A wydawało się, że może być już tylko lepiej. Zespół Pawła Kowala doprowadził do zniesienia zakazu ekshumacji i w końcu zaczęły się regularne poszukiwania szczątków ofiar zbrodni wołyńskiej. W Baranowie Sandomierskim – po latach braku dialogu – spotkali się polscy i ukraińscy historycy. Obrady, obejmujące tysiąc lat wspólnych dziejów, pokazały, że istotny spór dotyczy niemal wyłącznie okresu II wojny światowej.
Nieoczekiwanie, przynajmniej część tych wysiłków zniweczył prezydent Wołodymyr Zełenski, nadając elitarnej jednostce wojskowej tytuł „Bohaterów UPA”.
Na decyzję prezydenta Ukrainy polska opinia publiczna zareagowała gwałtownym oburzeniem. I jest to emocja zrozumiała: UPA dopuściła się w latach 1943-1945 masowych zbrodni na ludności polskiej. Na Ukrainie, co prawda, pamięta się o niej z powodu walki z Sowietami, toczonej od 1944 do 1954 r., ale nie tłumaczy to, dlaczego Zełenski, znając polską wrażliwość, akurat teraz musiał wydać swój dekret. No chyba, że chciał osiągnąć taki efekt…
Dlaczego Ukraińcy pamiętają o UPA
Proces upamiętniania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii rozpoczął się na Ukrainie zaraz po ogłoszeniu niepodległości. Na temat walki jej członków z Sowietami powstawały nie tylko popularne książki, ale również filmy i rockowe piosenki (wpadająca w ucho muzyka z płyty „Nasi partyzanci” jest tego najlepszym przykładem).
Romantyczna opowieść o ludziach, którzy dla niepodległości ojczyzny poświęcili całe swoje życie, z każdym rokiem stawała się coraz bardziej nośna społecznie, rezonując szczególnie mocno w czasie kolejnych przesileń – Pomarańczowej Rewolucji i Euromajdanu. Jeszcze w czasie rządów prezydenta Kuczmy przyjęto ustawę, która nadawała członkom OUN i UPA uprawnienia kombatanckie, pod warunkiem wszakże, że nie ciążyły na nich wyroki za popełnienie zbrodni wojennych.
Zasadnicza zmiana zaszła jednak w 2015 r., kiedy Rada Najwyższa przyjęła pakiet ustaw uznających OUN i UPA za formacje niepodległościowe, nakładając jednocześnie na państwo ukraińskie obowiązek pielęgnowania pamięci o ich historii. I taką właśnie politykę historyczną Ukraina konsekwentnie prowadzi, czego widocznym znakiem jest popularność wywodzącego się z tradycji OUN zawołania „Herojam sława” i czerwono-czarnych flag, często obecnych na uroczystościach obok narodowych niebiesko-żółtych sztandarów.
Patrząc z tego punktu widzenia, dekret Zełenskiego można odbierać jako kolejny, bez mała naturalny krok. Ale nawet jeśli zrobiono go bezwiednie, nie usprawiedliwia to strony ukraińskiej.
Jak utknął dialog polsko-ukraiński
Przedłużający się spór o ekshumację wyczerpał cierpliwość społeczną w Polsce. Obowiązujący w latach 2017-2024 zakaz, w sytuacji, gdy równolegle trwają bez przeszkód ekshumacje żołnierzy Wehrmachtu i Waffen SS, z każdym rokiem wydawał się nie tylko coraz mniej zrozumiały, ale też rażąco krzywdzący i zwyczajnie niehumanitarny.
To dlatego z takim oburzeniem zareagowano na relatywizującą zbrodnię wołyńską wypowiedź poprzedniego ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Dmytra Kułeby, wygłoszoną w Olsztynie w sierpniu 2024 r. By uspokoić emocje, rządzący zareagowali wtedy racjonalnie – ministerstwa kultury obu państw powołały wspólny zespół (z polskiej strony na jego czele stanął wspomniany Paweł Kowal), który doprowadził niebawem do wznowienia procesu poszukiwań.
Równolegle reaktywowano dialog na szczeblu naukowców i ekspertów, czego efektem był wspomniany kongres. Jego obrady można było w całości obejrzeć online. Także po to, by radykałowie z obu stron nie mogli postawić organizatorom i uczestnikom zarzutu „układania się pod stołem”. Te wysiłki odbudowywały wzajemne zaufanie, pokazywały też chęć rozwiązania spornych spraw historycznych na drodze dialogu.
W co gra Zełenski
Decyzja Zełenskiego idzie w poprzek tych starań, przynosząc realne szkody polsko-ukraińskiej współpracy. Najgorsze w niej jest całkowite lekceważenie nie tylko polskiej wrażliwości, ale też pomocy udzielanej przez Polskę Ukrainie. „Mam prawo tak postąpić, więc tak robię, i co mi zrobicie?” – zdawał się mówić swoim gestem Zełenski.
Wiele wskazuje na to, że była to zamierzona ostentacja. Na otoczeniu prezydenta ciążą poważne zarzuty korupcyjne i w całym politycznym Kijowie huczy od plotek, kto następny stanie się przedmiotem oskarżeń ze strony prokuratury i czy nie będzie to sam prezydent. Awantura z Polską może nie unieważnia samych zarzutów, ale już na pewno pomniejsza ich znaczenie i odwraca od nich uwagę.
Niemal cała ukraińska opinia publiczna stanęła bowiem murem za swoim prezydentem „atakowanym przez Polskę”. W internecie aż roi się od wypowiedzi, w których publicyści protestują przeciwko naruszaniu „godności narodowej” i próbie odebrania Ukraińcom prawa do wyboru bohaterów. Każdy, kto teraz zaatakowałby na Ukrainie Zełenskiego, naraziłby się na zarzut lekceważenia narodowych interesów.
Jak Kijów upokorzył Warszawę
Przewidzenie polskiej reakcji nie było trudne. Każdy obserwator naszej sceny politycznej zdaje sobie sprawę, że trwa zacięta walka polityczna między PiS a Konfederacją, także o pozyskanie ukrainosceptycznego elektoratu. Było więc oczywiste, że taka decyzja Zełenskiego zostanie „na wyścigi” oprotestowana przez aktualną opozycję parlamentarną.
Na ewentualne protesty rządu machnięto zwyczajnie ręką. Wszak ustawy uznające UPA w 2015 r. za organizację niepodległościową przyjęto raptem godzinę po przemówieniu w ukraińskim parlamencie Bronisława Komorowskiego. Upokorzony polski przywódca nie wykrztusił wówczas z siebie chyba nawet słowa protestu, ostatecznie przekreślając w ten sposób szansę na reelekcję w kampanii prezydenckiej.
Co więc dziś może zrobić polski rząd? W najgorszym wypadku, kalkulowano zapewne, przedstawiciele ukraińskiego MSZ „wytłumaczą” Polakom, że to nieporozumienie, do którego doszło przez przypadek.
Deklaracji prezydenta Karola Nawrockiego o zwróceniu się do Kapituły Orderu Orła Białego o odebranie odznaczenia Zełenskiemu zapewne się nie spodziewano, lecz jego krytycznej reakcji na pewno już tak.
Nawrocki nie przypadkiem w czasie kampanii wyborczej cytował nieustannie Romana Dmowskiego, który wręcz negował istnienie narodu ukraińskiego.
Dekret Zełenskiego musiał poruszyć go osobiście, ale, co ważniejsze, natychmiast dostrzegł w nim szansę do przejęcia kontroli nad rozlewającym się po Polsce oburzeniem społecznym. W ten sposób wsparł zarówno PiS, jak i Konfederację, stając się dla obu tych środowisk w tej sprawie naturalnym liderem.
Dziedzictwo Dudy
Oczywiście, żądanie odebrania Orderu Orła Białego jest reakcją nadmiarową, niedającą Polsce żadnych międzynarodowych korzyści. W dodatku, dość prawdopodobne przychylenie się Kapituły Orderu do wniosku prezydenta (piszę te słowa przed jej zebraniem) trąci hipokryzją.
Nie chodzi tu bynajmniej o reakcję samego prezydenta, lecz o wspierających go gorąco w tej sprawie polityków PiS. Bo propozycja Nawrockiego jest przecież tyleż uderzeniem w Zełenskiego, co w dorobek na ukraińskim polu rządów prezydenta Andrzeja Dudy i całego PiS.
Powody, dla których przyznano prezydentowi Ukrainy OOB, nie ustały – wykazał się ogromną osobistą odwagą, pozostając w 2022 r. w zagrożonym Kijowie, dzięki czemu uratował niepodległość swojego kraju.
Pohukiwania polityków polskiej prawicy, że dziś „okoliczności się zmieniły”, są dezinformacją. Kiedy Zełenski odbierał najwyższe polskie odznaczenie, wciąż obowiązywał zakaz ekshumacji ofiar zbrodni wołyńskiej. Duda i oklaskujący wtedy Zełenskiego politycy PiS doskonale o tym wiedzieli! I totalnie sprawę lekceważyli, prowadząc swoistą grę z własnym elektoratem. Werbalnie wzywali Ukrainę do zniesienia zakazu, jednocześnie nie podejmując w tej sprawie poważniejszych rozmów.
Andrzej Duda jest jedynym polskim prezydentem – licząc od Lecha Wałęsy do Nawrockiego włącznie – za dwóch kadencji którego nie odbyły się żadne pochówki ofiar UPA. O „skuteczności” rządów PiS może najlepiej świadczy fakt, że w tym czasie nie udało się władzom nawet doprowadzić do publicznego pokazu na Ukrainie filmu „Wołyń” Wojtka Smarzowskiego – obraz ten oprotestowano na Ukrainie, bo zbyt mocno wzmacnia polską wizję Wołynia ’43.
Zbrodnie UPA
Jak wynika z naukowych badań, UPA prowadziła antypolskie czystki na odgórny rozkaz w sposób zorganizowany i planowo brutalny od 9 lutego 1943 r. do 18 maja 1945 r. (licząc od pierwszej wsi Parośla, wymordowanej przez sotnię „Dowbeszky-Korobky” na Wołyniu, do ostatniej Borodyca, zaatakowanej przez oddział „Wilki” na Lubelszczyźnie). Potwierdza to cała masa dokumentów i indywidualnych świadectw.
W 26. tomie „Litopysu UPA”, serii wydawanej przez kombatantów tej formacji w Kanadzie, opublikowano wypowiedź naczelnego komendanta UPA Romana Szuchewycza „Tarasa Czuprynki” z lipca 1944 r. Szuchewycz otwarcie w niej przyznał, że w Galicji Wschodniej w kwietniu 1944 r. „dowództwo UPA wydało rozkaz wysiedlenia Polaków, jeśli sami się nie przesiedlą” i „ataki są kontynuowane” (s. 490).
Na innych stronach tej pracy znajdziemy informację, że rozkaz ten objął 955 821 mieszkających w Galicji Polaków, a „opór polskiej samoobrony zmalał do tego stopnia, że ukraińskie działania wywołują wrażenie niemieckich akcji przeciwko Żydom” (ss. 493 i 376).
Przytoczone wyżej dokumenty, opublikowane przez byłych członków UPA, potwierdzają zorganizowany charakter działań ukraińskiej partyzantki i osobistą odpowiedzialność „Tarasa Czuprynki” za antypolskie czystki. Pomimo to bez trudu znajdziemy wypowiedzi – również przedstawicieli państwa ukraińskiego – negujące te zdawałoby się oczywiste fakty.
Spory o Wołyń: polityka przed historią
To nie przypadek. Polityka gloryfikacji OUN i UPA zakłada bowiem przemilczanie, pomniejszanie lub wręcz relatywizowanie zbrodni popełnionych na ludności polskiej. Wszelkie głosy krytyczne są spychane na bok lub wręcz zakrzykiwane.
Owszem, niby się przyznaje, że na Wołyniu doszło do czegoś złego, jakieś zbrodnie popełniono, ale jednak zaraz się dodaje, że odpowiadają za nie co najwyżej pojedyncze oddziały i niektórzy partyzanci (a nie cała formacja), ewentualnie okoliczni chłopi, których czyny nie podlegają etycznej ocenie, bo były zemstą za wielowiekowy ucisk. A zresztą Armia Krajowa też dopuszczała się zbrodni, zatem możemy mówić jedynie o wzajemnym mordowaniu.
Te wszystkie wyjaśnienia są z historycznego punktu widzenia po prostu nieprawdą. Ale też w toczącej się awanturze mniej chodzi o historię, a bardziej o najzwyklejszą politykę, niech będzie, że historyczną.
Honorując UPA, Zełenski paradoksalnie zaczął grać w jednej drużynie… z Nawrockim. Obydwaj bowiem na powstałej awanturze politycznie zyskują, wychodząc w oczach własnej opinii publicznej na nieustępliwych obrońców narodowej pamięci.
Sprawa Orderu to pułapka na Tuska
Na naszych oczach rozpoczyna się w Polsce prekampania do wyborów parlamentarnych 2027 r., której częścią odtąd będzie, czy tego chcemy, czy nie, stosunek do Ukrainy i Zełenskiego.
Radykalizując swój przekaz, prezydent już skonsolidował programowo w tym punkcie PiS i Konfederację, zyskując dobry argument na rzecz utworzenia pod swoim patronatem bloku senackiego. Jeśli odbierze Zełenskiemu Order Orła Białego, postawi w niewygodnej sytuacji premiera Donalda Tuska, bez którego kontrasygnaty dekret odbierający odznaczenie będzie nieważny.
Podpisanie przez Tuska dokumentu może wywołać perturbacje międzynarodowe, negatywnie odbijając się na relacjach z Ukrainą. Ale odmowa złożenia podpisu także jest obarczona ryzykiem. Skonsolidowany przez Nawrockiego obóz prawicy będzie bowiem nieustannie przedstawiał odmowę premiera jako co najmniej tolerancję dla antypolskich fałszerstw historycznych (a już padają o wiele mocniejsze zarzuty).
Prezydent Zełenski wykorzysta z kolei wstrzemięźliwość Tuska do kreowania po cichu narracji, że aktualny obóz rządowy faktycznie akceptuje jego poczynania. I będzie podejmował kolejne kontrowersyjne decyzje, np. o pochowaniu w Kijowie przywódców OUN Konowalca i Bandery, co w Polsce uwiarygodni i wzmocni narrację Nawrockiego. Głośno protestując, polski prezydent faktycznie będzie się cieszył z kłopotów rywala. Zdziwię się, jeśli nie poskutkuje to powolnym odchodzeniem od KO wyborców, którzy już odbierają poczynania prezydenta Ukrainy jako lekceważenie państwa polskiego.
***
Właściwą reakcją na skandaliczną decyzję Zełenskiego byłoby wypracowanie wspólnego stanowiska przez prezydenta i premiera, co jednak wydaje się niemożliwe.
Tymczasem, jeśli faktycznie zależy nam na pamięci o polskiej historii, należałoby uroczyściej niż zwykle i demonstracyjnie ponadpolitycznie zorganizować 11 lipca obchody upamiętniające ofiary zbrodni wołyńskiej.
Bo podpisując swój dekret, Zełenski dobitnie pokazał, że w tej kwestii Polska nie może liczyć na niczyją empatię. Jeżeli Polacy samodzielnie nie zadbają o pamięć o pomordowanych przez UPA rodakach, budując cmentarze i pomniki, czy dokładne opisując to, co się wydarzyło, to nikt za nich tego nie zrobi. Nie łudźmy się, jesteśmy w tej sprawie sami.
Prof. GRZEGORZ MOTYKA jest dyrektorem Wojskowego Biura Historycznego i pracownikiem naukowym Instytutu Studiów Politycznych PAN. Badacz i autor wielu książek poświęconych stosunkom polsko-ukraińskim, m.in. rzezi wołyńskiej i akcji „Wisła”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








