Skąd się wzięły twoje zbiory? O książce „Patrz pod nogi”

Kora Tea Kowalska napisała książkę o zbieraniu w ogólności, jak i w konkretnych miejscach i czasach. Bo inaczej pozyskuje się upragnione przedmioty dzisiaj, gdy mienią się one na internetowych aukcjach, a inaczej było w PRL-u i przed wojną.
Czyta się kilka minut
Kubuś Puchatek i Miś Plastuś, tworzywo sztuczne, ok. 1955–1975 r. // Materiały prasowe Wydawnictwa Karakter
Kubuś Puchatek i Miś Plastuś, tworzywo sztuczne, ok. 1955–1975 r. // Materiały prasowe Wydawnictwa Karakter

Dwa pytania, które w moim łódzkim dzieciństwie – i bardzo wczesnej młodości – doby schyłkowego PRL słyszałem najczęściej brzmiały: „za kim jesteś?” i „co zbierasz?”.

Pytanie „za kim”, formułowane zazwyczaj w okolicznościach ulicznych, mogło być wstępem do niezbyt przyjemnych konsekwencji cielesno-majątkowych, bo w Łodzi, odkąd pamiętam, gorzał płomień świętej wojny pomiędzy kibicami Widzewa i ŁKS-u. W ramach tego konfliktu mazano na murach antysemickie komunikaty, wydzierano sobie wzajemnie szaliki z barwami wrażego klubu, jak i stosowano doraźną przemoc fizyczną, gdy widzewiacy spotkali gdzieś na mieście ełkaesiaka albo ełkaesiacy osaczyli widzewiaka. Riposta w postaci milczenia bądź dyplomatycznego „nie interesuję się piłką” nie była honorowana. Z kolei odpowiedź na pytanie z „co” przeradzała się w ping-pong opowieści, wspólne oglądanie kolekcji, wymianę ofert, transakcję. Wtedy każdy z nas „coś zbierał”.

Czas kolekcjonerów

Stan braku, który był normą w Polsce Jaruzelskiego i Rakowskiego, tylko podsycał u nieletniego społeczeństwa pasję zbierania. Zbierać można było wszystko. Od znaczków – któż z nas nie miał „serii z żubrami” – przez komiksy i własnoręcznie sklejone modele samolotów, okrętów i czołgów z papieru lub plastiku aż po „historyjki z gum”, książkowe serie Nienackiego i Szklarskiego,  szeroko rozumiane „plakaty” (na ogół były to fotograficzne podobizny muzyków zatrzymanych w koncertowej ekstazie), tchnące dostojeństwem „prospekty”, breloki, przypinki, kapsle czy „tygryski”.

Pamiętam makatki i maty z przyszpilonymi doń opakowaniami po papierosach, obwieszone proporczykami ściany, szafy, na szczytach których pyszniły się kredowobiałe odrzutowce, pamiętam klasery wielkie niczym święte księgi, florę, faunę i polskich królów uwięzionych za pasemkami folii. W pewnym momencie z największą intensywnością gromadziłem puszki. To między innymi one, ich nagły wyrój, zwiastowały Przełom. River Cola, Faxe, Schultheiss, Fanta, Tuborg, Beck’s, Lite, Kaiser Bier. Nazwy brzmiące dla uszu i mózgu trzynastolatków niczym zaklęcia. Okazy wypraszane od sprzedawców na rynkach i giełdach, odnajdywane w okolicach tamtejszych śmietnisk, darowane przez tych nielicznych wujów, którzy akurat byli „na Zachodzie”, pozyskiwane od rówieśników w ramach wymian. Kruche jaja fabergé początkowej fazy turbokapitalizmu nad Wisłą, Odrą i Jasieniem.

Cacka, tchnące metalem i przetworzonym chmielem zdobne puchary, dawno przepadły. Nie ma też już wielu domów i niektórych ludzi, u których – i gdzie – oglądałem te wszystkie kolekcje. Czas idzie za nami jak ogień. Zsypy i kontenery są blisko. Życie bez litości anektuje każdy wolny metr kwadratowy mieszkania. W dodatku czy mi się wydaje, czy jednak sporo z tego, co hołubiliśmy jako pokolenie urodzonych w latach 70. było po prostu odpadem, drukiem reklamowym lub pudełkiem na coś? Nie rękodziełem, nie cudem techniki, nie starożytnym artefaktem, nie fajerwerkiem dizajnu, lecz użytkowym niczym. Ale że owo nic pochodziło stamtąd, zza strefy kolejek i ersatzów, a prócz tego miało a to połysk, a to woń jednoznacznie identyfikowaną jako zagraniczną, transmutowało w skarb, rozżarzało nam oczy?       

Projekty afiszów z kina Leningrad, 1974–1979, pudełko zapałek dla skali. // Przemek Dębowski / materiały prasowe Wydawnictwa Karakter

Kolekcje obrazem epoki

Epoka powszechnego kolekcjonerstwa młodocianych wróciła do mnie za sprawą fascynującej książki Kory Tei Kowalskiej, zatytułowanej „Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy”. Podtytuł jest z tych znaczących. Jest to bowiem opowieść o przedmiotach wokół nas, pod nami, wystawionych w internecie, rozłożonych na płachcie rozpostartej na ziemi, zgubionych, odnalezionych, użytecznych, antycznych, zmagazynowanych, wybrakowanych, w komplecie, po babci, po Niemcach, po Żydach, od Ruskich.

To opowieść o życiu, które nie przebiega inaczej, jak pośród ludzi i rzeczy. O płynnym statusie każdego z przedmiotów, który z odpadu może stać się kosztownym trofeum, a potem na powrót, w innym czasie, na innych giełdach, czymś zbędnym i brzydkim. O języku ledwo nadążającym za metamorfozami i stanem rzeczy, a więc – destrukty, stłuczki, ziemniaki, gównidła, szunt, odrzuty, szlaki, łom, obtłuki. Będzie zarazem opowieścią o technikach obchodzenia się z rzeczami. O tym, gdzie odnajduje się przedmioty i jak – i dlaczego, i przez kogo – je gubi.

„Patrz pod nogi” jest opowieścią o obrocie obiektami, wygrzebywaniu przedmiotów, utracie rzeczy, drogach nabycia, zakrętach historii, okazjach, stosach i sztosach, daremnym kiełznaniu chaosu, beznadziejnych próbach zaprowadzania ładu. Dlatego jest to książka tak bujna formalnie, bo musi unieść tony materii i minione dekady. Na przemian: esej, wspomnienie, obserwacja uczestnicząca, katalog, erudycyjny wykład.

Tea Kowalska napisała o zbieraniu w ogólności, jak i w konkretnych miejscach i czasach. Bo inaczej pozyskuje się upragnione przedmioty dzisiaj, gdy mienią się na internetowych aukcjach, a zdrożony, uśmiechnięty kurier dostarczy je nam w ciągu weekendu z hiperborejskiego krańca Europy, a inaczej w latach 90., a jeszcze inaczej w PRL-u i przed wojną.

Czym innym też jest zakup rzeczy na wystawkach, targach staroci, w antykwariatach lub na OLX, a czymś zupełnie innym wygrzebywanie ich własnoręcznie z ojczystej gleby, zwłaszcza gdy gleba ta była ojczystą nie tylko dla nas i to wcale nie eon temu. „Wszystko zaczyna się w ziemi”, brzmi pierwsze zdanie tej części książki, w której Kowalska wspomina, od czego zaczęła się jej kolekcjonerska pasja i opisuje żyzny w artefakty gdański grunt, złożony z warstw, miasto, z którego za sprawą prac archeologicznych, budowy nowych osiedli, przypadku czy orki, wydostawało się na powierzchnię uprzednie miasto, tamte Gdański.

„Właśnie po to chodziliśmy na bastiony wokół Opływu Motławy. Zresztą nie tylko my. Wiosną odbywał się tam osobliwy skecz: po jednej stronie wzniesienia działkowicze próbowali coś sadzić, rozpulchniać tę zbitą, niezbyt urodzajną glebę, doglądać swoich małych edenów, po drugiej – wszyscy zbieracze, gedaniści, historycy i artyści deptali dopiero co przekopane grządki. Jedni nie znosili drugich, każdy każdemu przeszkadzał, nikt nie rezygnował. Tu truskawki, tam skarby. Tu burak, tam głowa, raz lalki, raz ludzka. Tu ziemniak i tu ziemniak.

(...) »Idę kopać ziemniaki« wkrótce stało się elementem szyfru wśród gdańskich poszukiwaczy, a sam ziemniak w ich lokalnym żargonie będzie już na zawsze synonimem zniszczonego przedmiotu wykopanego z ziemi”.

Jest świadoma, w czym uczestniczyła. W czymś na kształt grupowego przetrząsania ogromnego grobu, w którym obok ułomków kafli, guzików i glinianych fajek zalegają i kości.

Zresztą nie wyłącznie o szacunek wobec szczątków ludzkich toczyła się gra na przedpolach i w centrum Gdańska, w gdańskich piwnicach. Odnajdowane w skibach i na strychach utensylia, pamiątki, fragmenty garderoby to równie dobrze materiał dowodowy w sprawie przeciwko tym, którzy do cudzego, minionego życia, domu i czasu dostali się na rympał albo od spodu. 

Do czego służy kolekcjonowanie

Samoświadomość autorki, znakomity styl i pytania o etyczną stronę działania zbieraczy, kolekcjonerów i łowców wynoszą jej książkę wysoko ponad typową anegdotyczną narrację o bibelotach i rozgorączkowanych kustoszach-amatorach.

Oto wezwanie do trzeźwego namysłu nad metodami formowania zbiorów i zbiorem, próbą oszacowania konsekwencji wynikających z nieustannej gonitwy, aby dopełnić kolekcję, jak i ostrzeżeniem przed organizowaniem w oparciu o kupione bądź znalezione przedmioty z lekka jałowych seansów mediumicznych. Albo wyobrażania sobie „jak było”, „co było” i „czemu tak było” na podstawie niepodpisanych zdjęć, przykurzonych zabawek czy strzaskanej porcelany. Należy z tym uważać, bo, po pierwsze, „w większości wypadków nie jesteśmy w stanie prześledzić żadnych relacji z przedmiotem poza własną”, po drugie – „taniutki kiedyś i banalny przedmiocik dziś stoi w podświetlanej, chronionej alarmem gablocie w muzeum, a przez swój wiek i okoliczności powrotu »do świata żywych« został otoczony estymą o stokroć większą, niż gdy był wystawiony na straganie”.

A po trzecie: czy ci, którzy niczego po sobie nie pozostawili, bo niczego nigdy nie mieli, te bidoki i gołodupce, o których pisał Peter Handke w „Pełni nieszczęścia” – „generacjach parobczańskich nędzarzy z niekompletnie wypełnionymi metrykami, urodzonych i zmarłych w cudzych izbach, nie pozostawiających spadku, bo jedyne ich mienie, świąteczne ubranie, składano wraz z nimi do grobu” (przeł. Sławomir Błaut) – mają z tego powodu nie zostać wskrzeszeni pismem, mową i rozpamiętywaniem?

Jak traktować przedmioty z nazistowskimi insygniami? Bo przecież nawet i po spiłowanej swastyce zostaje ślad – jest to ślad po swastyce, nie do końca wyegzorcyzmowane piętno. Tea Kowalska opisuje ufundowany na fałszywej legendzie międzynarodowy szał na punkcie lalek Frozen Charlotte (i innych z tejże się wywodzących), jak i handel figurkami-falsyfikatami, które rzekomo były dziełem starożytnego ludu Moabitów. Wytwarzano je w odpowiedzi na ciągłe zapotrzebowanie ze strony zachłannych „odkrywców” i kolekcjonerów.

Rozważa przy okazji, czym jest „posiadanie”, „powrót do rzeczy” i kicz oraz pisze błyskotliwie o guzikach, peerelowskich misiach z plastiku, które okazują się być „kopią jeden do jeden generycznej formy dodawanej kiedyś w Anglii gratis do wtryskarki”, a nie owocem tutejszej, socjalistycznej wyobraźni, i o gromadzeniu przeradzającym się w kuriozum, chorobę i szaleństwo.

Moda na kolekcjonerów

Książka trafia w swój czas. Od dobrych kilku, jeśli nie wręcz kilkunastu, lat skokowo bowiem wzrasta zainteresowanie przeszłością – ogólną i lokalną, społeczną i naszą, rodzinną, prywatną. Przekłada się to wszystko na popularność badań genealogicznych i książki, w których autorzy szukają korzeni swoich przodków, badają historię rodzinnych miast i regionów, dzięki archiwom dokonują przejściowych zmartwychwstań umarłych, nieobecnych, zapomnianych, poddają drobiazgowym obdukcjom rzeczy po najbliższych, jak i tych dalekich, żeby w ocalonej materii ujrzeć choć przez chwilę prawdę i urodę poprzednich epok.    

Prawie równocześnie została opublikowana książka Mileny Woźniak-Koch „Kolekcjonerstwo warszawskiej burżuazji i inteligencji pochodzenia żydowskiego jako wyraz identyfikacji kulturowo-narodowej (1880–1939)", rzetelna praca naukowa, w której opisowi poddano stołeczne kolekcjonerstwo końca XIX wieku i pierwszych dekad wieku XX na tle zarówno dawniejszych i współczesnych badań nad kompletowaniem i układaniem zbiorów, jak i budowanej za tychże zbiorów sprawą różnych tożsamości – polskiej, inteligenckiej, mieszczańskiej, religijnej, patriotycznej etc. Nieco wcześniej w tym roku ukazał się jeszcze trzeci, i ostatni, tom monumentalnego projektu Krzysztofa Pomiana „Muzeum. Historia światowa”, liczącej w sumie ponad dwa tysiące stron opowieści o magazynach na przedmioty i trwającej od faraonów i figurek z Uruk aż po dziś przemożnej ludzkiej potrzebie gromadzenia, ocalania, łączenia i wystawiania najróżniejszych rzeczy.    

Patrz pod nogi? To postulat, ale i ostrzeżenie, bo może w szalonym wyścigu po kolejną zdobycz depcesz po kimś lub po czymś, patrz pod nogi, bo może akurat wdepnąłeś do czyjegoś grobu, życia, najświętszego momentu.

Kora Tea Kowalska, „Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy”, Karakter, Kraków 2024

Kora Tea Kowalska, „Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy”, Karakter, Kraków 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Złom i złoto