodzi dziecko, dziecko uczy się nie ufać rodzicom. Kiedy Kościół zawodzi dorosłego wierzącego, ten uczy się nie ufać Bogu. 

Właśnie w tym miejscu, gdzie ofiara traci wiarę, bo Kościół ją zranił i nie okazał żalu, ujawnia się pełna cena zdrady instytucjonalnej. Jej ceną jest ostatecznie utrata wiarygodności Kościoła: kiedy Kościół w praktyce okazuje się zupełnie inny, niż sam siebie głosi. 

 

W debatach o krzywdzie w Kościele często używa się argumentu kosztów. Ile to będzie kosztowało? Ile czasu musi to zająć? Jakie skutki pociągnie? Jak to wpłynie na wizerunek Kościoła? Te pytania są zasadne, tyle że odpowiedzi wciąż szukamy w złym miejscu.

Pytanie o koszty poniesienia odpowiedzialności za krzywdy z przeszłości zadawane jest z perspektywy instytucji. Zapytać należałoby raczej, kto płaci cenę braku owej odpowiedzialności? Odpowiedź będzie brutalnie prosta: płacą ją ludzie skrzywdzeni. Płacą ci, którzy w Kościele i często w imię Boga doświadczyli zła i pozostawiono ich z tym samych. Płacą rodziny, które widziały, jak ich bliscy tracili grunt pod nogami. 

Płaci też – i warto to powiedzieć wprost – sam Kościół, choć jeszcze nie rozumie, jak wysoka to będzie cena. Badania z krajów, w których skandale wybuchły z pełną siłą, z Irlandii, Australii, USA czy Francji, pokazują, że utrata zaufania do instytucji kościelnych następuje wolno, ale jest głęboka i trudna do odwrócenia. Każde kolejne opóźnienie komisji KEP, każde kolejne milczenie w sprawie konkretnych przypadków, każda kolejna próba ochrony sprawcy jest inwestycją w ten właśnie proces. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Zdradzeni przez Kościół